Fantastyka · 15 min czytania
Emeryci: Sekret Ujawniony część 2
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Emeryci: Sekret Ujawniony
cz.2
Szpital w którym się obudziłem był bardzo ładny, a jeśli chodzi o moje zdrowie, to w sumie nic wielkiego mi się nie stało. Poszły dwa zęby, ale to i tak te, co były do leczenia. Do tego złamane trzy żebra, pełno siniaków i lekki wstrząs mózgu, na szczęście badania wykazały, że nie doszło do żadnych uszkodzeń . A, i powiększyła mi się szrama na twarzy, stąd tyle krwi, musieli założyć szwy, lekarz mówi, że będę miał bliznę do końca życia. Oczywiście nie wspomniałem, co tak naprawdę się stało, sprzedałem jakąś bajeczkę o dresikach. Jeszcze za nim się na dobre wybudziłem przyjechała po mnie zapłakana matka i wściekły ojciec, pytali gdzie ja właściwie byłem i co mi się stało, a ja nie powiedziałem ani słowa prawdy. W szpitalu przeleżałem wiele godzin, głównie śpiąc i budząc się na zmianę, w końcu jednak, pod wieczór, stanąłem całkiem na nogi. Czułem się dobrze, lekarz stwierdził, że skoro mogę chodzić to nic mi nie będzie, a on i tak nie ma już wolnych łóżek, więc nie zostawił mnie nawet na jedną noc na obserwacje. Trochę to dziwne, że mnie nie zatrzymał, ale fakt, że czułem się wcale nieźle jak na mój stan. Pożegnałem się z nim, z pielęgniarką, która bardzo ładnie się do mnie uśmiechała, panami policjantami, którzy niby mieli coś tam spisać, a ostatecznie drzemali na korytarzu, i opuściłem szpital.
Jadąc na tylnym siedzeniu samochodu, z obwiązaną bandażami głową i klatką piersiową bardzo intensywnie myślałem o wszystkim, co się stało, zanim straciłem przytomność. Ci staruszkowie byli silni, o wiele za silni jak na swój wiek. Nawet w otwartej walce nie miałbym z nimi szans. To byli wojownicy, prawdziwi berserkerzy w szale bojowym. Nie tak powinno być. Choć może to ja całe życie żyłem w niewiedzy, mając starców za słabych i powolnych.
Gdy wróciliśmy minęliśmy się z mamą Piotrka, miała oczy napuchnięte od płaczu. Jej syn jeszcze się nie odnalazł. Na jej widok coś mnie ruszyło w żołądku, ale to nie była chwila by zacząć się skupiać na tej sprawie. Miałem coś o wiele ważniejszego do załatwienia.
Część 22 / 2
Całą resztę dnia leżałem w łóżku, rodzice oczywiście nie pozwolili mi wychodzić. Dopiero w nocy, gdy już spali, wstałem. Porozciągałem się trochę – prawie nic mnie nie bolało. Ubrałem się na czarno, zabrałem kominiarkę, latarkę i nóż sprężynowy – prezent od Piotrka, jeszcze do dzisiaj uważany przeze mnie za nietrafiony. Nie miałem oczywiście zamiaru nikomu robić krzywdy, zwłaszcza starcom, nawet tym sprawnym ponad miarę. Byłem pewny jednego – przez własną ciekawość odkryłem coś, czego nie powinienem. Dostałem ostrzeżenie i znak, że drugiego już nie będzie. W takich chwilach nie mógłbym zrobić nic innego, niż drążyć dalej, tylko głupiec nie pozwoliłby sobie dojść do sedna prawdy. Spojrzałem na siebie w lusterku, kiwnąłem głową. Podszedłem do okna i, co zawsze chciałem zrobić, wyskoczyłem nim, mieszkamy w końcu na parterze. Na przystanek dobiegłem akurat, gdy jechał nocny autobus. Był pusty, więc usiadłem na samym końcu i zatopiłem się w myślach. Gdy dojechałem do starej dzielnicy niespiesznym krokiem zacząłem zwiedzać okolice, którymi szły obydwie grupy staruszków. Starałem się poznać każdą ulicę i każdy zakamarek. Gdy zbliżała się godzina zero pobiegłem na plac przed synagogą. Minąłem plamę własnej krwi i zaczaiłem się za wysokimi schodkami do jednej z kamienic. Trochę sie bałem, serce biło mi jak szalone, ale jakby to wyglądało, gdybym teraz się poddał. Od całego tego biegania i stresu rozbolała mnie głowa, widać nie bez powodu lekarz na odchodne kazał mi leżeć w łóżku i się nie przemęczać. Świtało powoli, a każda minuta mi się dłużyła. W końcu nastał moment, gdy pierwszy autobus powinien zajechać na tutejszy przystanek. I faktycznie, po chwili ujrzałem wychodzącą z pomiędzy budynków grupkę emerytów.
Przeszli oni przez plac i skręcili w uliczkę po lewej. Założyłem kominiarkę i ruszyłem ich śladem. Było jeszcze dość ciemno, na pewno mnie nie widzieli, pozwoliłem więc sobie na systematyczne zmniejszanie odległości. Nie dostrzegali mnie, a nawet jeśli, nie daliby rady mnie zgubić, znałem tu już każdy zakamarek. Nagle skręcili w ślepy zaułek. Przyczaiłem się za kontenerem na śmieci i obserwowałem. Starcy podeszli do ściany, a jeden z nich, przygarbiony i z papierosem w ustach nacisnął po kolei trzy cegiełki i odsunął się. Niemal bezszelestnie cegły zaczęły się rozstępować, tworząc szerokie przejście, zupełnie jak w Harrym Potterze, patrzyłem na to z niedowierzaniem. Grupa wolnym krokiem weszła do budynku. W tym momencie po raz pierwszy naszły mnie pewne poważne wątpliwości. O ile przedtem nie wiedziałem czego się spodziewać, to teraz naszło mnie przekonanie, że to coś większego niż mi się do tej pory wydawało. Przez pierwszą sekundę myślałem, że może lepiej odpuścić na tym etapie. Przez następną rozsądek siłował się z ciekawością. W czasie trzeciej sekundy zaczęło zamykać się przejście. -No trudno – powiedziałem sobie i biegiem ruszyłem w stronę wejścia – Najwyżej zginę. Wbiegłem między zacieśniające się cegły w ostatniej chwili i spadłem ze schodów. Gdy wylądowałem rozejrzałem się w koło i stwierdziłem z lekkim ukłuciem strachu, że jest zupełnie ciemno. Włączyłem latarkę, nie mając pojęcia, co ukaże się moim oczom, gdy zapali się światło, ale po chwili odetchnąłem z ulga. Byłem w czymś w rodzaju podziemnej klatki schodowej, znajdowałem się mniej więcej na półpiętrze. Nie mogłem zawrócić, więc poszedłem w dół po stromych, kamiennych schodkach. Nie słyszałem kroków starców, którzy zeszli przede mną, musieli mnie juz sporo wyprzedzić. Gdy zszedłem na trzy piętra w dół i zacząłem się zastanawiać, jak głęboko juz jestem, usłyszałem dziwne, zduszony odgłosy z góry, coś jakby szuranie, a potem tupot stóp. To musiała być kolejna grupa starców! Popędziłem w dół biegiem, starając się przy tym nie hałasować. A co jeśli spotkam kogoś na dole?
Na szczęście nikogo nie było. Wypadłem na pusty, kamienny, długi korytarz z nawami, w których świeciły bladoniebieskie jarzeniówki. Jedna nie działała, więc ukryłem się przy niej i zgasiłem latarkę. Po chwili pojawili się dziadkowie. To ci sami, co mnie wczoraj skatowali! Przeszli obok mnie nieświadomi mojej obecności. Serce waliło mi jak młot, jeden nawet musnął mnie łokciem. Gdy odeszli kawałek odetchnąłem głęboko. Nagle, jakieś pięćdziesiąt metrów dalej skręcili w lewo. Z mojej perspektywy nie było widać, żeby był tam jakiś zakręt. Popędziłem za nimi. Okazało się, że to nie tylko zakręt, ale całe skrzyżowanie. Stanąłem na jego środku i spojrzałem w lewo w ostatniej chwili, by zobaczyć plecy ponownie gdzieś skręcających starców. Nagle ktoś wpadł na mnie od prawej strony, upadłem, wokół zaczęły latać luźne kartki papieru. -Oj, przepraszam – powiedział ktoś, kto po naszym zderzeniu również skończył na ziemi – Zaczytałem się w dokumentach i...
Kartki zaczęły opadać na ziemie i mogliśmy spojrzeć na siebie. Nie zobaczyłem jednak zbyt wiele, bo mężczyzna miał na głowie zgniłozieloną maskę gazową. -Co?! -krzyknął -Kim ty jesteś?!
Nie myślach zbyt wiele podniosłem się i uderzyłem go…