Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 29 min czytania

Emeryci: Sekret Ujawniony część 3 ostatnia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Po głosie poznałem, że to młody mężczyzna. Mówił spokojnie i mógłbym się założyć, że ten przyjacielski ton nie był udawany. Chciałem powiedzieć, że dobrze, ale on wcale nie czekał na moją odpowiedź. - Dawno nie mieliśmy tu nieproszonych gości, wiesz? - zaczął obchodzić mnie wokoło - Dlatego daliśmy się trochę zaskoczyć. Gdy tak o tym myślę, to trochę krepujące... Pewnie wejście tutaj nie było trudniejsze od ucieczki z lekcji... Wszystko dlatego, że dwaj idioci, których z jakiegoś niejasnego dla mnie w tej chwili powodu trzymamy na stanowisku strażników, urządzili sobie nieregulaminową przerwę na papierosa. Rozumiesz, że w normalnych warunkach byś się tu nie dostał, nie?

Facet mówił w pełni poważnie, co nie zmienia faktu, że tłumaczył się jak dzieciak. A sam fakt, że opowiada mi takie rzeczy sprawił, że poczułem się nieco pewniej. Bo gdyby chciał mnie zabić po co mówiłby to wszystko. No, chyba, że chciał, żebym umarł ze świadomością, że to co osiągnąłem jest dziełem przypadku, a on jest super. Czułem się w tym momencie podzielony przez powagę sytuacji i prawdziwy strach o życie, a groteskowość jaka towarzyszyła mojej przygodzie od samego początku.

- Do rzeczy - facet zatrzymał się za mną i położył mi ręce na ramionach. Miał małe, lekkie dłonie, które lekko zacisnął - Kto cię przysłał? Dla kogo pracujesz? Policja? Czy wywiad? Nasz? Wrogi? A może... - Dla nikogo nie pracuję -przerwałem mu najgrzeczniej jak umiałem. Postanowiłem mówić prawdę jak na spowiedzi. Nie było sensu kłamać, tym bardziej że nie miałem żadnego asa w rękawie. Ba, nie miałem nawet podstawowej wiedzy, co tu się właściwie dzieje. - To kim jesteś? - Nikim - odparłem bez namysłu.

Facet znowu zaczął przechadzać się po pokoju. - Czyli... przyszło ci do głowy, że fajnie byłoby się tutaj znaleźć... Albo coś w tym stylu, tak? - pstryknął palcami - Właściwie to... - Jak tu wszedłeś? - Śledziłem staruszków i... - Po co? - Z ciekawości... - Od dawna to robisz? - Od kilku dni. - Znam lepsze sposoby na spędzanie weekendu – facet parsknął - Masz dziewczynę? - Ja... - To żart - wyjaśnił chłodno - Nie musisz odpowiadać. Nie znasz się na żartach? Gdy jesteś przesłuchiwany poznanie się na żarcie może uratować ci życie.

Nic nie odpowiedziałem, byłem skołowany. Ten facet przestał traktować mnie poważnie? A może zawsze tak się zachowuje? Nagle podszedł do mnie i zaczął mi mówić wprost do ucha. - Co cię nakłoniło? - spytał – Czemu śledziłeś biednych staruszków? - Z ciekawości - powtórzyłem - Jakiej ciekawości?! - Dokąd oni wszyscy jadą?! -powiedziałem głośno pytanie, które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu i było przyczyną wszystkich ostatnich wydarzeń. - Może do kościoła! - gość krzyknął mi wprost do ucha, poczułem na policzku krople śliny. - Codziennie? -zadrwiłem – o siódmej rano? Zresztą, przecież oni jeżdżą tutaj!

Facet wyprostował się i odetchnął głęboko. - Dzieciak jesteś. Ile ty właściwie masz lat? -zapytał - Siedemnaście - odparłem zgodnie z prawdą - Masz ty jakieś imię?

Nie odpowiedziałem. A wtedy on zaśmiał się i pstryknął palcami. - Montre, Whiteho, rozwiązać go! - rozkazał

A więc od początku nie byliśmy sami. Usłyszałem kroki, potem byłem rozwiązywany, aż w końcu brutalnie zszarpano mi opaskę z oczu. Momentalnie oślepiło mnie jasne światło, widziałem tylko niejasne sylwetki na białym tle, dopiero po chwili ukazały mi się szczegóły otoczenia. Pokój był pusty i cały biały, na pierwszy rzut oka niezwykle schludny, ale przy suficie odchodziła tapeta, a w kilku miejscach widać było zacieki. Na suficie wisiały cztery lampy, w jedne ścianie były stalowe drzwi. Krzesełko, na którym siedziałem ustawione było niemal po środku. Facet, który mnie przesłuchiwał faktycznie był bardzo młody. Wyglądał nawet na młodszego ode mnie, ale to raczej niemożliwe. Był niedokładnie ogolony i nieuczesany, wyglądał na typowego cwaniaka, miał na sobie niebieską marynarkę. Ludzie, którzy mnie rozwiązywali, byli ubrani identycznie, jak ten, z którym jeszcze nie dawno się biłem, nie mieli tylko narzutki. W momencie, gdy ich zobaczyłem, aż odruchowo odskoczyłem. Jeden był niesamowicie wysoki, drugi niższy ode mnie i chyba był dziewczyną, ale głowy nie dam, jego strój był zbyt luźny. Coś mi przyszło wtedy do głowy. Tutejsi pracownicy to byli młodzi ludzie, w końcu widziałem jednego z nich bez maski. Ale co z tymi w czarnych kombinezonach? Zdecydowanie pełnili rolę jakichś ochroniarzy czy jednostek do zadań specjalnych. Przypomniałem sobie tego, z którym walczyłem, a potem nałożyłem na to wspomnienie starców katujących mnie przed synagogą i babci z autobusu gotowej zabić mnie parasolką. Cholera, czyżby ci czarni to właśnie staruszkowie? Biłem się z emerytem? No i jaki jest cel tego wszystkiego? Tworzę tu armie super-dziadków? Być może za chwilę się wszystkiego dowiem, sytuacja rozwijała się w miarę dobrym kierunku, trochę się uspokoiłem. - To co, młody - spytał facet w marynarce – Zdradzisz nam swoje imię? To niegrzeczne, wpaść do kogoś i się nie przedstawić.

Uśmiechał się niesamowicie naturalnie. Wręcz nadnaturalnie. Aż zachciałem zostać jego przyjacielem. - Kordian - bąknąłem - Ja jestem Pan Mirek, fantastycznie, że możemy się poznać -zaszczebiotał, a potem podszedł do mnie, wziął pod rękę i poprowadził w stronę drzwi, jego ludzie poszli za nami. Cały czas towarzyszyło nam stukanie, to jeden z nich miał buty na obcasie. Czyli jednak kobieta. - Powiedz, Kordianie -zagadał, otwierając drzwi, wyszliśmy na korytarz - Jesteś stąd? Z tego miasta?

Zaczęliśmy wolno mijać kolejne drzwi, wszystkie stalowe i identyczne, mój rozmówca narzucał tępo i ściskał mnie mocno gdy tylko trochę przyspieszyłem lub zwolniłem. - No tak -odpowiedziałem niepewnie - Ho ho! Ho ho! - zaśmiał się - Więc pewnie kibicujesz naszym chłopcom! Zawsze wierni, niepokonani, coś tam, coś tam, pokonamy każdego kto na drodze stanie nam, coś tam, coś tam, bezlitośni, coś tam, fanatics – spróbował zaśpiewać piosenkę kibica z naszego miejskiego klubu, od samej melodii zrobiło mi się niedobrze. A potem nagle wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki dwa świstki papieru -Wiesz co to jest? - Bilety? - Na przyszłotygodniowy mecz. Może się wybierzemy? Na pewno będzie niezła rozróba! - Raczej podziękuje -odparłem, a Pan Mirek niesamowicie się zasmucił - Dlaczego? -spytał pełen żalu - Nie przepadam za rozróbami. Za piłką zresztą też nie. - Może to i lepiej -powiedział -Zresztą, te bilety są na mecz sprzed dwóch lat, coś mi się pomyliło, nie wiem, po co je nosze -szybko znów schował je do kieszeni.

Skręciliśmy w prawo, w krótką, ślepą alejkę, tu się zatrzymaliśmy. Pan Mirek stanął na wprost mnie. - Nie lubisz kibiców? -spojrzał mi głęboko w oczy. - Nie -odparłem krótko - No tak – pokiwał głową – Jesteś zwykłym, prostym dzieciakiem. Olewasz szkołę, co weekend na imprezkę, uchlać się do nieprzytomności, myślisz jakby tu zaliczyć jakąś laskę i ogólnie spoko, nie?

Uśmiechnął się delikatnie, a ja pokręciłem głową. - Raczej lubię szkołę - stwierdziłem - Nie to, żebym kochał, zwyczajnie, może być. A imprezy mnie nie bawią.

Całe to przesłuchanie zaczęło iść w dobrym kierunku. Co prawda w ogóle nie rozumiałem, co się tutaj dzieje, ale miałem dobre przeczucie. Pan Mirek zdawał się mieć jakieś zamiary względem mnie, ale raczej na pewno nie złowrogie. Mimo to baczyłem na słowa. Chciał mnie poznać, miałem nadzieje, że trafiam w jego gusta.

- Podobasz mi się, młody -położył mi rękę na ramieniu - Chyba pokażę ci coś fajnego.

* * *

Kolejnym dłuuuuuugim korytarzem ( wszystkie w sumie musiały mieć kilka kilometrów, a cały kompleks zajmować obszar niewielkiego miasteczka) doszliśmy do bramy oznaczonej znajomym mi już numerem, musiało to być inne wejść do gigantycznej hali z kotłami. Na korytarzu stały metalowe szafki i ławka, na której siedziało dwóch ludzi w czarnych kombinezonach, na nasz widok zerwali się na nogi. Nie mieli założonych masek, okazało się że to jednak nie staruszkowie, ani nawet dorośli. Jeden, rudy i piegowaty był chyba w moim wieku, drugi, z długimi włosami związanymi w kucyk, miał może dwadzieścia lat. - Cześć chłopcy, jak wam mija dzień? - zapytał mój przewodnik - Doskonale, Panie Mirku - odpowiedział rudy - Wchodzi Pan? - Jasne, Winni. I daj też kombinezon dla Kordiana - kiwnął na mnie

Rudy szybciutko otworzył metalową szafkę i zaczął w niej grzebać, drugi strażnik natomiast spojrzał się najpierw na mnie, a potem na Pana Mirka - Nasz nowy kolega? -spytał

Pan Mietek uśmiechnął się tylko delikatnie i przykładając palec do ust nakazał mu milczenie. Dostaliśmy kombinezony, Pan Mirek z plakietką „Pan Mirek”, a ja z plakietką „Gość”. Założyliśmy je niespiesznie, Montre i Whiteho poprawili tylko maski, a potem otworzyliśmy drzwi i weszliśmy do tej strasznej hali.

* * * Niezdrowa ciekawość kazała mi patrzyć na potworne widowisko, jakie zaserwował mi Pan Mirek i jego ludzie. Tak, chciałem odwrócić wzrok, ale stałem tam jak sparaliżowany, a to co widziałem przeszywało mnie do głębi, nie mogłem wydusić słowa. Gdy Pan Mirek powadził nas drogą między kotłami nie przeczuwałem, że chce mi zaprezentować coś podobnego. Pracownicy kłaniali się na jego widok, czy może raczej na widok jego plakietki, a on im wesoło machał. W końcu zatrzymał się, stwierdził, że to tutaj (choć nie mam pojęcia, jak znalazł drogę w tym labiryncie) i zaczął wspinać się po drabince na metalową kładkę. Ruszyłem w jego ślady, nasi dwaj towarzysze za mną, a gdy już wszedłem na górę, zamurowało mnie.

Na kładce leżeli ludzie, może z dziesięciu, z rękami związanymi na plecach. Kręciło się tutaj kilku pracowników w kombinezonach, którzy na nasz widok niemal stanęło na baczność. - Nie przeszkadzajcie sobie, chłopcy - powiedział Pan Mirek

Przełknąłem ślinę, przyglądając się więźniom. Byli chyba wzięci prosto z ulicy. Jakichś dwóch łysych dresów, punk w skórzanej kurtce i z kolczykami na twarzy, dziewczyny w różowych i białych kreacjach, którym z gorąca zaczął spływać z twarzy makijaż, cała plejada subkultur. Wszyscy mieli zaczerwienione i spuchnięte oczy, ciężko oddychali i kasłali co jakiś czas, dziewczyny próbowały płakać, ale nie mogły nabrać dość tlenu w płuca, widać to były efekty przebywania tu bez maski. Nagle dwóch pracowników chwyciło i podniosło z ziemi jakiegoś chłopaka w czapce z prostym daszkiem. - Co jest...? Kurrr...? - wysapał, zakasłał i zakręcił się.

Pracownicy szybko go podtrzymali i zaczęli ciągnąc w stronę krawędzi kładki. - Ożżż wy, co...? -spojrzał na jednego z przerażeniem na twarzy -Co wy suki chcecie...? „Suki” kiwnęły sobie i bezpardonowo Zrzuciły go z kładki, wprost do kotła, zdołał wydać z siebie jeszcze dramatyczny krzyk, który odbił się echem po hali, nim z chlupnięciem wpadł do pomarańczowej substancji.

Któryś z więźniów wydał z siebie ciche przekleństwo, dres próbował wstać, ale natychmiast zachwiał się i upadł, dziewczyny pisnęły, a dwaj pracownicy na krańcu kładki przybili sobie żółwika. - Co?! - krzyknąłem - Co wy z nimi...?! - Możesz odnieść wrażenie - powiedział do mnie Pan Mirek – że nasze metody są dosyć radykalne. Lecz gdy poznasz nasz cel, zrozumiesz, że to najlepsze rozwiązanie. Ale po kolei, ruszajmy dalej, przed nami jeszcze inne atrakcje.

Dwóch pracowników zaczęło podnosić szarpiącego się punka. - Nie możecie! - krzyknąłem i postąpiłem krok naprzód, ale dziewczyna w czarnym kombinezonie chwyciła mnie za ramie. - Co zamierzasz zrobić -spytał Pan Mirek -Chcesz uratować ich wszystkich? Myślisz, że ci się uda? Nagle jego głos zmienił się nie do poznania, nachylił się nade mną i wyszeptał - Nie możesz im pomóc. Nikt już nie może. Za to oni mogą pomóc nam. Bądź więc łaskaw i zapomnij o jakimkolwiek współczuciu do nich. Są już straceni, i tu, i tam, na górze. I pamiętaj, że póki trwa ten dzień, sam możesz do nich dołączyć.

Stałem tak jeszcze chwilę, po czym odwróciłem się. - Pojmuje.

Pan Mirek poklepał mnie po głowie, po czym zaczął schodzić po drabince, ruszyłem za nim, ręce mi drżały, starałem się nie słuchać odgłosów jakie dochodziły z góry. Na dole Pan Mirek wskazał na pracownika, który pchał przed sobą wózek z żelazną beczką, zatrzymał się przy jednym z kotłów, połączył jakąś rurkę z beczką i odkręcił zawór, wyraźnie było słychać jak substancja wpływa do środka. - Co wy tutaj tworzycie? - spytałem. Chlupot w beczce napełniał mnie obrzydzeniem - To coś jest... z ludzi? - Po części -przyznał Pan Mirek - A teraz chodźmy stąd. Bo wiesz, tak między nami, nie przepadam za tą halą.

* * *

Już bez kombinezonów szliśmy kolejnym korytarzem, który różnił się tym, od pozostałych, że miał wymalowane na ścianach poziome, niebieskie pasy. Zatrzymaliśmy się przy chromowanych drzwiach z czytnikiem, które Pan Mirek otworzył wyciągniętą z kieszeni złota kartą, z jego namową zajrzałem do środka.

To było laboratorium jak na statku kosmicznym, całe w bieli. Ludzie w białych fartuchach pracowali przy białych stołach na białych komputerach, wszędzie było pełno probówek z chemikaliami, pod ścianami stały różnorakie urządzenia, o których nie miałem zielonego pojęcia, do czego mogą służyć. - Tomek! - wydarł się nagle Pan Mirek - Tomek pozwól tu!

Jakiś naukowiec, dosyć młody, w okularach i z kręconymi włosami szybko do nas przybiegł. Na piersi wisiała mu plakietka ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem, oraz wielkim „SECTOR 1” - Słucham, proszę pana?

Pan Mirek wysunął mnie przed siebie. - To jest Kordian. Powiedz mu, proszę, czy łatwo jest z „tego” zrobić „to”? - Nie łatwo. -przyznał Tomek i wyciągnął z kieszeni dwie ampułki -Powiem nawet, że bardzo trudno jest z „tego” -pokazał ampułkę z pomarańczową cieczą, taką samą jak w kotłach – zrobić „to” - potrząsnął druga ampułką, z płynem jasnoniebieskim.

- No, świetnie. Idziesz z nami, Tomek -Pan Mirek odwrócił się na pięcie i ruszył szybko dalej korytarzem -Idziemy jeszcze do kawiarni, a z tego, co wiem, ty też powinieneś już tam być.

- O rajuśku, ma pan racje! -Tomek ze strachem spojrzał na zegarek i pobiegł za Panem Mirkiem, ja i nasi dwaj ochroniarze zrobiliśmy to samo. - Czym jest „to” i... „tamto”? -spytałem Tomka…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%