Fantasy · 11 min czytania
Elian
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Elian z żalem oderwał wzrok od gibkiego ciała dziewczyny prześwitującego spod cienkiej jedwabnej tuniki. Spojrzenie jakim obdarzył go jej towarzysz było aż nadto wymowne, a on nie chciał kłopotów. Teraz nie mógł sobie na nie pozwolić. Lekko westchnął, zapłacił za piwo i udał się do swojej kwatery. Musiał się przygotować, czekała go naprawdę niebezpieczna robota. Sprawdził czy ukryty w rękawie sztylet lekko wskakuje do ręki, wsadził za pazuchę napój nasenny, nastroił lutnię. Zmówił krótką modlitwę do Imlith, swojego ulubionego boga i wszystkich innych bóstw, które akurat słuchają. Nie wierzył w bogów, ale kto wie? Na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc. Zaczął wspominać ostatnie wydarzenia, a było ich sporo. Jego życie zmieniło się radykalnie, jeszcze tydzień temu siedział w wilgotnym lochu czekając na kata, a za parę minut na balu w rezydencji burmistrza porwie jego córkę.
Więzień skrzywił się, kiedy z otwartych drzwi przedostało się światło raniąc jego odzwyczajone od słońca oczy. A więc to już czas umierać? – pomyślał z żalem. Lubił swoje życie, choć wyklęty przez rodzinę, spędzał je na obczyźnie głównie na piciu, biciu i chędożeniu. W końcu przedobrzył, pijany na jarmarku powiedział ku uciesze gawiedzi co myśli o pijawce- księciu panu, jego małżonce o wątpliwej cnocie, i córce o niewątpliwym jej braku. Straż miejska aresztowała go już po kilku minutach. Pobitego i skopanego wrzucili do ciemnicy zapowiadając, że wyjdzie z niej prosto na szafot. - Chcesz żyć? Elian ze zdziwieniem podniósł głowę i napotkał świdrujące spojrzenie nieznajomego. Nie miał on na twarzy czarnej maski, był mizernej postury, czyli na pewno nie był katem. Jednak z całej jego postawy emanowała siła i jakby groza, a oczy zdawały się wwiercać wprost w duszę. Dodając do tego długą szatę i brak broni Elian doszedł do oczywistego wniosku, kapłan lub czarodziej. Ze względu na okoliczności uznał, że to pierwsze. - Nie wierzę w żywot po śmierci i nie potrzebuję duchowej posługi, odejdź ojcze i daj mi chwilę spokoju przed zakończeniem życia – uśmiechnął się z prawdziwym rozbawieniem, zupełnie zapomniał, że skazańcy mają prawo do rozmowy z kapłanem i modlitwy przed śmiercią. - Mało mnie obchodzi w co wierzysz i na pewno nie jestem Twoim ojcem. Pytałem o życie na tym świecie. Ile jesteś w stanie dla niego zrobić? - Mów.- zaintrygowany więzień spojrzał na niego mrużąc oczy. - Nazywam się Vileeth, jestem czarodziejem pierwszej rangi. Potrzebuję kogoś kto mi pomoże w pewnej politycznej sprawie. Kogoś zręcznego, sprytnego, kto ma doświadczenie w nielegalnej działalności. Kto nie ma już nic do stracenia, kto wyrwany z pazurów śmierci będzie gotowy na wszystko. - Może jakieś szczegóły? - Później. Zgadzasz się? –podał mu rękę. Elian nie miał najmniejszej ochoty na spółkę z czarodziejem, nie lubił tej kasty, nie chciał się mieszać w żadne polityczne zagrywki. Jednak wielkiego wyboru też nie miał. Uścisnął wyciągniętą doń prawicę. Nieznajomy z uśmiechem skinął głową po czym machnął dłonią w stronę ściany. Na gładkim kamieniu pojawił się owalny portal. - Idziemy?
Trwał coroczny jarmark, na który do miasta zjeżdżali kupcy z okolicy, i z daleka. Słyszano o nim w najdalszych krańcach królestwa, każdy kto mógł starał się na niego przybyć. Tej nocy na ulice wyległy tłumy ludzi, krasnoludów, elfów, niziołków by się bawić i świętować. Natomiast w rezydencja burmistrza trwał bal dla arystokracji i bogatszego mieszczaństwa. Nina szlachcianka ze stolicy i Annabel córka gospodarza podniecone szeptały ze sobą pod okiem opiekunki. Pierwszy raz pozwolono im wziąć udział w balu. Zgodnie z tradycją powinno to nastąpić za dwa lata, kiedy będą miały 18 lat, lecz burmistrz nie mógł się oprzeć prośbom córki. - Nino, ilu tu przystojnych młodzieńców. Nie mogę się doczekać tańców! Spójrz, ten z lewej to wicehrabia de Montes, a jego przyjaciel, który właśnie do Ciebie puścił oko to sam książęcy siostrzeniec. - Annabel daj spokój...tylko jedno Ci w głowie. Jak Twój ojciec zauważy te uśmieszki będziemy miały kłopoty. Ale zaraz...kto to jest? Ten w zielono-srebrnym płaszczu, rozmawiający z Twoim ojcem? – wskazała przyjaciółce wysokiego półelfa o długich ognistorudych włosach kontrastujących z bladą skórą. - Nigdy go nie widziałam, ale jest mieszańcem, i ma ze sobą lutnie, więc to pewnie jeden z bardów. – zmarszczyła zadarty nosek – Nienawidzę mieszańców, są jeszcze gorsi od elfów, drwią z człowieczeństwa. Wstyd, że ojciec gości kogoś takiego już lepiej żeby... Na Erlitha, pana czeluści piekielnych! Czy z tą tłustą małpą Margaret rozmawia Samuel von Diderot? Mój Samuel?! Zapowietrzony łajdak! Wściekła dziewczyna poderwała się i szybko ruszyła w kierunku śmiejącej się pary. Nina współczuła im w duchu, znała Annabel nie od dziś, wiedziała co potrafi zrobić gdy jest wściekła. Jednak jej uwagę znów przyciągnął tajemniczy przybysz. Ze zdziwieniem zauważyła, że on też się na nią patrzy. Miał niezwykłe oczy o barwie miodu i wąskie usta w których czaiło się coś na kształt drwiny. Na lewym policzku, od kącika ust do skroni biegła zakrzywiona blizna. Zauważając jej spojrzenie skłonił się z wdziękiem. Szepnął coś do burmistrza. Ten rozpromienił się i odchrząknął dając do zrozumienia, że chce coś powiedzieć. Sala uciszyła się. - Przyjaciele! Mam