Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Melodramat · 1 godz. 16 min czytania

Emily

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog:

{i}„Nawet nie wiesz, jakie było moje rozczarowanie, gdy wróciłem tu, a ciebie już nie było. Nie, nie winię cię. Wiem, że nie mogłaś dłużej czekać. Nie miałaś ku temu żadnych powodów. Pamiętam jak powiedziałaś, że każdy odbiera śmierć w inny sposób. Jeden widzi tylko ból i cierpienie, a drugi widzi w tym coś cudownego, co dopiero nadejdzie. Nie widziałem wtedy śmierci. Ale wiedząc, że może być niedaleko, nie czułem strachu. To ty otworzyłaś mi oczy i pozwoliłaś uczynić to pięknym. Teraz bez Ciebie to miejsce wydaje się jeszcze gorsze. Dawałaś mi nadzieję, pomagałaś mi zrozumieć tutejszy świat. Rozmowy z Tobą wiele mnie nauczyły. Dziękuję Ci za ten czas. Nie wiem jak długo jeszcze tu będę. Nawet gdybym miał już nie wrócić. Do zobaczenia. Nie ważne gdzie.”{/i}

Chłopak złożył kartkę dwa razy i schował do kieszeni spodni. Wyśle ją potem. Albo nigdy. Pisanie listów pomagało mu, to było niemal jak rozmowa tyle, że w jedną stronę. Poczuł na twarzy chłodny, przyjemny wiatr. Po całym dniu w pełni słońca, wieczorny wiatr wydawał mu się podobny do deszczu po długich tygodniach suszy. Siedział na drewnianym krześle, opartym o ceglaną ścianę, która mimo cienia, wciąż była ciepła od słońca. Nogi bez skrępowania założył na metalowy stół, nie przejmując się, że ciągle ma za sobie buty, brudne od piachu. Ręce splótł za głową i wyprostował się wygodnie. Niebo przybrało granatowy kolor. Gwiazdy świeciły niczym małe iskierki na niebieskiej płachcie, która miała się zaraz zapalić od ich nadmiaru. Piach stawał się coraz ciemniejszy, zmieniając swą naturalną, dzienną barwę, na bardziej mroczną. Pustynia wydawała się rozciągać bez końca. Urywał się on jednak przy horyzoncie - długiej granicy, między granatowym niebem i ciemnym piaskiem, które zlewały się ze sobą tworząc niebezpiecznie ciemny obszar nieskończoności. Lubił siedzieć o tej porze, właśnie w tym miejscu wypatrywać horyzontu w wieczornym półmroku. Dzienny upał, nie pozwalał mu normalnie funkcjonować. Blokował umysł, któremu ciało nie poddawało się i w dzień żyło we własnym rytmie. Mimo długiego już pobytu tam, nie mógł się do tego przystosować. Wiedział, że to nie jest miejsce dla niego. Jedynie te wieczorne chwile spędzane w samotności pozwalały mu zebrać myśli. Ale nie zawsze siedział tam sam. Była jedyna osoba, która nie przeszkadzała mu w jego cowieczornym rytuale. Jedyna osoba, przy której mógł się czuć sobą w tym miejscu, które zmieniało dusze. Oczyszczało z resztek człowieczeństwa i odbierało ostatni rozsądek. Odejmowało umysł i zastępowało go nowym. Uczyło nienawiści, pogardy, zbrodni. Każdy to widział, ale nikt nie potrafił temu zapobiec. On się starał. Chciał za wszelką cenę pozostać tym samym człowiekiem, ale czuł, że to nie wystarczy, że mu się nie uda. Chciał mimo tego całego szumu, znaleźć w tym obłędzie kawałek własnego, niedostępnego lądu. Schować się tam, bezpiecznie, niczym małe dziecko. Zaznać spokoju i ciszy. Ukryć się przed tymi okrucieństwami, które tak zmieniały ludzi. Znaleźć swoją małą wysepkę. Zmrużył na chwilę oczy, by je zaraz otworzyć. Wstał i wszedł do środka małego, ceglanego domu. Teraz już nawet ta jego chwila i jego miejsce nie zapewniało mu spokoju.

***

Somalia, okolice Mogadiszu, 19 maja, 1994 rok Pozorną ciszę i spokój przerwało nagle kilka samochodów wjeżdżających na teren amerykańskiej jednostki. Zaczęli wybiegać z nich żołnierze wynosząc rannych. Pielęgniarki natychmiast pobiegły im pomóc. Zrobiło się straszne zamieszanie, wszystko działo się jak na przyspieszonym tempie. Wbrew pozorom nie był to tam zbyt częsty widok. Rzadko działo się tam cokolwiek, a takie sytuacje mobilizowały wszystkich do działania. Przeważnie każdy miał tam swoje zajęcie, bezużyteczne, niesłużące nikomu. Tylko od czasu do czasu odbywała się akcja. Wtedy, kto tylko był zdolny do działania, był na nią wysyłany. Z ponad stu żołnierzy, służących tam, niektórzy ani razu jeszcze nie opuścili bezpiecznego miejsca ich jednostki. Emily wędrowała między metalowymi łóżkami, w których leżeli ranni. Tym razem przyjechało ich zaledwie kilkunastu, czasem bywało znacznie gorzej. Nigdy nie pytała ilu zginęło. Dla niej najważniejsza miała być liczba tych, których ma pod opieką. -Jak tam ręka, Tony? – podeszła do jednego z żołnierzy. -Nie za dobrze, ta stara lekarka jest taka zimna, może ty okażesz mi więcej uczuć – wykrzywił usta w zadziornym uśmiechu. Nie wyglądał na obłożnie chorego. -Innym razem – odparła, śmiejąc się pod nosem i odeszła. Przyzwyczaiła się do tego typu uwag. Były tam tylko trzy kobiety i ponad stu mężczyzn. Nauczyła się nie zwracać uwagi na ich zaczepki. Z nią pracowała Christina. Była to dziewczyna mniej więcej w jej wieku z wiecznie ponurą miną. Miała krótkie, blond włosy, pociągłą, trójkątną twarz i bardzo jasną cerę. Prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiały, mimo tego, że spędzały razem wiele czasu. Emily nie za wiele o niej wiedziała, poza tym, że zostawiła ona w kraju męża i w pełni oddała się służbie. Nie potrafiła tego zrozumieć, ale domyślała się, że to coś w rodzaju powołania. Ona czuła to samo i dlatego potrafiła domyślić się, jaka jest Christina, nawet, gdy nie mówiła ona o sobie za wiele. Trzecią kobietą była ich przełożona, najstarsza, lekarka. Wszyscy wołali ją siostra Avery i nikt tak naprawdę nie wiedział jak ma ona na imię. Z pozoru wydawała się surowa i pozbawiona uczuć, ale Emily wiedziała, że to tylko jej sposób na to by tam przetrwać. Każdy musiał sobie jakoś radzić. -W środku czeka jeszcze kilku rannych, pomóż Christinie – powiedziała przełożona mijając ją pospiesznie. Lubiła wiedzieć, że ma nad nimi władzę, ale tak naprawdę wszystkie trzy były oddane ich zajęciu w takim samym stopniu. Emily tylko kiwnęła posłusznie głową. Doszła do końca długiego pasa łóżek rozłożonych na zewnątrz i przykrytych wielkimi płachtami materiału, które zapewniały cień. Ich prowizoryczny szpital musiał mieścić się na zewnątrz, gdyż nie starczyłoby dla wszystkich miejsca w środku kilku małych, ceglanych budynków, gdzie spędzali jedynie noce. Tam wydawało się jeszcze goręcej niż na otwartej pustyni. Przez nagrzane od słońca ściany, miało się wrażenie, że bucha z nich ogień. Dziewczyna weszła do środka, odrzucając ręką na bok wiszące drzwi z materiału. -Tam jest jeszcze jeden – powiedziała Christina, która bandażowała właśnie jednego z żołnierzy. Emily przeszła do pomieszczenia obok, gdzie siedział mężczyzna, bez koszuli i odwrócony do niej tyłem. Od razu zauważyła krwawiącą ranę na jego ramieniu. Założyła zwinnie na ręce gumowe, białe rękawiczki i podeszła bliżej niego. -Co tu mamy? – spytała raczej sama siebie. -Wbił mi się kawałek jakiegoś świństwa. Przyjrzała się odłamkowi metalu wystającemu z jego barku. Prawdopodobnie jakiś fragment bomby, widziała już większe rzeczy. Sprawnie wyciągnęła go i natychmiast zdezynfekowała ranę, po czym założyła opatrunek. -Może jeszcze krwawić, przyjdź jutro rano na zmianę opatrunku – powiedziała, a chłopak odwrócił się przodem do niej i dopiero ujrzała jego twarz. -Dzięki. Wyobraź sobie, że musiałem biegać z tym czymś przez ponad trzy godziny i nie pozwolili mi tego wyjąć. -Mógłbyś się wykrwawić – odparła rozważnie, zdejmując poplamione, czerwone rękawiczki i wyrzucając do kosza na śmieci. Zaskoczyło ją trochę to podjęcie rozmowy przez chłopaka i to bez żadnych sprośnych docinek w jej kierunku. Coś ją tknęło, obudziła się długo skrywana w niej ciekawość i spytała: -Ilu zginęło? -Siedmiu – odpowiedział natychmiast chłopak. Przed oczami stanęły mu obrazy z misji, mimo to jego twarz nie dała po sobie poznać wewnętrznego bólu. – W tym dwóch, których dobrze znałem – dodał sam nie wiedząc, po co. -Przykro mi – spuściła wzrok, coś mówiło jej, że tak trzeba. -Wiesz, że to nic tu nie znaczy – powiedział zaciekawiając ją tym. Zgodziła się z nim. Zauważyła w nim coś niezwykłego. Był zupełnie inny niż reszta facetów tam, którzy tylko zaczepiali ją i flirtowali . Mimo młodego wieku wydawał się bardzo doświadczony. Z jego oczu biło coś, co ją fascynowało. Bardzo różnił się od pozostałych. Mówił jakby widział i rozumiał więcej niż oni, a to wszystko obciążało go. Było dla niego wielkim balastem, ale nie mógł się go pozbyć. -To musi być dla was trudne – powiedziała po chwili namysłu. -Dla mnie najtrudniejsze jest nie to, co widać, śmierć, krew, ale ten fakt, że człowiek jest do tego zdolny. Przyzwyczaił się już, że inni nie zwracali uwagi na to, co mówił. Czasem czuł się jak jakiś wybawiciel zesłany specjalnie na ziemię, by pokazać tym ludziom właściwą drogę. Ale był normalnym człowiekiem, jednym z nich. A oni byli głusi na jego słowa. -To jest jak przekraczanie jakiejś granicy człowieczeństwa – powiedziała brnąc w to, oddając się rozmyślaniom. Słowa niosły ją prosto, jakby same już dawno chciały się uwolnić i pokazać światu. A teraz po prostu znalazły na to odpowiedni moment. -Jeśli wkładanie człowiekowi broni w dłoń i kazanie mu zabijać, ciągle jest człowieczeństwem, to coś jest z tym światem nie tak – odparł równie gładko. Jakby w końcu znalazł słuchacza swoich nauk. Każde jego słowo sprawiało, że była nim coraz bardziej zafascynowana. Wpatrywała się w niego, zastanawiając się jak to możliwe, że są jeszcze tacy ludzie. Był inny niż reszta, to zauważyła od razu. Potrząsnęła nerwowo głową i odwróciła wzrok. Coś kazało jej przerwać tą rozmowę, coś mówiło jej, że nie powinna się otwierać przed żołnierzem, który jest tam jednym z wielu, których już znała. -Muszę iść do innych rannych – powiedziała szybko i wyszła zostawiając go samego z poczuciem winy. * Emily lubiła siedzieć o popołudniowej porze w małym pokoju pielęgniarek i patrzeć przez okno na ćwiczących na pustyni żołnierzy. Wydawali jej się wtedy tak daleko, tacy niedostępni, jakby żyli w zupełnie innym świecie. I chciała tak o nich myśleć. To oni musieli walczyć, zabijać, ona była od tego z daleka. Ale wiedziała, że tak nie było. Była w samym środku tego wszystkiego i widzi, co się tam dzieje. A rozmowa z chłopakiem, którego imienia nawet nie znała, jeszcze bardziej jej to uświadomiła. Widziała go ćwiczącego pośród innych żołnierzy na pustyni. Każdy z nich miał na sobie gruby mundur mimo panującego tam upału. Pot ściekał z ich zaczerwienionych twarzy. Najpierw kilkanaście minut biegania, potem pół godziny innych ćwiczeń na sprawność, a na końcu trening z bronią. Znała ich rozkład zajęć niemal na pamięć. Widziała jak wykonują te bzdurne polecenia przełożonego i zastanawiała się, do czego im to potrzebne. Czy miało to im pomóc na jakiejś misji, do których przygotowywali się codziennie, a która mogła nigdy nie nadejść. Jakiekolwiek akcje odbywały się tam tak rzadko, że wydawało jej się, że ten codzienny trening jest tam ich jedynym celem. Ale zdążyła już poznać to prawdziwe oblicze wojny, o którym mówił chłopak. I wiedziała, że gdzieś tam, daleko od niej, istnieje to okrutne oblicze pustyni, od którego nawet ona nie może uciec.

***

Emily lubiła wieczorny spokój tego miejsca. Było tam wtedy niesamowicie cicho. Szła spać zawsze ostatnia z pielęgniarek. Wymykała się wtedy z ich pomieszczenia i spacerowała żwirowymi uliczkami okolicy. Wieczorny spacer zawsze polepszał jej nastrój i stał się codziennym, obowiązkowym zajęciem. Ich baza była oddalona co prawda daleko od reszty miasta, ale z daleka było widać domki mieszkalne ludności. Wiedziała, że nie może się tam zbliżać i nie chciała tego. Wolała tylko sobie wyobrażać jak wygląda życie, o którym tyle słyszała. Ich bazę dzieliła na dwa miejsca: blok pielęgniarek i szpital, które były jej terenem oraz siedlisko żołnierzy, które znajdowało się kilkanaście metrów dalej i nigdy tam nie chodziła. Tylko wieczorami spacerowała w tamtych okolicach. Pomieszczenia, w których spali żołnierze były ogromne. Składały się z kilku parterowych budynków. W dzień przed nimi zawsze były wystawiane stoły i krzesła, a nad nimi rozwieszane zielone płachty materiału, które czasem składano na noc, choć nie zawsze. Często widziała światło palące się wewnątrz budynków i głośne krzyki ze środka pochodzące od bawiących się żołnierzy. Ale w niektóre noce, zwłaszcza takie jak ta, po nieudanej misji, słyszała tylko ciszę. Szła żwirową drogą, która dalej prowadziła prosto do pobliskiego miasteczka. Wokół niej rosła marna trawa, przebijająca się przez piach. Lubiła patrzeć na ciemne niebo, całkowicie pozbawione chmur za to pełne gwiazd, mieniących się z każdej strony. Czuła się wtedy blisko domu, jakby przez to niebo dzieliła ją od kraju zaledwie mała granica. Spojrzała w górę, podnosząc wysoko głowę. Chociaż wszystko wokoło było inne, niebo wyglądało tak samo jak w domu. Spuściła głowę rozglądając się dokoła. Zaszła wyjątkowo daleko, docierając do terenu żołnierzy, gdzie starała się nigdy nie zbliżać. Tej nocy wszystkie światła w oknach były pogaszone. Budynki wydawały się tak ciche jakby nikogo nie było w środku. Przyjrzała się bardziej jednemu z nich, a właściwie jego wejściu gdzie stały poskładane na noc krzesła. Na jednym z nich siedział chłopak. Wyprostował się, opierając głowę o ścianę i patrzył prosto przed siebie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że to ten sam, z którym rozmawiała w dzień. Natychmiast tknęła ją myśl, że musi szybko zawrócić, żeby nie widział, że się tam kręci. Chociaż pomysł, że już jej nie zauważył wydał jej się absurdalny, zważając na to, że miejsce, w którym stała było kompletnie puste, a ona była małą postacią poruszającą się na tle horyzontu. Mimo to jak najszybciej odwróciła się i poszła z powrotem na swój bezpieczny teren. * Za dnia wszystko nabierało własnego tempa. Pod opiekę pielęgniarek przypadało około dwudziestu rannych. W ich rozkładzie był codzienny obchód między łóżkami. Poranny, popołudniowy i wieczorny, oprócz tego dużo innych obowiązków. Emily kończyła właśnie swoją poranną część zajęć przy rannych i ruszyła w kierunku ich małej przychodni. Ten budynek znajdował się zaraz za szpitalem. Mieściło się tam całe wyposażenie takie jak bandaże i leki. Tam zawsze przyjmowano rannych i robiono skomplikowane zabiegi pacjentom, którzy nie mogli czekać na przybycie lekarza. Przy wejściu do przychodni zauważyła chłopaka, którego widziała poprzedniego dnia. Stał oparty o ścianę, z jedną nogą zgiętą i patrzył prosto na nią. Podeszła do niego i marszcząc brwi, spojrzała na niego pytająco. -Przyszedłem na zmianę opatrunku – powiedział od razu. -Tak, chodź – odparła i zaprowadziła go do środka. Chłopak szybkim ruchem zdjął koszulkę i usiadł na miejscu, gdzie poprzednio. Emily wzięła swoje przyrządy i zabrała się do pracy. -Druga pielęgniarka jest wolna, czemu nie poszedłeś do niej? – spytała z ciekawości. -Wolałem poczekać na ciebie. -Dlaczego? – była jednocześnie zdziwiona i wystraszona, sama nie wiedząc czemu. -Nie wiem, może ty mi powiesz – próbował spojrzeć na nią przez ramię, by widzieć jej reakcję, ale ból spowodował, że tylko skrzywił się i zrezygnował. – Jak masz na imię? -Emily. Skończyła zakładać opatrunek i chłopak mógł się w końcu odwrócić i patrzeć jej w oczy. -Ethan – powiedział, ale nie słysząc odpowiedzi kontynuował. – Długo tu jesteś? -Tu, dopiero trzy tygodnie, wcześniej byłam w innych miejscach. A ty? – Stanęła tyłem do szafki, opierając się o nią rękoma. Ethan wstał, założył ostrożnie koszulę, by nie uszkodzić opatrunku i stanął obok niej. -Dwa lata. -To dość długo. -Wcale nie, niektórzy chłopacy służą już pięć, sześć lat, a sierżant czternaście. Ale ja jak tylko mi pozwolą mam zamiar wracać do domu. Póki jeszcze mogę. -To znaczy, że boisz się, że zginiesz? -Czasami się boję, ale nie wojny tylko tego miejsca. Chcę wrócić póki jeszcze mam świadomość tego, co tu się dzieje. Emily wpatrywała się w niego zaciekawiona. Każde jego słowo wydawało jej się tak magiczne i przekazywało taką głębię, że mogła je interpretować na różne sposoby. Dobrze wiedziała, o czym mówi, rozumiała go jak mało kto i chciała mu to jakoś przekazać, dać mu mały, ale wyraźny znak. Jednak on już to wiedział. Patrzyła na niego i widziała żołnierza, który powinien być dla niej po prostu jednym z wielu. Znała ich i wszyscy wydawali jej się tacy sami. Nikt nigdy nie potrafił z nią tak pięknie rozmawiać i od nikogo nie słyszała tak wielu mądrych słów, które by ją urzekły. Od samego początku zwróciły jej uwagę właśnie te słowa. Dopiero teraz zdążyła mu się lepiej przyjrzeć. Miał niesamowicie niebieskie oczy, które przyciągały jej wzrok, czarne włosy bardzo krótko ścięte jak każdy żołnierz piechoty morskiej. Widziała w nim po prostu atrakcyjnego mężczyznę i przeraziła ją myśl, że po raz pierwszy od długiego czasu poczuła coś takiego. * Na pustyni zapadał zmrok, a w powietrzu pojawił się przyjemny chłód, który przez słońce świecące cały dzień, był słabo odczuwalny. W obozowisku żołnierzy zwykle o tej porze dało się słyszeć głośne okrzyki i muzykę, lecz już drugiej z rzędu nocy panowała tam cisza i wszystkie światła były pogaszone. Ethan wyszedł na zewnątrz w swoje stałe miejsce, gdzie siadał, gdy wszyscy już spali, tak, by nikt go nie zauważył. Wiedział, że wielu kolegów widziało jak czasem wymykał się o tej porze. Nie zadawali mu pytań, bo zdążyli już go poznać. Przynajmniej tak myśleli. Wszyscy uważali go za wrażliwego człowieka i rozumieli te jego wieczorne przesiadywanie na zewnątrz. Ale nikt tak naprawdę nigdy nie chciał z nim szczerze porozmawiać. A on potrzebował się komuś zwierzyć z tego wszystkiego, co siedziało mu uporczywie w głowie. Ten wieczorny czas, samotne krzesło pod ścianą i obraz pustyni o zmroku, pomagały mu. Nagle w tej pustej ciszy usłyszał czyjeś kroki na piasku, coraz bliżej niego. Poznał od razu, że nie jest to odgłos wojskowych butów, bo pomimo zagłuszającego wszystko piachu, znał go na pamięć. -Nie przeszkadzam? – odezwała się spokojnym głosem postać wyłaniająca się z mroku. -Nie, jasne, że nie – poderwał się lekko na krześle, lecz widząc Emily znowu opadł na nie spokojnie. -Zauważyłam, że często siedzisz tu wieczorami. – Wzięła jedno krzesło z ustawionej z nich góry i usiadła obok chłopaka. -Lubię tak sobie porozmyślać w ciszy. -W takim razie, mogę porozmyślać z tobą? Ethan tylko spojrzał na nią bez słowa, a ona w półmroku dostrzegła jego dyskretny uśmiech, który miał oznaczać zgodę.

***

Lubili chodzić o zmroku żwirowymi uliczkami i rozmawiać. Kiedy słońce chowało się na całą noc, piach stawał się chłodny, a wszędzie w obozowisku panowała cisza, można było spotkać ich dwoje spacerujących powoli. Rozmawiali na wszystkie tematy, na te ważne na temat wojny, zahaczające o sens życia, jak i na całkiem przyziemne. Opowiadali o swoich domach, rodzinach, wspominali swoje miasta. To był kolejny wieczór, którego w żadnym budynku żołnierzy, nie paliło się światło. Księżyc wisiał daleko przed nimi, ale wydawał się być tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki i kusił swoim bladym światłem. -Zastanawia mnie, czemu taka młoda dziewczyna zdecydowała się jechać na wojnę – odezwał się półszeptem Ethan. -To chyba coś w rodzaju powołania. Albo tradycja. Mój ojciec służył w Wietnamie, a mój brat w Zatoce Perskiej. – Emily wzięła głęboki oddech i spojrzała kątem oka na chłopaka. Widząc jego skupienie na twarzy, kontynuowała. – Mój brat zginął. Matka bardzo nie chciała żebym wyjeżdżała, ale to była moja przemyślana decyzja. A dla ojca było już chyba wszystko jedno. Wiesz, on zawsze był dla nas surowy i wymagający. Matka mówiła, że to powrocie z wojny tak się zmienił. Żałuję, że nie znałam go wcześniej. Ethan milczał przez chwilę zafascynowany jej historią. Dziewczyna włożyła bosą stopę głębiej w piasek i poczuła przyjemny chłód. Na wierzchu piach był ciągle nagrzany od słońca, ale pod spodem dało się czuć jego naturalny charakter. W ręku trzymała swoje buty, wiszące swobodnie. Jedyne, czego mogła się obawiać to owady czające się w ziemi, ale postanowiła się tym nie przejmować. Ethan pomyślał, że w tym bladym świetle księżyca dziewczyna wygląda jeszcze piękniej. Swoje średniej długości brązowe włosy, które całymi dniami ma związane w kucyk, tym razem rozpuściła i swobodnie opadały jej na ramiona. Wyglądały one na mieszankę różnych kolorów, niektóre pasma były bardziej wyblakłe od słońca, inne mniej. Podkreślały jej delikatne rysy twarzy i smukłą twarz. Jedno pasemko ciągle opadało jej na oczy i z gracją odtrącała je ręką. -I nie bałaś się? Wiesz, że nawet tu w naszym obozie może być niebezpiecznie. -Ja chciałam wyjechać, po prostu czułam, że muszę. A ty, czemu wstąpiłeś do armii? -Szczerze to nie miałem dużego wyboru. Wiesz jak to jest, większość chłopaków tu pochodzi z biednych rodzin, nie mieli wielu możliwości, dlatego wybrali wojsko. Dziewczyna tylko przytaknęła. Czuła, że doskonale rozumie, co ma on na myśli, jakby go znała od lat. Ethan często mówił zagadkowe niedopowiedziane zdania, a ona zawsze potrafiła je rozszyfrować i stwierdzić, że ona czuje to samo. Spędzili ze sobą zaledwie kilka wieczorów, a tak wiele o nim wiedziała. Ona przyjechała tu, bo tego chciała, on trafił na wojnę raczej przez przypadek. Często mówił o tym, jakie to jest okropne miejsce i że tylko czeka aż będzie mógł jechać do domu. Mogłaby pomyśleć, że zwyczajnie się boi, ale wiedziała, że tu chodzi o coś więcej. On nie był typem chłopaka, który za wszelką cenę starał się wymigać od wojska, chociaż przyjeżdżając tu za pewne nie wiedział, co go czeka. Ale, gdy już poznał smak tego miejsca od razu chciał zrezygnować. Nie bał się śmierci tylko tego, co to miejsce robi z człowiekiem. Widział jak na jego oczach ludzie zmieniają się w zwierzęta. Młodzi chłopacy, którzy wcześniej byli porządnymi, wrażliwymi ludźmi tu tracą wszystko, co w nich dobre, a ich serca wypełnia już wyłącznie nienawiść. Karabin, który tu dostają jest wyłącznie symbolem tego, czego się tu uczą. A po powrocie do domów mimo, że swój karabin zostawią z zbrojowni, zostaną tymi ludźmi, jakimi stali się tutaj. * Emily ubrana w biały fartuch wypełniała swoje obowiązki przy rannych w szpitalu. W samo południe słońce było najbardziej uciążliwe, ale w miejscu, gdzie leżeli pacjenci, nie odczuwało się go aż tak bardzo dzięki dachowi ze specjalnych płacht. -Twoja noga już niedługo powinna się wyleczyć, będziesz mógł wrócić do reszty. – Kończyła związywać pacjentowi szczelny opatrunek, zamknęła swoją plastikową apteczkę na zatrzask i podniosła ją z brzegu łóżka. -To znaczy, że przestaniesz się mną opiekować? Nie zniosę tego, chyba znowu mi się pogarsza – skrzywił się w udawanym bólu, a Emily tylko uśmiechnęła się serdecznie i przeszła kilka łóżek dalej. -Jak się dziś czujesz, Tony? – Postawiła apteczkę na jego łóżku i otworzyła. -Dobrze, ale jak niedługo mnie nie wypuścisz to zwariuję. -Spokojnie, ta kula była naprawdę spora. A poza tym wiesz, że to nie ja tutaj rządzę. – Znalazła w apteczce igłę oraz małą ampułkę morfiny. Nagle ciszę panującą na pustyni przerwał odgłos dwóch helikopterów. Na początku z daleka lekko stłumiony, a potem coraz głośniejszy podczas ich lądowania. -Jak to po mnie to powiedz im, że mam się dobrze – powiedział ponuro Tony, ale zaraz jego mina zmieniła się w uśmiech. -To na pewno pożywienie i poczta – odparła dziewczyna śmiejąc się ukradkiem. Helikoptery zatrzymały się kilkanaście metrów od szpitala. Przy lądowaniu piach zmieszał się wirując wokoło, po czym opadł spokojnie w innym miejscu. Niektórzy żołnierze wychyli się wyglądając tylko po to, by upewnić się, że to do nich i z powrotem skupić uwagę na czymś innym. Tylko sierżant Davis wyszedł z budynku, by przywitać się z pilotem, z którym zdążył już się poznać przez ten długi czas jego służby. Kilkoro ludzi wysiadło ze środka helikopterów i zaczęło wypakowywać papierowe pudła z jedzeniem, amunicją, środkami szpitalnymi, oraz inne towary. Jeden wyniósł brązowy worek z masą listów w środku, zawiązany u góry na ciasny supeł. Żołnierze wiedzieli, że nie warto się teraz tłoczyć, bo poczta i tak zostanie im przydzielona za chwilę w odpowiedniej kolejności i porządku. Potem mężczyzna sięgnął po drugi worek z pocztą stojący już przed budynkiem sierżanta. Był to worek z korespondencją żołnierzy do ich rodzin. Również i Emily spoglądała na niego znacząco, wiedząc, że jej list również jest gdzieś tam w środku i niedługo dojdzie do rodziny. Jak tylko skończyła z pacjentem, opuściła teren szpitala i udała się do przychodni. Ze zdziwieniem zauważyła Ethana stojącego u progu. Podeszła do niego szybkim krokiem, w ręku ciągle trzymając swoja apteczkę. -Dostałaś już swój list? – spytał od razu chłopak, trzymając w ręku otwartą kopertę. -Nie, dopiero skończyłam – urwała i spojrzała na niego z lekką zadumą. – Po co przyszedłeś? – starała się żeby zabrzmiało to jak najmniej niegrzecznie. -Powiedzmy, że na zmianę opatrunku – powiedział ciągle uśmiechając się promiennie. -Już go nie potrzebujesz. Słuchaj Ethan, lepiej żeby ludzie nie widzieli, że się widujemy. Wiesz, że nie można mi z wami rozmawiać. Chłopak popatrzył na nią lekko zmieszany. Jej oczy starały się prosić go o zrozumienie, ale nie chciał tego rozumieć. Przytaknął tylko lekko głową i odszedł w stronę obozu wolnym krokiem.

***

Helikoptery przywiozły im zapas jedzenia, leków, amunicji i innych artykułów, których potrzebowali i zostawili ich na środku pustyni na kolejne kilka tygodni. Oczywiście nie zawsze samolot d nich docierał. Musiał obrać specjalną drogę na około, tak by nie lecieć nad samym centrum Mogadiszu, gdzie nie miałby szans. Zdarzało się, że nie przybywał do nich zaplanowanego dnia, lecz nigdy nie tłumaczono im tego opóźnienia. Po odebraniu towarów należało wszystko uporządkować i poukładać. Emily i Christina zajmowały się rozpakowywaniem w ich przychodni towarów lekarskich. Według siostry wszystko musiało mieć swoje miejsce i określony porządek. -Te bandaże mają leżeć na półce – odezwała się Christina, wskazując na paczkę, którą trzymała Emily. -A tak, ciągle nie mogę się przyzwyczaić co gdzie jest. – Potrząsnęła nerwowo głową i odłożyła pakunek na jego miejsce. -Zauważyłam, że ostatnio często spotykasz się z jednym z żołnierzy – pielęgniarka zaczęła temat, przyglądając się dziewczynie z ciekawością. Emily zdziwiła się zarówno tym, że jej koleżanka podjęła z nią jakąkolwiek rozmowę jak i tym, że wie o jej spotkaniach z Ethanem. Odwróciła nerwowo wzrok szukając czegoś w papierowym pudle. -Tak, rozmawiamy czasem – odparła przyciszonym głosem. – A skąd wiesz? -Przecież widzę jak spacerujecie wieczorami i na pewno nie tylko ja to widzę – jej ton głosu brzmiał jakby chciała wyśmiać tę naiwność, ale zaraz się poprawiła. – Wiesz, że nie powinnaś z żadnym z nich nawiązywać głębszych kontaktów. -A co mi mogą zrobić? – już bardziej pewna spojrzała na nią i postanowiła bronić swoich racji. -Mogą cię przenieść w inne miejsce. Albo jego. Ja naprawdę chcę cię tylko ostrzec. Emily spojrzała na nią z pogardą. Rzadko kiedy w ogóle rozmawiały, a teraz próbowała udzielać jej rad. Może jest od niej trochę starsza i przebywa tam dłużej, ale to nie znaczy, że ma prawo do takich uwag. Nawet jeśli ma rację. -Skąd tak dobrze się na tym znasz? – spytała Emily. -Bo też przeżyłam coś takiego – zaczęła poważnym tonem i odłożyła pakunki, które trzymała na bok, a ręce włożyła nerwowo do kieszeni białego fartucha. -To znaczy? – dziewczyna podeszła do niej bliżej zaciekawiona. -Jak to sobie wyobrażasz? Oni siedzą w jednym obozie nawet po kilka lat, a nas ciągle przenoszą z miejsca na miejsce. Ja nie służyłam w jednym więcej niż dwa miesiące. -No tak – Emily spojrzała na nią starając się zmusić ją do rozwinięcia opowieści, którą zaczęła. Christina jednak jakby wycofała się z tego tematu i nie powiedziała już nic wykraczającego za obowiązki służbowe. Mimo to Emily domyśliła się, co chciała jej przekazać i mogła sobie dopowiedzieć resztę historii. Stwierdzenie, że ona „też przeżyła coś takiego” dało jej do myślenia. Na pewno chodziło jej o jakieś wielkie uczucie, które musiało się skończyć, gdy wyjechała w inne miejsce. Tylko nie potrafiła tego dopasować do siebie, bo ona mimo wszystko nie czuła do Ethana nic poza fascynacją. * Wieczorem Emily siedziała samotnie na piachu przed przychodnią. Chciała iść do Ethana, by porozmawiać z nim chociaż przez chwilę, ale widziała, że w jego budynku u żołnierzy ciągle pali się światło i słychać było stamtąd okrzyki zabawy. Nie było go na zewnątrz, tam gdzie zawsze siedział, więc wiedziała, że jest w środku. Ich ostatnia rozmowa, kiedy powiedziała mu, że nie powinni ze sobą rozmawiać w ciągu dnia powodowała u niej wyrzuty sumienia. Rozmowa z Christiną powinna ją jeszcze bardziej upewnić, że miała rację, ale tak nie było. Nie chciała przyjąć do świadomości tego, że nie może się z nim widywać i stwierdziła, że nikt nie ma prawa jej tego zabronić. W głębi serca bardziej bała się tego, przed czym próbowała ją ostrzec Christina. Czuła, że może się za bardzo zaangażować w tę znajomość, a potem zostanie przeniesiona w inne miejsce. Nagle spostrzegła, że z budynku żołnierzy wyszedł Ethan i idzie w jej stronę. Od razu ucieszyła się na ten widok, zwłaszcza, że po ich ostatniej rozmowie myślała, że mogła go urazić i zniszczyć wszystko. Widziała jednak uśmiech na jego twarzy, gdy szedł coraz bliżej niej. -Co słychać? – Podszedł i usiadł obok niej na piachu, opierając się o ścianę. -Jest jakaś zabawa u was, czemu wyszedłeś? -To hazardziści, a ja nie jestem dobry w pokera na papierosy – powiedział dostrzegając uśmiech na twarzy dziewczyny. – Poza tym wolę spędzać czas z tobą. Emily podkuliła nogi i otoczyła kolana ręką, a drugą rzeźbiła dołki w piasku, wygładzając je dokładnie i zasypując z powrotem. -Ciągle uważasz, że nie powinniśmy się widywać? – spytał Ethan. -Nie – natychmiast podniosła wzrok z piasku na twarz chłopaka, starając się nadać swojemu spojrzeniu realność. – Przemyślałam to sobie i nie obchodzi mnie to. -Cieszę się. -Dziś w każdym domku pali się światło, co to za okazja? – spytała Emily powracając do tworzenia dołków w piasku. -Jutro jest jakaś wielka misja, prawie wszyscy jadą. -Ty też? – Jej ręka drążyła teraz koło w gładkim piasku, wyrównała starannie jego kształt i zasypała. -Tak. -Ile potrwa? – tak naprawdę chciała spytać tylko, czy będzie bezpieczny, ale wiedziała, że zabrzmi to absurdalnie. -Nie wiem, jutro rano mają nam wszystko powiedzieć. Mruknęła tylko cicho wyrażając zrozumienie. -Wiesz co? Pomyślałem sobie, że może pójdziesz ze mną do naszego domku, poznasz chłopaków. Znów podniosła wzrok na niego tym razem ze zdziwienia. Chłopak próbował się doszukać w jej oczach odpowiedzi, ale zamiast tego widział tylko jej długi rzęsy opadające i podnoszące się powoli. -No nie wiem. – Przypomniało jej się ostrzeżenie Christiny o tym, że ma nie rozmawiać z tym jednym żołnierzem, a co dopiero iść na ich teren. -Chodź, jest ich tam tylko kilku w środku, poznasz ich, zabawisz się. Założę się, że nie tańczyłaś od dawna. -Jeszcze dawniej nie grałam w pokera na papierosy – roześmiała się promiennie. Ethan wstał i podał jej rękę podciągając ją do góry, a Emily otrzepała sobie spodnie z piachu i oboje ruszyli w kierunku obozu żołnierzy. Dziewczyna weszła powoli do środka i rozejrzała się po pomieszczeniu. Było tam kilka piętrowych łóżek ustawionych przy ścianach, wszystkie zasłane równo i starannie. W środku pomieszczenie wydawało się większe niż z zewnątrz. W powietrzu unosił się drażniący zapach dymu tytoniowego. Na drugim końcu dostrzegła małe radio, z którego płynęła głośna, zagłuszana muzyka. Na środku stał szeroki stół i metalowe krzesła. Leżały na nim karty do gry i papierosy podzielone na grupki. Siedziało przy nim, jak Emily szybko policzyła, ośmiu młodych mężczyzn i wszystkie ich spojrzenia były skierowane na nią.

***

Emily wróciła do swojego domku późno w nocy. Po cichu weszła do sypialni, gdzie stały dwa, metalowe łóżka. Na jednym z nich spała już Christina. Emily wślizgnęła się bezszelestnie do swojego łóżka, stojącego tuż przy oknie. Dopiero po powrocie zaczęła się obawiać o to, co zrobiła. W obozie żołnierzy bawiła się naprawdę świetnie. Na początku rozmawiała z nimi lekko skrępowana, nie była pewna tego jak ją potraktują, gdyż wiedziała, jacy potrafią być niektórzy z nich. Oni okazali się jednak bardzo kulturalni. Wkrótce razem z nimi śmiała się i żartowała. Potem nawet zgodziła się zatańczyć z niektórymi, widząc, jakie szczęście im sprawia pierwszy taniec z kobietą od wielu lat. Jednak czuła, że pod tą ich radością czai się strach, gdyż już jutro będą musieli wyjechać na misję. * Kolejny dzień na pustyni wydawał się niczym nie różnić od reszty, chociaż każdy czuł, że będzie inny. Od samego rana trwały przygotowania do akcji. Wszyscy żołnierze, którzy mieli w niej uczestniczyć zostali wezwani na omówienie szczegółów misji. Sierżant rozstawił wielką mapę, na której tłumaczył każdy krok. Żołnierze siedzieli w skupieniu i słuchali jego każdego słowa. Mimo tego, że każdy z nich czuł odrobinę strachu, jak przed każdą taką misją, nie pozwalali sobie na okazanie tego. Ciągle słyszeli od dowódcy, że mają być twardzi, mają zabijać, życie jednostki nie jest tam nic warte i tylko to mieli zapamiętać. * Rano w szpitalu Emily natknęła się na siostrę , jej surowy wzrok od razu ją zaniepokoił. -Możemy porozmawiać? – zaczepiła ją. -Tak – odparła Emily uległym tonem, spodziewając się co ją czeka i coraz bardziej się bała. Wyszły porozmawiać na zewnątrz. -Wiem, że nie było cię wczoraj wieczorem w naszym ośrodku i oczekuję od ciebie wyjaśnień – mówiła powoli i wyraźnie jakby sądząc, że dziewczyna może jej nie zrozumieć. Jej ton głosu jeszcze bardziej ją przerażał. Nigdy nie lubiła takich rozmów, kiedy zrobiła coś źle i miała ją spotkać kara. Ale też nie często nie było ku nim powodów. Ostatni raz czuła się tak chyba w szkole średniej, gdy jej ojciec dowiedział się o kilku ucieczkach ze szkoły. Matki nigdy się tak nie bała, nie broniła jej, była raczej bezstronna, ale już sama myśl przed tamtą rozmową z ojcem napawała ja strachem. Mówił do niej spokojnie i opanowanie, ale jego żelazny wzrok miażdżył ją tak samo jak wzrok siostry w tej chwili. -Byłam w obozie żołnierzy – wydusiła cicho. -Myślałam, że jesteś na służbie już wystarczająco długo, by wiedzieć, że nie można ci chodzić na ich teren. Emily milczała. -Ich świat jest tam, a nasz tu, jedyne co nas łączy to ten szpital – kontynuowała. – Jesteśmy przenoszone w różne miejsca właśnie po to, by uniknąć takich sytuacji. -Przepraszam to był ostatni raz – powiedziała ze skruchą, choć domyślała się, że po takiej przemowie to i tak nic nie da. -Wiesz, że powinnam to zawiadomić i natychmiast by cię przenieśli. Ale nie zrobię tego. Jesteś tu już ponad miesiąc i tak niedługo pojedziesz w inne miejsce, więc to nic nie zmieni. Ale mam nadzieję, że zapamiętasz to sobie na przyszłość. -Dziękuję – powiedziała ciągle pokornie i chociaż powinna poczuć ulgę, tak nie było. * Czas wyjazdu żołnierzy zbliżał się. Helikoptery, które miały ich zabrać stały już na swoich pozycjach. Trwało przydzielanie broni dla każdego i ostatnie narady. Panował ogólny chaos, każdy chodził z miejsca na miejsce załatwiając ostatnie sprawy. Emily siedziała przy szpitalu obserwując to wszystko. Teraz nawet obawiała się już na nich patrzeć, bo znów mogłaby dostać jakieś upomnienie. I chociaż poprzedniego wieczoru bez zastanowienia zgodziła się iść do domku żołnierzy, teraz dopiero dotarło do niej, że źle zrobiła. Wszystkie reguły, których się tam nauczyła nie liczyły się. W tym zmieszaniu nie spostrzegła, kiedy podszedł do niej Ethan. -Możemy pogadać? – spytał stając przed nią i zasłaniając jej słońce, padające na twarz. Odruchowo rozejrzała się w obie strony i upewniwszy się, że siostry i Christiny nie ma w pobliżu nakazała mu gestem ręki, by weszli do środka przychodni. Znaleźli się w tym samym pomieszczeniu, w którym pierwszy raz rozmawiali. W powietrzu unosił się zapach środków lekarskich. -Chciałem cię jeszcze zobaczyć, póki odlecimy – zaczął stając naprzeciwko niej. Jego wzrok biegał nerwowo po pomieszczeniu, szukając punktu, na którym mógłby się uwiesić. – Sierżant powiedział, że ta misja może potrwać nawet trzy dni, dlatego wolałem jeszcze raz na ciebie spojrzeć. -Nie mów tak jakbyś miał nie wrócić – wyszeptała, jej ciepły oddech rozniósł się po pomieszczeniu. -Nie wiem, nie wiem… - zaczął kręcić nerwowo głową, ręce splótł na klatce piersiowej, starając się opanować ich drżenie. – Chyba jednak ja też czuję strach. -Boisz się tej nienawiści w ludziach, którą tam widzisz. Boisz się i to cię wyróżnia od reszty, bo oni nie czują już nic. Czujesz strach i to jest w tobie piękne. – Wyciągnęła rękę i wierzchem dłoni musnęła go delikatnie po policzku, a chłopak przybliżył się do niej o krok. Położyła mu obie ręce na ramionach munduru. -Myśl o tobie będzie mnie tam trzymać – powiedział już spokojniej. Emily słysząc to, poczuła się niepewnie. Chociaż miałaby mu odbierać ostatnią nadzieję, musiała mu coś wyznać. Cofnęła ręce i pozwoliła im opaść bezwładnie. -Siostra wie, że byłam u was wczoraj. Nie zgłosi tego tylko dlatego, że i tak mnie niedługo stąd odeślą. -To znaczy kiedy? -Pewnie już za parę dni. -Ja nie mam paru dni. -Nie mów tak. Na pewno szybko wrócicie i zobaczymy się jeszcze. -A co jeśli nie? Co jeśli wrócę, a ciebie już tu nie będzie. Emily skrzywiła lekko usta, jakby się nad czymś zastanawiała. Rzeczywiście nie pomyślała o takiej sytuacji. Ale zadowoliło ją brzmienie tych słów: „jeśli wrócę”, przy których zniknął ten najczarniejszy scenariusz. Sięgnęła szybko do szuflady w szafce, z której wyciągnęła kawałek kartki i jakiś stary, zatępiony ołówek. Napisała coś na niej szybko i wręczyła chłopakowi. -To mój adres. W Kalifornii. Tak na wypadek, gdyby mnie tu nie było kiedy wrócisz. Popatrzył na nią lekko zdziwiony. Zgniótł kartkę dwa razy i wsunął do kieszeni marynarki. -Na pewno napiszę. – W środku cieszył się bardzo, ale stres nie pozwalał mu na choćby najdrobniejszy uśmiech. – Dzięki za wszystko. -Na pewno się jeszcze spotkamy. Ethan skinął lekko głową, spuszczając wzrok. Za chwilę Emily mogła już tylko obserwować żołnierzy jak wsiadają po kolei do helikopterów i znikają. To miejsce jeszcze nigdy wydawało jej się takie puste.

***

Od wyjazdu żołnierzy minęły już trzy dni. Helikoptery ciągle dostarczały rannych do szpitala.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%