Historia · 16 min czytania
EMIGRANCI
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„EMIGRANCI”
„Przyjechali po nich rano, było jeszcze ciemno. Rozkazano usiąść wszystkim i zrobiono rewizję. Byli to funkcjonariusze NKWD, w mundurach z bronią. Domownicy nie rozumieli, co do nich mówią, tylko ojciec częściowo rozumiał. Mieli ½ godziny na spakowanie. Wsadzono ich na sanie i zawieziono na stację kolejową. Razem z nimi zabrano całą kolonię Polską. Nie spodziewali się takiego losu. Nie pamięta szczegółów wydarzeń, ale pamięta przerażenie wywożonych ludzi....Nie wiedzieli gdzie jadą, podejrzewali tylko na podstawie mijanych miejscowości, że jadą w głąb Rosji. Podróż trwała około miesiąc. Przesiedli się następnie na sanie i pojechali nimi do baraków. Nie wie kto je zbudował. Mówili, że byli tam „tacy Rosyjscy Niemcy”. Stamtąd zwolniono ich po wojnie. Przewieziono ich do Zgorzelca” Wspomnienia mojej matki zebrał prof.. Zdzisław Ryn.
Do problemu życia „na ziemiach odzyskanych” chciałbym się odnieść z perspektywy: obserwatora współczesnego życia oraz świadka wydarzeń z przed prawie pół wieku. Im dłuższy dzieli mnie dystans od czasów dzieciństwa, od miejsca urodzenia tym, większą odczuwam moralną potrzebę podzielenia się wspomnieniami osobistymi i relacjami moich bliskich. Relacjami moich bliskich? Nie, nie było tych relacji. Było milczenie, milczenie było jedynym komentarzem, często lęk, rygorystycznie przestrzegany zakaz mówienia: o ciotce w Ameryce, wujku zakonniku gdzieś w Afryce, o życiu, przeszłości....,byłych mieszkańcach moich kolejnych mieszkań, o Świętym Mikołaju. Jako że święty też był nieprawomyślny, źle widziany przez władzę ludową. Do mojej koleżanki Małgosi przychodził dziadek mróz a nie jakiś jak mówiła śmieszny Święty. Bardzo szybko przestałam zadawać pytania. Pozostał zmysł obserwacji, zmysł czytania gestów, tonu głosu, przedmioty, które poprzez swe obco brzmiące napisy coś mówiły o życiu ludzi, którzy tak niedawno zamknęli drzwi swoich mieszkań. Moich mieszkań. Wspomnienia to jedynie obrazy, oprawione ramą ciszy. Najwcześniejsze wspomnienia to świat przedmiotów określanych jednym słowem „poniemieckie”. Poniemieckie łóżko, w którym leżał mój nowo narodzony brat. Łóżko było strasznie wielkie, a on bardzo, bardzo malutki ,pościel, łyżki, cukierniczki, pojemniki na sól, talerze mieszkania, potem dalej kościoły, cmentarze. Przeprowadzając się wiele lat temu do Krakowa z jakiegoś powodu zabrałam ze sobą jedną „poniemiecką” filiżankę. Mam ją do dziś. Kto z niej pił blisko 70 lat temu?. Myślę że w sposobie narracji , tej opowieści jest dużo nastoletniej egzaltacji, jednak staje się ona niezbędna gdy chcę chociaż trochę wiernie oddać tamten świat widziany oczami dziecka. Słynne orędzie polskiego Episkopatu do narodu niemieckiego z 1965, roku zakończone "wybaczamy i prosimy o wybaczenie", poruszyło całą Polskę. Reakcje były różne. Dobrze pamiętam, duże zaniepokojenie wywoływały zwłaszcza słowa "prosimy o wybaczenie". Za co mieliśmy przepraszać?. Dziadkowie. Dziadek Grzegorz, ...........Miał sumiaste wąsy, był altyrerzystą. .Jak mówił miał armatkę. Jego batalion ruszył na pomoc powstańczej Warszawie. W walkach o przyczółek czerniakowski zabrakło amunicji. „Niemcy strzelali jak do kaczek” mówił długo potem. Jakiś Niemiecki żołnierz widząc mundur żołnierza polskiego, pozwolił wyjść z ruin, nie strzelał. Tak oto dziadek trafił do niemieckiej niewoli. Po wojnie dołączył do powracającej z Syberii rodziny. Do końca życia dziwaczny, chodził w wojskowych marynarkach, które zdzierał po swoim zięciu, nie chodził ku zmartwieniu rodziny do kościoła, ponieważ księża byli nasłani, jak mówił współpracowali z władzą, donosili. Niedaleko żył Dziadek Antoni polski szlachcic, podczas pacyfikacji wsi kopał okopy, walutą był chleb i papierosy. Pobili go okupanci, nigdy się po tym nie pozbierał. Potem przyszli Rosjanie, trochę postrzelali i tak skończyła się wojna. Urodziłam się w Wrocławiu. Hitler nazwał Wrocław,,twierdzą’’, co oznaczało, że choć wojna jest przegrana i dalszy opór bezcelowy Wrocław będzie się bronił do końca. W rezultacie miasto przekształcono w ruiny, które zastali polscy przybysze z lat 1945-47Urodziłam się w Wrocławiu, Wrocławiu, w mieście, które cała populacja Niemców zmuszona została opuścić po wojnie. Wrocław, w przeszłości niemieckie miasto odrestaurowanych barokowych kamieniczek i kościołów nad Odrą, był prawie całkowicie zniszczony w czasie II wojny światowej, zbombardowany i na koniec zdobyty przez armię sowiecką po desperackich 14 tygodniach niemieckiego oporu, trwającego jeszcze 4 dni po kapitulacji Berlina. Moje miasto, jest waleczne.. Europa Milczy o tragediach, jakie się rozegrały, bo musiały się rozegrać w czasie, kiedy Niemcy zamieniali Wrocław w „Festung Breslau”. Kiedy wyburzali całe dzielnice śródmieścia, co się działo wówczas z ludźmi? Co się działo z tymi ludźmi, kiedy „Festung Breslau” została zdobywana przez nacierające wojska? Co dzieje się w zdobywanej twierdzy? Ile ludzi niewinnych tam zginęło, którzy zbiorowo zostali wepchnięci do sytuacji, w której śmierć kosiła jak łan? Czy to nie była zbrodnia na własnych obywatelach? Czy nie jest zbrodnią narażania ludzi na niewątpliwą śmierć? „Jesteśmy jedynym miastem, w którym w 100% dokonano wymiany ludności po wojnie”- powiedział w wywiadzie Rafał Dutkiewicz –Prezydent Wrocławia. Prezydent Festung Breslau Niemieccy turyści poszukujący miejsc zamieszkania swoich rodziców lub dziadków to na Dolnym Śląsku częsty widok. Zaczęli przyjeżdżać pod koniec lat 60, na początku 70. Budzili sensację, lęk, ciekawość. Zwłaszcza na wsi i w mniejszych miastach byli bardziej widoczni, z czasem zostawali zapraszani do obejść. Dorośli mówili, dopytywani przez innych dorosłych, że byli mili, chwalili dbałość o pozostawione mienie, zauważali zmiany, z ciekawością oglądali nowe drzwi do stodoły. Gdy wyjeżdżali przez chwilę o nich mówiono. Jeden dorosły powiedział, że jego sąsiad nawet się zaprzyjaźnił. Niemiecka rodzina odwiedza go systematycznie.... Może sąsiad ma z tego. korzyści? Wszak Niemcy to zachód. Wychowana na klasycznej literaturze, zasadach już wówczas nie rozumiałam polityki wyzwolicieli wobec Niemców, która dla mnie oznaczało realizowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. A przecież przestępców powinny skazywać sądy po uczciwych procesach..... Dla dzieci polskich, wszyscy mieszkańcy dawnych Prus Wschodnich byli "Szwabami" i "Krzyżakami",. Niemcy byli też, agentami obcego wywiadu robiącymi zdjęcia obiektów militarnych. Przyjeżdżający Niemcy (turyści niemieccy) rozdawali też dzieciom słodycze, nie należało ich brać- nie pamiętam, dlaczego- może były zatrute, a może wybuchały....Nie pamiętam. Pamiętam znajdowane na łąkach liczne niewybuchy, takie znalezisko nobilitowało w naszej paczce. Jedną minę czołgową przyniosłam nawet do domu i położyłam dumnie na kuchennym stole. Bawiliśmy się w wojnę, każdy kij był karabinem, każdy śmietnik twierdzą. Nikt nie chciał być Niemcem, ruskim też nie. Za ogrodzeniem z żywopłotu, często przejeżdżały dwa zaprzyjaźnione czołgi. Polskie czołgi. Nocami ciągnęły jak upiory rosyjskie kolumny opancerzone, każdy samochód zabezpieczony łańcuchem. Długie nocne godziny….łoskot łańcuchów… W owym czasie część naszej „paczki” zaprzyjaźniła się z rosyjskim żołnierzem. Był młody, i piastował w jednostce wojskowej niezwykle odpowiedzialna funkcję. Był odpowiedzialny za hodowlę świń na potrzeby rosyjskiej armii. „Dziadzia” przyjechał gdzieś zza Urala. Opowiadał o matce, domu, pokazywał zdjęcia dziewczyny, której nie widział już trzy lata. Bardzo tęsknił. Myślę, że tylko nam, bandzie dzieciaków mógł opowiedzieć o swojej tęsknocie, całym dramacie, absurdzie. Chciał wrócić, Codziennie liczył ile zostało mu jeszcze lat… Utrzymywaliśmy też dobre stosunki z cmentarnym sąsiedztwem. Nie wiązaliśmy z nim żadnych obaw, bo regularnie odmawialiśmy modlitwy w intencji spoczywających