Wakacje · 1 godz. 36 min czytania
Eudajmoniczne Wakacje
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
EUDAIMONICZNE WAKACJE
Na zewnątrz słońce świeciło z taką siłą, że wrzeszczące podczas swoich przyziemnych zabaw dzieciaki zlewały się potem tworząc swego rodzaju nieładnie pachnące stadka. Ich krzyki wpadały do zaciemnionego grubymi zasłonami pokoju, w którym Ernest właśnie usiłował skupić się nad tworzeniem, zgodnego z regułami jakie przedstawił mu Mistrz, wzoru chemicznego. Drewniany zegar z kukułką, wiszący na ścianie sprawiał wrażenie przedmiotu, który od lat już odmierza czas, lecz w rzeczywistości, ze względów natury technicznej, właściwość ta została mu już dawno odebrana. W izbie, mimo jej monstrualnych rozmiarów, panował niesamowity zaduch, jednak Ernest starał się w ogóle tego nie zauważać. Myśli chłopaka dodawały właśnie kolejne cyferki opisujące proporcje ułożenia dobrze znanych znaczków, by dojść do wniosku, że rachunek jest błędny i trzeba cały proces zacząć od nowa, z przeświadczeniem, że sto dwunasta próba okaże się tym szczęśliwym trafem, na który liczył. Ernest nawet nie zorientował się, że w czasie tych jego syzyfowych rozmyślań do izby badań zawitał sam Wielki Mistrz, starzec z białą jak mleko brodą, pogiętymi przez piętno czasu okularami i brudną od różnorakich eliksirów, postrzępioną szatą. Stanął nad chłopakiem starając się zachować milczenie, jednak w czasie gdy tamten dopisał kolejny ciąg cyfr, liter i jeszcze innych, zupełnie już dziwnych znaków, starzec wrzasnął niczym rażony piorunem. - Do diaska, chłopcze! – krzyczał gestykulując swoimi pożółkłymi ze starości dłońmi, u których każdy palec zakończony był, sczerniałym dzięki działaniu chemicznych eliksirów, paznokciem. - Ile razy mam ci powtarzać, że nie możesz tworzyć w oderwaniu od przyrody. Czy sądzisz, że jakakolwiek substancja na tym świecie posiada takie właściwości by móc uzyskać z niej produkty do twojego równania?! Chłopak skulił się ze strachu. Gniew jego nauczyciela wydawał się być zbyt ogromny aby Ernest mógł choćby liczyć, że nie zostanie ukarany. Ze smutkiem wymamrotał słowa przeprosin, jednak kiedy podniósł głowę i spojrzał na Mistrza… tamten już nie żył. Owszem, mogło się to wydawać nieco dziwne. Stał tak jak zwykle, w pozie zażenowania, jednak twarz, wraz z oczami, zastygła mu w kompletnym bezruchu. Ledwo poznane zasady medycyny, pozwoliły Ernestowi bardzo szybko stwierdzić, że brak oddechu oraz przerwana praca serca mogą oznaczać tylko jedno. Chłopiec uśmiechnął się tak szeroko, jak nigdy dotąd. Właściwie uśmiech zawitał na jego twarzy po raz pierwszy od czasu narodzin. Nie myślał dotąd, że kiedykolwiek wyzwoli się spod reżimu tego starego alchemika. Jeszcze raz, być może ostatni, rozejrzał się po pokoju. Ręcznie malowany, układ okresowy pierwiastków, zdobiący wschodnią ścianę, zmieniał barwy jak kameleon, pod wpływem płomienia lampki naftowej. Ta stała na taborecie, przy ascetycznie wykończonym łóżku, z którego tak często bohater nasz korzystał, choć wydawało się ono zwykle nie bardziej wygodne, niż miejsce przy biurku. Spojrzał i na ten mebel, na którym nie tylko sypiał, ale również tworzył swoje receptury, jak i realizował pomysły Mistrza. Obok niego tkwił niezmiennie zawalony, do granic wytrzymałości lekko objedzonego przez korniki drewna, stół, biurko, warsztacik młodego chemika, jak i tego zaawansowanego w swych dochodzeniach, zastawiony wszelkiego rodzaju szklanymi, połyskującymi próbówkami. To był kiedyś cały świat Ernesta, nie tylko kiedyś, ale i jeszcze przed paroma minutami. Teraz wydawał się bardziej niezwykły niż kiedykolwiek. Jedną myślą, która zrodziła się w tej uwolnionej z pęt dyktatury Mistrza, chłopak pozbawił to miejsce wszelkiego uroku, sprawił, że stało się tak mroczne, iż wszelkie ludzkie fobie mogłyby paść do stóp pomieszczenia, gdyby tylko ono te stopy posiadało. Trzeba stąd wyjść na zewnątrz, opuścić to przeklęte miejsce, to naukowe Alkatraz - planował, tworząc sobie na szybko odruch kierowany koniecznością sprawdzenia tego, co dzieje się poza pokojem. Wstał i szybkim krokiem ruszył w stronę ciężkich, drewnianych drzwi. Mijając korytarz nawet nie zwracał uwagi na jego piękno, które do tej pory wydawało mu się szczytem dobrego gustu Mistrza, estetycznej wizji człowieka wielkiego i przezeń, bądź co bądź, kochanego. Ledwo otworzył wrota wychodzące na zewnątrz, nieznacznie uchylił je wystawiając z niejakim strachem i nieufnością głowę, a już jego oczom ukazał się widok zgoła różny od tych jakie zarejestrował w ciągu swojego dotychczasowego, krótkiego życia.
Krocząc jedną z zatłoczonych ludzkim inwentarzem uliczek Ernest popadał w coraz bardziej czarodziejski nastrój wynikający z doświadczenia pewnej nowości. Obserwował ten świat rozciągający się niesprecyzowanie ogromną płaszczyzną, poza domem Mistrza. Aż dziw, że ten bezkres został opisany w całości przez te kilka ksiąg, które starzec prawdopodobnie trzymał ukryte w swojej sekretnej szkatule. Ernest, przechodząc koło podmiejskiego ryneczku, obserwował teraz istnienie od innej strony - widział kobietę, dźwigającą kosz z jabłkami, dostrzegł też niemłodego człowieka niosącego na plecach bezgłowy szkielet ogromnej ryby, bodajże młodziutkiego marlina, parę metrów dalej dwie dziewczynki grające w klasy, otoczone okręgiem złożonym z grupy podchmielonych marynarzy. To wszystko działo się niesamowicie szybko, ilość informacji, jakie docierały w głąb mózgoczaszki Ernesta była na tyle duża, by wprowadzić go w stan kompletnej dezorientacji. - Chłopcze, czy pomożesz mi przenieść tego cielaka do wodopoju? – odezwał się czerwonoskóry człowiek z tomahawkiem w ręku. – Proszę. Sam nie dam rady. Słońce raziło w oczy Ernesta, który po raz pierwszy poczuł, czym są wakacje. Zrozumiał, że pomoc Indianinowi nie jest określona przez żaden wyższy imperatyw, jest kwestią wolnego wyboru. - To znaczy, że moje działania są ściśle związane z moimi pragnieniami. Jestem na wakacjach! Nie pragnę nosić cielaków, a co za tym idzie, nie pomogę ci go ponieść! – wykrzyknął rozegzaltowany Ernest. Czerwonoskóry stanął jak wryty słysząc chłopaka. Po chwili krzyknął w jego stronę kilka niezrozumiałych słów, których nie wypada przytaczać ze względu na negatywne konotacje przypisane im przez naszą cywilizację. Poza tym Ernest w ogóle nie interesował się już nieznajomym i teraz kierował się w jedną z wybranych na chybił-trafił stron. Powoli przyzwyczajał się do gwaru panującego na ulicy, oraz kilku innych skutków ubocznych stadnego życia gatunku ludzkiego. Nie przeszkadzały mu przekupki nawołujące do nabycia przez niego danego towaru, przecież nie musiał ich słuchać. Robił to, co chciał i choć była to dla niego nowość, potrafił szybko oswoić się z tą sytuacją. Czuł, że mógłby skinieniem palca zgasić prażące z góry słońce, gdyby tylko tego zapragnął. - Wolność to jednak wspaniały dar dla ludzkości – rzekł sam do siebie, oddając się tym rozmyślaniom w tak ogromnym podekscytowaniu, że nawet nie zauważył, kiedy wpadł na wysiadającą z niebieskiego powozu kobietę. Ta zdawała się być kompletnie oburzona, jednak w chwili, gdy uświadomiła sobie znaczenie słów, którymi Ernest zachwalał nieskrępowanie swoich czynów, jej powabne westchnienie poszerzało się w jakimś nieznanym chłopakowi wymiarze. Kąciki wyszminkowanych ust uniosły się ku górze, ściągając nieznacznie skórę na policzkach. Oczy pomarszczyły się w swoich zewnętrznych krańcach, i choć dzieciak nie widział nigdy dotąd tak szczerego uśmiechu, to wiedział aż nadto dobrze, że jego postać przypadła do gustu kobiecie. - Masz rację chłopcze. Wolałabym oddać ten powóz, swoją plisowaną suknię i wszystkie uciechy tego świata, gdybym miała wybierać pomiędzy nimi, a wolnością. Ernest zwrócił uwagę na ubiór nieznajomej. Choć nie zauważył na niej tej garderoby, o której mówiła, miał wrażenie, że obcisłe, czarne spodnie i elegancki, zamszowy frak stanowiły wyraz jeszcze większego przepychu niż jakakolwiek suknia. Kobieta różniła się znacznie od przekupek z ulicy, a papieros wetknięty w jej usta był starannie wykonany i zupełnie niepodobny do skręconych byle jak, ogromnych lulków palonych przez marynarzy, których mijał nieco wcześniej. Wyciągnęła w jego stronę swą smukłą dłoń. - Możesz mi mówić George, jeśli chcesz. Chłopak odwzajemnił uścisk dłoni. Gest zatrzymał ich w dość długim bezruchu. Przez ten czas uśmiechali się do siebie, po czym kobieta odwróciła się i wsiadła do powozu. - Masz ochotę na przejażdżkę? – spytała. Tym razem chłopak skinął głową i korzystając ze swojej, niczym nie skrępowanej wolności oboje opuścili zatłoczoną w kurzu i wrzaskach ulicę.
Pojazd brnął z gracją przez renesansową pajęczynę wąskich uliczek, roznosząc rytmiczne klekotanie kopyt zaprzęgowych ogierów. Powoził łysy mężczyzna o mrocznym spojrzeniu, odziany w znoszony, wełniany płaszcz, urywający się grubą i raczej niespodziewaną kreską na wysokości kolan, spod której wystawały zgniłozielone nogawki. Ernest zaintrygowany nową znajomą, co chwilę to przysuwał, to odsuwał się od niej, lecz tak nieznacznie, że drgania te nie mogły zostać zauważone, nawet przez bystrą kobietę. - Jedziemy do „Notre Dam”- rzuciła od niechcenia George. - Oczywiście - lakonicznie zakomunikował woźnica, który do rozmownych typów nie należał z pewnością. Mimo jego milczenia, samą obecnością siał duży ferment w wyobraźni młodzieńca, który jakby domagał się zagłuszenia niewypowiedzianych myśli tajemniczego jegomościa. Te wydawały się na swój głuchy sposób dźwięczeć, treść pozostawiając jednak zagadką. - Wyglądasz na zaniepokojonego, kotku. – Początkowo zdanie nie dotarło do Ernesta, dopiero gdy kobieta trąciła go lekko łokciem, zorientował się, że słowa te kierowała do niego. - Ja? Tak, tak - odparł zmieszany. - A cóż może być tego przyczyną? Owszem, otoczenie coraz mniej pewne, ale w moim powozie jesteś bezpieczny. - Tak. - Ernest, chciał już odpowiedzieć, że to przez postać woźnicy, o którym mógłby dzięki temu wydobyć kilka informacji, być może demitologizujących, ale ugryzł się w porę w język, gdy zalśniła mu akurat blaskiem słonecznym łysina obcego. – Ten niepokój, to bez powodu. Tak, jakby sam z siebie. - Zabrakło mu pojęć do opisania stanu, który zamierzał wyjaśnić. - Z takiej pustki w środku mnie się to bierze. - Ach! Niepokój metafizyczny! Ja też to znam, też cierpię na pustkę! Ale wiesz co, razem pozatykamy te nasze braki, jeśli tylko zechcesz. – Widząc, że pojazd wjechał, na w miarę prostą i pustą drogę, George zapragnęła wykorzystać okazję, na nadanie przygodzie żywszego tempa. - Szybciej! – wykrzyknęła głosem stylizowanym na dziki, którego używała tylko w momentach szczególnych, a powożący szarpnął lejcami mocniej, wprawiając w galop zgrabne gniadosze. Pomknęli wprost do miejsca wybranego przez panią tej przejażdżki. Odtąd uśmiech nie schodził z twarzy Ernesta aż do samego zatrzymania pojazdu na miejscu. Nawet straszny woźnica przestał go frapować, gdy wiatr zaczął smagać im twarze, świeżą, końską wonią.
Klub „Notre Dam” nie mieścił się, jak inne tego typu obiekty, w paśmie najbardziej schodzonych ulic, a gdzieś na zapomnianych wyrokiem ogółu populacji przedmieściach. Tam gdzie cud urbanizacyjny nie zdołał rozwinąć pełni swojego bukietu, a obok dużo rzadszych niż w centrum, latarni elektrycznych, przebijały się gdzieniegdzie drzewa, których gałęzie wiły się niczym pełne wzory strukturalne z grupą fenylową- jak słusznie zauważył Ernest. Między tamtejszymi ruinami kamienic, a nieprzyzwoicie rozwlekłym, najdłuższym bokiem płotu elektrociepłowni, biegła niepisana i nieoznaczona, ale nad wyraz czytelna granica, której tak zwani przyzwoici ludzie nie powinni przekraczać. Zdobione jasnozielonym, krętym neonem wrota lokalu miały zwabiać zbłąkanych, miejskich wędrowców na tamtą, bardziej zagadkową stronę cienkiej linii. Wewnątrz klubu panował zgiełk, jaki zwykle powstaje przy nadmiarze zbyt zróżnicowanych twarzy ludzkich. Sylwetki siedzących postaci rysowały się jeszcze w miarę wyraźnie, ale gdy tylko któraś się podniosła od stolika, rozpływała się w gęstej jak posoka chmurze tytoniowej, unoszącej się jakieś półtora metra nad posadzką. Czy to ten właśnie dym, czy jego przeszywająca nozdrza wzdłuż i wszerz woń, a może dziwne, psychodeliczne dźwięki wypełniające ciszę, jaka mogłaby zaistnieć podczas drobnych przerw w potęgującym się gwarze rozmów- trudno wskazać przyczynę, ale miejsce to sprawiało wrażenie nie do końca zmaterializowanego, jakby jego Stwórcy zabrakło inwencji, lub czasu na dopieszczenie dzieła. George ciągnęła Ernesta za rękę, umożliwiając przebicie się przez uciążliwe opary, w których ten zgubiłby się, jak w ulepionej z mgły kniei. - Dobry wieczór, pani Sand - odezwał się barman, tęgi i dobrze zbudowany mężczyzna, w podeszłym już wieku, któremu wyłysiałe czoło, rekompensowała imponującej wielkości matowa broda. - Co podać? – spytał, a Ernestowi zdało się, że ów osobnik patrzy na niego podejrzliwie. - Czego się napijesz, Erneście?- Zadając to pytanie George ponętnie zastrzygła powiekami. - Znasz się w ogóle na alkoholach? -Znam - odparł Ernest, a widząc, że kobieta patrzy z pewnym niedowierzaniem, jakby nawet zaskoczona pozytywną odpowiedzią, zaczął wykładać swoją wiedzę na ten temat. - Alkohole to związki organiczne, zawierające przynajmniej jedną grupę hydroksylową, połączoną z tetraedrycznym atomem węgla... - Wystarczy - przerwała mu pani Sand, mimo iż natchniony stan młodzieńca wzbudzał już u niej zalążki podniecenia. - Koniak, dwa razy. Barman zabrał się za nalewanie, prężąc przy tym bujne kontury brwi.
Ernest starał się wysiedzieć spokojnie na swoim miejscu, wzorem barmana, którego, mimo wszechobecnego w „Notre Dame” gwaru, cechował stoicki spokój, jakby nie zauważał on roznegliżowanych heter uwydatniających swoje wdzięki przy nieco starszych panach z tatuażami w kształcie dwóch połączonych ryb na karku, z czego jedna była biała z czarnym oczkiem, inna zaś przeciwnie. Barman chrząknął stawiając na ladzie dwie szklanki wypełnione płynem o dziwnym, rażącym zapachu. - A więc młodzieńcze, jakże to się stało, że widzę cię w tak doborowym towarzystwie, jak pani Sand? – zagaił niby od niechcenia, choć błysk w jego oku sugerował duże zainteresowanie osobą chłopaka. Zanim Ernest zdążył odpowiedzieć, Sand wtrąciła się do rozmowy. - To mój interes, skąd się znamy. Czy ja pytam cię o to, z kim sypiasz? – rzekła z niespotykaną nigdzie indziej energią, po czym rzuciła przebiegłe spojrzenie w stronę uwijającego się przy drugim krańcu baru młodzieńca. Chłopak, na którego patrzył teraz i stary barman, rozmawiał właśnie z dwójką arystokratów w strojach wieczorowych, z zawiązanymi pod samą szyją eleganckimi, satynowymi apaszkami. Nalewał im właśnie trunku, na którym Ernest zauważył ozdobnie wykonany napis „Likejon”. - Dobrze, George. Wygrałaś. Zostawmy ten temat – burknął zmieszany barman, po czym zwrócił się ponownie do Ernesta. - Taka już nasza natura chłopcze. Oddajemy się namiętnościom ciała, często pociąga nas mężna sylwetka jakiegoś młodzieńca, "psyche" szaleje tak, że nie sposób utrzymać ją w ryzach – prawił starzec. – Pamiętaj jednak, jak bardzo nie byłby pociągający dany młodzieniec, powinniśmy dbać bardziej o naszą "arete", zostawiając troskę o sprawy ciała nieoświeconym prostaczkom. To mówiąc, powolnym ruchem ręki podał chłopakowi napełniony wódką kieliszek. Ernest bez namysłu wyrwał mu go i jednym tchem wychylił ciecz o barwie kwasu tiosiarkowego. Nieprzyzwyczajona twarz młodzieńca wygięła się od tego cierpkiego doświadczenia, ale przełknął wszystko. Poczuł jak napój zaczyna szumieć wewnątrz jego styranej nowymi doświadczeniami głowy. Nie do końca rozumiał wywód barmana, jednak miał wrażenie, że to, o czym mówi starzec ma ogromny związek z młodzianem, którego przed chwilą obserwowali wszyscy troje. - Drogi Panie – zaczął Ernest siląc się na jak najwięcej bon ton, o którym mimochodem wspomniał mu jego dawny Mistrz, i choć chłopak wcale już nie myślał o przeszłości, nie potrafił też podejść do nowej sytuacji bez piętna tamtych nauk. – Co prawda nie znam się ani na psyche, ani na arete, jednak uczono mnie, że nijak nie godzi się zwracać uwagi na gwary i krzyki za mym oknem, gdy do wyższych rzeczy zostałem stworzony. Przede wszystkim mądrość. Ernest właściwie nie był pewien czy to, co powiedział ma jakiś związek z wywodem starca, jednak widząc uśmiech na pooranej zmarszczkami twarzy zrozumiał, że trafił w samo sedno. Poczuł jak silna, choć zdecydowanie kobieca i smukła dłoń George Sand zaciska się na jego barku. Kiedy zwrócił się do niej, ta zaczęła wzrokiem wodzić po całej gospodzie. Chciał spróbować zwrócić na siebie jej uwagę, lecz stary barman najwidoczniej nie miał zamiaru stracić słuchacza i po prostu kontynuował swój niezwykły wywód. - Widzisz chłopcze, sprawy ciała, które określiłeś paralelnym mianem „gwarów i krzyków za oknem”, nie są niczym innym jak namiętnościami cielesnymi. Co prawda, sprawia nam radość zaspokajanie ich – to mówiąc jeszcze raz zerknął na młodzieńca dzierżącego w dłoni „Likejon” – jednak jest to tylko świat pozorów, cieni odbijających się na wnętrzu egzystencjalnej jaskini naszego życia. Powinniśmy wznieść się na wyższe poziomy wiedzy, bo tylko wiedza, i nic innego jak ona jedna może uchronić nas przed zagładą moralną. Ernest zauważył, że na te słowa Sand wzniosła oczy gdzieś w górę, zaś z jej płuc wydobył się dźwięk przypominający coś na podobieństwo westchnienia. Chociaż to wszystko mogło się tylko wydawać nieco oszołomionemu trunkiem chłopakowi, który alkohol etylowy znał do tej pory jedynie jako jeden z długiego szeregu związków chemicznych. - Wyobraź sobie chłopcze, że wszystko, co tutaj widzisz, zarówno ja, cały mój lokal jak i nawet przedmioty naszych rozmów są jedynie marnym odwzorowaniem świata idei. Tak właśnie rządzi naszym światem system idei, wiecznych, niezmiennych i prawdziwie rzeczywistych. Czy jesteś w stanie pojąć sens tego twierdzenia? – starzec wyglądał na kompletnie rozegzaltowanego, nawet nie zauważał stanu w jakim znajdował się właśnie chłopak. - Sądzę, że rozumiem, drogi mistrzu – powiedział Ernest, który przyzwyczajony do tego, iż jedynym partnerem dotychczasowych rozmów był jego nauczyciel, nawet nie przypuszczał, że może inaczej odpowiadać mężczyźnie w tak podeszłym wieku. – Ale skoro drogą dedukcji, sugerując się przesłankami empirycznymi nie jesteśmy w stanie osiągnąć stanu oświecenia… - Ach chłopcze! Wiem już, do czego zmierzasz – przerwał barman. – Istnieje na tym świecie sztuka, która jako jedyna pozwala nam doświadczyć prawdziwego "logos". Tylko poprzez jej uprawianie nasza egzystencja może osiągnąć szczyt esencję prawdziwej eudajmonii w naszym autarkicznym życiu. Ową sztuką filozofia i wyłącznie człowiek za filozofa mogący się podawać "logosu" doświadczać ma szansę. - W takim razie tylko filozof posiada prawdziwą wiedzę – notował w swym umyśle Ernest. Każde słowo barmana wydawało mu się słodkie niczym miód, o którym czytał kiedyś w jednej z ksiąg traktujących o przyrodzie. - Wyłącznie on, mój młodzieńcze. I nie mówimy tu o wiedzy praktycznej, która w rzeczywistości nie daje nam poznać samych siebie. Weźmy takie pojęcie jak miłość. Ona to może stać się naszym udziałem nie wtedy, gdy znać będziemy najlepsze miejsce dla wybudowania winnicy, nie w wypadku, jeśli poznamy zasadę kształtowania się prądów powietrza czy zasadę ruchu. By miłować musimy poznać. I to zarówno istotę przedmiotu naszego uczucia jak i formę metafizyczną samego jej podmiotu. – To mówiąc barman oparł się o stół, a jego oczy zasnuły się mgłą przepełniającą umysł człowieka oddającego się spekulacji. Zapewne właśnie znalazł nową myśl. Po chwili wyłożył ją w jednym, krótkim zdaniu. – Tak chłopcze, żeby stać się prawdziwie wolnym, należy nauczyć się, poprzez filozofię właśnie, istoty samego siebie, oraz istoty, na której to skupimy nasz wolny, świadomy wybór działania. Chłopak cieszył się niezmiernie, że pierwsza osoba ze świata zewnętrznego rozmawia z nim na temat zasady świata a on wszystko rozumie. Co prawda przy spotkaniu z Indianinem uświadomił sobie, niechcący, ogromne znaczenie wolności, ale dopiero teraz zrozumiał, jak z pożytkiem może ją wykorzystać. - A więc jeśli chcemy być naprawdę wolni, musimy najpierw poznać prawdziwą zasadę świata, zrzucić z naszych oczu łuski iluzji, które oślepiają nas każdego dnia – mówił Ernest, czując przypływ nieznanego mu dotąd podekscytowania. Miał wrażenie, że zaczyna coraz lepiej rozumieć reguły, którymi rządzi się ta nowa dla niego rzeczywistość. – Ale przecież nie każdy z nas jest filozofem… - Owszem. Dlatego dla naszego dobra powinniśmy dać się w życiu pokierować, pozwolić sobą rządzić kaście filozofów. - Ale czy jest to na pewno wolność? Jak to się ma do wiecznych wakacji, mistrzu? Ernest był tak zapatrzony w nowopoznanego człowieka, że nawet nie zauważył, kiedy George znikła mu na parę sekund z pola widzenia. Jednakże nie próbował nawet jej odszukać. Ciekawość nakazywała mu wysłuchać wywodu starca do samego końca. - Jakże to chłopcze chciałbyś wolnym być, jak mówisz paralelnie „na wakacjach wiecznych”, jeślibyś zasady świata nie poznał? - Racja mistrzu. Trzeba dać sobą pokierować, żeby trafić na odpowiedni tor, na drogę do wiecznych wakacji. W tym momencie George Sand uderzyła energicznie pięścią w stół tak, że kieliszek, który Ernest właśnie na nim postawił roztrzaskał się na podłodze. - Słuchaj – zwróciła się do barmana – nie przyprowadziłam tu chłopaka po to, żebyś mógł wciągać go w swoje chore machinacje. - W nasze machinacje, złotko – poprawił ją barman. Sand wydawała się kipieć gniewem, jednak ku zdziwieniu Ernesta, po chwili uspokoiła się zupełnie. - Dobrze. W nasze machinacje. Erneście, mój drogi młodzieńcze, czy możemy ci zaufać? – spytała, choć nie wydawała się czekać na jakąkolwiek odpowiedź. Przecież znała ją już od dawna. Gdyby tak nie było, to w ogóle by się tu nie znaleźli. Mimo wszystko chłopak kiwnął głową ze zdecydowaniem, na znak, że jest godzien zaufania tak zacnej damy. Ta jednak zwróciła się wprost do barmana, nie bacząc na dumne gesty młodzieńca. – Możemy więc przejść do konkretów. Zresztą Ernest może się nam przydać – dodała zniżając konspiracyjnie głos, oczywiście bardzo dobrze wiedząc, że chłopak i tak wszystko to usłyszy. – Dość teorii. Czas przejść do działania. - Działania?! - krzyknął starzec. – Jesteś pewna? - Mówże ciszej – zganiła go Sand, rozglądając się bacznie po pomieszczeniu. - Za wcześnie na podjęcie tak drastycznych kroków. Myślisz, że możesz sobie tak po prostu przyjść, powiedzieć „czas działać”… i jeszcze ten chłopak. Skąd go wzięłaś, z ulicy?! - Ernestowi nie podobało się, że ten facet, przed którym jeszcze chwilę temu tak się otwierał, teraz mówi w ten sposób, ale tylko zacisnął wargi, nie protestując. - Wiesz, co oznacza przejść do działania? - Wiem. I właśnie dlatego nie przyszłam tu sama. - Co zamierzasz? Mów kobieto! Nie drażnij mego umysłu swymi zagadkowymi tyradami. - Zmiana planu, na bardziej zdecydowany. Może się kłócić z twoimi teoriami, ale to jedyny sposób by je zrealizować. Wiesz, jest paru ludzi, których trzeba sprzątnąć na wstępie, zanim narobią cholernego bajzlu. - Kto na przykład? - Anthony Ashley Cooper. - Towarzysz Shaftesbury? Niby jak go chcesz „sprzątnąć”? - Definitywnie. - Oszalałaś?! Chcesz, zaczynać budowę państwa filozofów od zabójstwa? - Wolność wymaga czynów zdecydowanych – powiedziała Sand z taką lekkością jakby mówiła o nowym gatunku zielonej herbaty. Filozof wziął butelkę najmocniejszej wódki, jaką miał pod ręką i zaczął odmierzać setkę w zamyśleniu, fałdując swoje nadużywane czoło w sposób rodem z komedii dell’arte. Wziął już kieliszek do ręki markując zamiar wykonania szybkiego golnięcia, ale niby tknięty jakąś niesprecyzowaną myślą, zwrócił się do Ernesta. - I jak ty się zapatrujesz na pomysł swojej koleżanki? Czy państwo idealne warte jest szeregu świństw? Bo przecież na jednym dygnitarzu się to wszystko nie skończy. Ernest zawahał się. Cała dysputa ze starcem stanęła nagle przed jego oczami rozpisana jako jakieś skomplikowane równanie, ale nie starczyło cierpliwości by je rozwiązać, toteż gdy barman podsunął mu powolnym ruchem kieliszek jeszcze raz wychylił porcję ognistego trunku. Popatrzył to na George Sand, to na starca i nic nie mówiąc odszedł od baru odprowadzany przez tamtych wzrokiem. - On to zrobi - zwrócił się Barman do Sand, odpowiednio ściszając przy tym głos. - Myślisz, że da się przekonać do zabójstwa? - Ja swoje zrobiłem. Na dnie kieliszka było coś, co w połączeniu z wódką powinno uczynić jego umysł i postrzeganie czasowo bardziej elastycznymi. Reszta należy do ciebie, moja femme fatale. Tylko nie traktuj go więcej jak dzieciaka, to już dorosły mężczyzna. - Mężczyzna jest zawsze dzieckiem, nawet gdy jest to duże dziecko - dzieckiem dzierżącym władzę. A tak wracając do naszego planu… pogodziłeś go jakoś ze swoimi ideami? - Nie do końca. Nie znam się na świecie idei na tyle, żeby powiedzieć, co będzie jak idea kulki, zetknie się z ideą czoła towarzysza Shaftesbury, ale pewien już jestem, że na tym świecie trzeba rozwalić mu w ten sposób łeb.
Część 22 / 2
Po wypiciu tak dużej ilości alkoholu i, co gorsza, rozpuszczonego w nim proszku, myśli Ernesta zmieniły kompletnie wzór własnych cząsteczek, ich impulsy neuronowe zdawały się być spolaryzowane w niewłaściwy sposób. Obraz klubu rejestrowały zupełnie już inny. Z gęstej mgły wyłaniały się przeróżne kształty, począwszy od idealnie geometrycznych wieloboków i brył, po chemiczne struktury wszystkich kłębiących się w dymie związków, nakreślone z dużą precyzją. - Świat jest cieniem idei - powtarzał w skołatanych myślach - świat jest przesłanką idei. Tylko filozof, tylko filozof. Kto by miał to rozumieć jak nie filozof… Tylko on, on filozof, tak.. państwo filozofów tak, ono da wakacje, tak… tak... A wakacje to najwyższy cel istnienia... Trzeba, trzeba. W miarę jak monolog stawał się chaotyczny, tak ciało Ernesta chwiało i zataczało się coraz bardziej. Wpadło na jeden ze stolików. Pusta szklanka, która tam stała, zleciała i tłukąc się na drobne kryształki rozbrzmiała swym łabędzim śpiewem. Mężczyzna usiadł, a wokół jego percepcji, zaczął wirować cały świat. Chcąc powstrzymać nieprzyjemne złudzenie ruchu wszystkiego, zaczął panicznie wypatrywać obiektu statycznego, na którym wzrok mógłby swobodnie spocząć. Dostrzegł wreszcie stalową rurę biegnącą od niezgłębionych czeluści sufitu, rozciągających się jeszcze powyżej atmosfery dymu, aż po wyrastający z podłogi, szeroki podest, w kształcie spłaszczonego walca. Rura jak rura, prosta, w dodatku idealnie. Czemuż świat i jego idee nie mogą być takie? Czyżby dlatego, że krępowałyby wtedy wolność jeszcze bardziej? Po chwili dopiero Ernest dostrzegł, że ta stalowa kolumna nie stała tam sama dla siebie, ale dla jakiegoś roznegliżowanego garbusa, który wokół niej tańczył i oddawał się perwersji, sapiąc przy tym i charcząc ciężko. Postać tancerza zdominował paradoks - ten brzydal zdawał się być kupą mięsa, nieudolnie przy tym pozszywaną, owiniętą w pożółkły flak, ale w istocie tłuszczu nie miał wcale, tkanki mięśniowej tylko tyle ile potrzeba na obracanie się wokół stalowego pręta i lubieżne gesty. Resztę stanowiła tylko skóra i łamane wielokroć, źle pozrastane kości. Nie wiadomo czemu wydawał się pulchny. Może to przez zgarbienie, skóra na cielsku marszczyła się w fałdy, które nakładały się jeden na drugi, zupełnie jak biszkopty tortowe, a może to po prostu przez smutek, jaki rozpychał to wszystko od wewnątrz. Bo smutna była ta karykatura człowieka niewątpliwie. To prześwitywało w zawilgotniałej, stęchłej wręcz od wilgoci, gałce ocznej, wpatrzonej gdzieś w dal. Drugie oko miał stale przymknięte, podbite, koloru dojrzałej śliwki, zachodziła na nie ruda grzywa, ale nie była to z pewnością ta rudość, którą szczyciły się Kleopatry i Heleny Trojańskie, a za którą zazdrosne sąsiadki posyłały na haniebne stosy kwiat dziewczęcego piękna mrocznych czasów; to była, co najwyżej, rudość rozmaślonego na szosie kilka dni wcześniej kota, nawet nie lisa. Ernest patrzył na garbusa, aż ten spostrzegł i jego, poświęcając mu całą uwagę sprawnego oka. Mimo zainteresowania, nie zaprzestał ani na moment swej tytanicznej katOrgi(i). Ernest zrozumiał, że ma przed sobą inny gatunek istnienia niż ci poznani do tej pory – Mistrz, George Sand, stary barman, czy nawet Indianin. Ten nie wiedział nic - zupełnie, jak tamci, ale w przeciwieństwie do nich, on niczego nawet nie próbował dochodzić. Pogrążył się w wypełnianiu swojej porno-misji całym sercem, akceptując rolę małego trybiku w niepojętej maszynerii bytu. - To Quasimodo. – Ernest tuż za plecami usłyszał zmysłowy szept pani Sand, co wyrwało go z transu. Nie wiedział jak długo trwał tak w zawieszeniu, sam na sam z garbusem, ale musiało minąć dużo czasu, co uświadomił sobie, gdy dłoń kobiety pogładziła jego chropowaty zarost na twarzy. - Quasimodo? - zapytał bezmyślnie. - Podobno jest tu od kiedy zbudowano ten klub. Przetańczył wokół tej rury większość życia. Ale nie przejmuj się nim. Ja ci pokażę prawdziwą seksualność, bez tej monstrualnej perwersji a la Hugo - i dała mu, ledwo zauważalnym skinieniem, znać by się podniósł i podążył za nią. - Źle się czuję - zajęczał. - Bo jeszcze mnie nie poznałeś.- odparła, kusząco oblizując wargi. Tak postawionej zachęcie facet nie mógłby się raczej oprzeć, a już na pewno nie zdołał tego dokonać Ernest. Nim się podniósł, jego przyjaciółka przekraczała drzwi lokalu, więc musiał gonić ją żwawszym krokiem. Mimo że echa zażytych związków chemicznych rozciągały nieco czas, oboje nie musieli iść zbyt długo, bo niebieska limuzyna czekała już pod samym wyjściem z klubu.
Usiedli na tylnym siedzeniu, reszta należała do szofera, który teraz na łysinie osadził czarny beret, a wyłupiaste oczy zakrył wielkimi okularami, równie ciemnymi jak noc, która okrywała całkiem krajobraz. Skórzane rękawice kierowcy spoczywały, nie wiedzieć czemu, na wolnym siedzeniu, a obręcz kierownicy obejmowały nagie dłonie, jakby w nią wtopione, bądź zrośnięte, stale manewrując. Ernest brał je momentami za jakiś dobrze funkcjonujący automat o antropomorfizowanym, tylko dla celów estetycznych, wyglądzie. Z podziwem, ale i nieufnością wpatrywał się od czasu do czasu w widniejącą w lusterku twarz samochodowego sztukmistrza. Rysy jej były zupełnie niewyraźne, jeśli coś nadawało im charakteru to okulary zginające się w delikatny łuk na wysokości czoła. Pasażerowie momentami mogli mieć wrażenie, że patrzą na powiększony łeb jakiejś czarnej ropuchy. Ernest zerkał w to dziwne oblicze, po czym szybko odwracał spojrzenie w drugą stronę, by chwilę później znów zgłębiać zagadkowość szofera. Nową znajomą chłopca mogło zaskoczyć to czasowe oderwanie uwagi od jej osoby na rzecz bezwyrazistego, w jej mniemaniu, pracownika, ale przez długi czas nie odzywała się ani słowem. Ernest widział w kierowcy źródło ruchu, całkiem szybkiego i niejednostajnego, co z pewnością mogło intrygować niedoszłego naukowca. - Wcale się teraz nie boję - palnął głupio Ernest, chcąc pokazać swoją nieprzeciętną odwagę, choć efekt osiągnął nieco inny. Nawet ten szofer, ta kukła człowiecza, uśmiechnęła się lekko. - Teraz już jestem pewien, pani, że wtedy bałem się jego – odparł po chwili, przy czym skinął na kierowcę, co tamten przyjął z niewzruszonym, kamiennym wyrazem twarzy, którego odtąd już nie zmieniał. - To nie żadna pustka wewnątrz mnie, to jego pustka mnie wtedy przestraszyła, ale kiedy parsknął śmiechem, zrozumiałem, że on też ma duszę. - Tego nie wiem - odparła krótko Sand - ale zapewniam cię, że nie ma się czego lękać. Stój Faustusie! - zakomunikowała w końcu, co natychmiast zatrzymało pojazd. Widać szofer nie pozwalał długo czekać na wykonywanie poleceń. Ernest poczuł dotyk smukłej dłoni kobiety na swoim udzie. Jesteśmy w domu – oznajmiał owy gest. Wysiedli pod stosunkowo małym, ale gustownym dworkiem, w centrum posiadłości George Sand. Ernest nie wyglądał w czasie podróży przez szybę zbyt często, przez co nawet nie zauważył jak mijali piękną, stylizowaną na antyk bramę i drzewiastą alejkę. Teraz, mógł się rozejrzeć i docenić urokliwość miejsca, choć nie za długo, bo pani Sand, odprawiwszy dyskretnie szofera, nalegała, by udać się do środka budynku. Ernest, uprzedzając swą damę, uderzył w drewniane wrota wejściowe kołatką w kształcie rogatego łba cielca, wykonaną z czystego złota. Chwilę później, te otworzyły się i stanął w nich elegancki lokaj w puszystej, bielonej peruce, dystyngowanym ukłonem witając gospodynię i jej nowego przyjaciela.
- Dzień dobry, pani Sand. Czy życzy sobie pani, by przygotować jej kolację? - Wystarczy Emanuelu – odparła George, po czym stary kamerdyner skinął głową i zniknął gdzieś w głębi domu. – A co do ciebie Erneście, powinieneś trochę odpocząć, jednakże żywię nadzieję, że zawitasz dziś jeszcze do mojego pokoju. Ostatnie słowa Sand były wypowiedziane cichym, konspiracyjnym szeptem, prosto do ucha adresata, który poczuł jak jej oddech opiera się na jego ciele, co przyprawiło go o nowe, dotąd nieznane uczucie. - Na pewno przyjdę, moja pani – odparł chyląc się w dostojnym ukłonie. Nie był pewien, czy taki ukłon należy do jakiegokolwiek w ogóle bon ton, chociaż miał wrażenie, że wywoła to pozytywne wrażenia u George Sand. Tak było w istocie, gdyż kobieta roześmiała się lekko, po czym posyłając mu jeszcze jeden uśmiech, oddaliła się po schodach, na wyższe piętro domu. - Czy życzy pan sobie zasiąść do kolacji zanim uda się na, że tak powiem, spotkanie z panią Sand? – zapytał, równie służalczo jak na początku, stary kamerdyner. Ernest zlustrował go wzrokiem i, dostrzegając podeszły jego wiek, uznał, że pytanie, które go nurtuje może zostać wypowiedziane właśnie tej osobie. - Kolacja, co prawda przydałaby się, jednak mam wrażenie, że możesz mi pomóc w nieco inny sposób – powiedział gość domu, wciąż świdrując wzrokiem lokaja. – Jak sądzisz, gdzie powinienem szukać zasady dla tego świata? Mam wrażenie, że wakacje są najcudowniejszym darem jaki mi dano. Ale z drugiej strony przepełniają mnie obawy, że bez doświadczenia prawdziwego, obiektywnego poznania nie będą one w pełni satysfakcjonujące. Kamerdyner wyglądał na zszokowanego. - Pan… pyta mnie… pyta o zdanie w tak wzniosłych sprawach? – wyjąkał, a na jego twarzy malował się wyraz bezmiernego szczęścia. Kiedy Ernest przytaknął kamerdyner dał upust swoim skrywanym przez prawie osiemdziesiąt lat myślom. - Co tak naprawdę możemy poznać? Czy jest na tym świecie jakaś obiektywna droga do poznania? Panie, sam zauważyłem, że zarówno aprioryczna jak i w pełni aposterioryczna postawa wobec procesu odkrywania nie daje nam żadnej właściwie pewnej wiedzy. Tak ten stół - powiedział wskazując palcem nowiutki hebanowy mebel – jak i każda inna rzecz na tym świecie jest nam znana tylko tak, jak ją widzimy. Możemy poznać barwę, która zmienia się w zależności od światła, zapach, który jedni czują, inni zaś wcale, w dotyku będzie różny zależnie od tego, kto dotykać go będzie… Co więc o nim wiedzieć możemy? Czy możemy poznać jakiś obiektywny, transcendentalny dla ogółu zarys tego oto przedmiotu? Jeśli tak, to gdzie metoda? Ernest nie miał pojęcia, o co właściwie chodzi kamerdynerowi, jednak z szybkością daną mu przez zwinny, w pełni oddany nauce rozum skwitował cały wywód rozmówcy. - A jednak, wiemy, że mowa o stole. Znamy, więc jego cechę najważniejszą, inne zostawmy bezpłodnym myślicielom. Służący wyglądał na zszokowanego po raz już kolejny. Teraz szok był chyba o wiele głębszy. Kiedy Ernest postanowił opuścić rozmówcę, tamten stał jeszcze przez długi czas, jak słup soli, wypowiadając krótkie, urywane zdania. - Nieważne są te cechy. Ważny jest stół. Nieważny kolor. Nieważny zapach. Ważne, że stół! Stół widzę oczyma ciała i rozumu. Tylko stół, bez cech! Ernest tym czasem stał już przed drzwiami do pokoju George Sand. Zapukał kilkakrotnie, po czym słysząc zaproszenie do środka, nacisnął klamkę. Pokój sprawiał wrażenie spełniającego w tym zawiłym systemie określoną rolę. Co prawda Ernest nie mógł nawet domyślać się, cóż to za zadanie mogła posiadać izba, w której róż przeplatał się z satynową czernią, zaś białe koronki, którymi obszyto posłanie kontrastujące z ubiorem Sand, zdawały się pasować perfekcyjnie do natury takiej kobiety. Nagle mężczyzna zawahał się, czy aby na pewno postępuje słusznie, jednak musiał dowiedzieć się skąd wzięła się ta cała, chora atmosfera. - Podejdź bliżej, najdroższy – powiedziała Sand z delikatnym pomrukiem w głosie. – Nie pogryzę cię... jeśli nie chcesz. Ale myślę, że i to dałoby się załatwić. To mówiąc zrzuciła ze swego ciała wierzchnie ubranie, lecz nie ułożyła go na krześle tak jak robił to zwykle Mistrz przed snem, ale cisnęła prosto w twarz Ernesta. Kiedy ten odrzucił marynarkę, która zasłaniała mu cały widok, Sand zbliżała się doń w samej już tylko bieliźnie. - Co chcesz ze mną zrobić? Czy chcesz zostać moim niewolnikiem? – pytała odsłaniając białą i niesamowicie delikatną teksturę krągłych, choć niewielkich piersi. Ernest cofnął się z przestrachem, nie zauważając stojącego za nim krzesła. Padł na plecy wydając z siebie głuchy jęk, ciche stęknięcie, które miał wyartykułować jeszcze nie raz tego wieczoru. - Niewolnikiem?! – zawołał ku jej zdziwieniu. – Przecież wolność… wakacje… - Nie jesteś chyba taki jak mój przyjaciel z baru? – zapytała z uśmiechem. – Widzę to po tobie. Nie ma lepszych wakacji dla mężczyzny, niż oddać się władzy kobiety. Sand rzuciła się na Ernesta próbując zerwać jego ubranie. - Nie wierzysz chyba w te filozoficzne brednie, którymi raczył cię staruch? – spytała figlarnym tonem. - Ja… nie… nie do końca – jąkał się Ernest, któremu coraz bardziej podobało się dziwne zachowanie George. – Kiedy teraz rozmyślam nad całą rozmową, którą odbyłem z tym oświeconym, choć nie pozbawionym wad podejścia myślowego, człowiekiem… – Urwał zdanie w połowie, czując jak rozwiązanie problemu istnienia idei, odkrycie nieścisłości systemu filozoficznego barmana samo ciśnie mu się na usta - Przecież gdyby rzeczywiście świat był obrazem idei, które są wieczne i niezmienne, to nie musielibyśmy tworzyć państwa filozofów! Po co dokonywać przewrotu, którego idea istnieje od zawsze? Jednak myślałem, że wierzysz w to pani. Przecież… Sand teraz już zupełnie naga położyła się na obdartym z okrycia mężczyźnie dokładając wszelkich starań by rytmiczne ruchy, których się dopuszczała, posiadały w sobie tyleż godności co jej zachowanie w gospodzie. - Nie chodzi mi tu przecież o żadne idee. To wszystko bzdura wierutna. Wiem to. Jednak przewrót jest nam potrzebny, żebyśmy mogli cieszyć się nieskrępowanymi wakacjami. Ernest czuł, że podniecenie, które w nim narasta eksploduje za chwilę, nie zostawiając żadnej możliwości interpretacji nowych wiadomości. - Nie chodzi tu więc o przesłanki? Wszak te są błędne? - Oczywiście – wysapała Sand. – Nie ważne, co skłoni nas do przewrotu. Jeśli będzie to teoria idei… nic nie szkodzi. Ważne jest, żebyśmy osiągnęli nasz wspólny, dobry ze swej natury cel. Widzisz, to, co dzieje się wokół jest sytuacją chorą, wymagającą naprawy, ze strony kogoś, kto wie jak to zrobić. Może gdybyś nieco lepiej orientował się w sytuacji państwowej, wiedziałbyś o licznych rozbojach, które przeprowadza się pod flagą rządu. Może gdybyś wiedział o wyzysku pracowników, o zniewoleniu, którego nigdy nie nazywa się po imieniu, może gdybyś znał skutki wmawiania ludziom idei wolności, zakuwającej ich w łańcuchy, wtedy zrozumiałbyś, że potrzebna jest rewolucja, bez względu, na jakim ideologicznym polu zostanie wzniesiona. - Ale i barman proponował uzyskanie wolności przez zniewolenie – zaprotestował Ernest. - Tak? Oczywiście, mogłeś to tak zrozumieć. Mogłeś, gdyż nie jesteś jeszcze zbyt biegły w rozróżnianiu szczegółów, jakie potrafią z rzeczy całkiem podobnej, zrobić przeciwną – ciągnęła Sand, wijąc się na członku rozpalonego pod nią mężczyzny. – Jeśli uważasz, że wskazywanie ludziom dobrej drogi, które my im proponujemy, jest równoznaczne z zakuciem ich w kajdany i nadzorowanie każdego czynu, od tych wpływających na dobro kraju, do czystej defekacji włącznie… to jesteś nieco mniej rozgarnięty, niż do tej pory mi się wydawało. - Może… może nie do końca znam sytuację państwową… wydawało mi się… - jąkał się mężczyzna. - Zamilcz! Chcesz dowodów?! To spójrz na ulice! – krzyczała Sand przeplatając swoje seksualne podniecenie z ideologiczną egzaltacją. – Widziałeś te niewinne, brudne buzie wyrażające prośbę o cokolwiek jadalnego? Widziałeś ludzi wracających do domów, przygiętych ciężarem pracy, jaką na nich nałożono, padających z głodu i bólu niczym muchy wpuszczone do słoika z próżnią? Widziałeś bogatych polityków rozbijających się swoimi mercedesami, mamiących ludzi obietnicami wolności, ułudą zwycięstwa, ideą pracy w kierunku doskonałego państwa?! Widziałeś to wszystko?! Nie? Więc nie mów mi, że nie ma różnicy między tym, co jest, a co być powinno! Ernest nie miał zamiaru sprzeczać się ze swoją towarzyszką, z którą dzielił łoże, a właściwie podłogę, na której to dokonał się akt ideologicznego orgazmu. Ich spory zdawały się być bardzo poważne, jednocześnie wynosząc doznania erotyczne na niedosięgnione dla zwykłych śmiertelników wyżyny.
Kiedy naga George z głową przyciśniętą do twardej, owłosionej piersi Ernesta cicho westchnęła, budząc ze snu jego zmaltretowaną już męskość, on nawet nie próbował skupić się na planach dokonania przewrotu, na mnogości teorii, które poznał dzisiejszego dnia, ani nawet na rozpatrzeniu pytania, czy rzeczywiście filozof jest tym kogo potrzebuje ludzkość. - Erneście – zagadnęła cichutko Sand – czy darzysz mnie miłością? - Wszak kocham to, co rozumiem – odparł bez namysłu, wbijając wzrok w krągłości jej ciała. - Dziękuję. Ernest tylko uśmiechnął się do siebie, a kiedy przypomniał sobie postać kamerdynera, bez skrępowania przeszedł na ten temat. - George… - Tak najdroższy? – spytała, tuląc się do jego wilgotnego owłosienia na piersi. - Kim jest ten mężczyzna? Twój kamerdyner? Sprawia wrażenie zbyt elokwentnego jak na pełnioną przezeń funkcję. George na chwilę pogrążyła się we własnych, mrocznych myślach, po czym drastycznie przerwała ogarniające ich milczenie. - Elokwentnego?! Oszalałeś?! Ten człowiek jest nikim. Całe życie próbował dojść swojej teorii, rozmyślał nad wyimaginowanym imperatywem kategorycznym, starał się znaleźć sensowne połączenie dla sądów apriorycznych, jak i ściśle wynikających ze społecznie uznanego już empiryzmu. – Wyrzucała z siebie słowa z mocą podobną tej, z jaką lokomotywa wyrzuca w górę kłęby dymu, nabierając prędkości. – I do czego go to doprowadziło? Jest stary, a każdy jego sąd ogranicza się do kategorycznego „nie wiem”. Podważa każdą myśl, nawet swoją. Zbija argumenty innych teoretyków tylko po to, by dowieść, że się mylą. A wszystko to po co? Dla jakiego celu? - Nie mam pojęcia, George – zakłopotał się Ernest. Miał wrażenie, że nie powinien w ogóle poruszać tego tematu. - Dla żadnego, ot co! Po co doszukiwać się prawdziwości przesłanek, skoro nie ma się na celu żadnych konkretnych wniosków. Taki krytycyzm jest wręcz nie do zniesienia. Bohater nasz przyznał rację, lecz po chwili kolejna porcja myśli zalęgła się w jego przeciążonym już umyśle. - Liczy się cel. Nie liczy się prawda. Nie prawdziwość naszych twierdzeń, ale dobro, do którego dążymy formułując je, czy tak? Nie doczekał się odpowiedzi. Kobieta pogrążona we śnie wydawała z siebie jedynie ciche odgłosy chrapania. Wstał i zbierając z podłogi swoje ubrania, przyodział się w nie. Starał się zachowywać jak najciszej, żeby nie obudzić partnerki swojego pierwszego w życiu aktu miłosnego. Po paru minutach pędził już po schodach, zbliżając się do drzwi wyjściowych.
Na zewnątrz niebo przyoblekło się w, jaśniejący przecinającymi je szramami chmur, szaroniebieski błękit. Była to chwila, w której noc odchodzi w zapomnienie, zaś słońce nie potrafi jeszcze znaleźć sobie odpowiedniego miejsca na nieboskłonie. Gdy Ernest szedł chodnikiem rozpościerającym się pomiędzy ogrodami George Sand, słyszał jedynie wrzask wron i kruków wzbijających się co i raz znad okalającego ulicę rzędu drzew. Czuł jak jego myśli pulsują wewnątrz mózgoczaszki, jak ból wywołany alkoholem etylowym z poprzedniego wieczoru zamienia jego błędnik w przestraszone, skulone w swojej śmierdzącej jamie zwierzę. Miał wrażenie, że cała nadbudowa nad jego istotą, posiadająca tyle bezsensu metafizycznego, co śliskości ideologicznej, musi dać się usystematyzować w określony naukowo szereg przyczynowo-skutkowy. Chciał znaleźć naukę, która pozwoli mu nie tylko poznać, ale i zrozumieć zachowanie ludzi, których do tej pory spotkał. Wiedział, że istnieje na świecie coś takiego, co pozwoli mu zająć określone stanowisko wynikające ze zrozumienia. Wiedział, że leży w jego mocy wyjaśnienie tego, co jasnym nie jest, że posiada tę umiejętność. Chemia okazywała się nauką zgubną, jeśli chodzi o wiedzę, którą mu dawała. Przekonał się o tym dzięki bolesnemu doświadczeniu alkoholowemu. Również biologia i medycyna nie dała się nijak zastosować do prawdziwego zrozumienia. Wciąż szukał. Szarość nieba przyćmiewała już chwałę górującego nad nim księżyca, a zrywający się wiatr strzepywał z drzew ostatki pożółkłych liści. Nawet wieczne wakacje nie mogą uniknąć kryzysu. Choć Ernest nie przyznałby racji starcowi z baru, bo jakiż sens miałoby jakiekolwiek działanie, skoro cele, które miałoby na uwadze od dawna musiałyby istnieć w świecie idei, to był pewien, że rzeczywiście nie da się przeżywać wakacji bez uprzedniego zrozumienia zasady. Nie da się korzystać z braku zniewolenia nie będąc zniewolonym. To bzdura. Ernest porzucił te wszystkie myśli, gdyż na razie nie potrafił ich uszeregować w sensownej zasadzie. Poszukiwania wciąż trwały. Przypomniał sobie słowa George Sand, która tylko przed nim zdjęła swoją codzienną maskę. - Kocham to, co rozumiem – powtórzył własne słowa. – Jednak obawiam się, że nie da się naprawdę zrozumieć kobiety. - Kobiet nie można zrozumieć, trzeba je kochać – usłyszał rozmarzony głos za plecami. Odwróciwszy się spostrzegł pijanego żebraczynę w postrzępionym ortalionie, podpierającego się o konar młodej wierzby, której smukłe gałęzie opadały wprost, na jego bujną, niedomytą czuprynę. - Co pan powiedział?- spytał zdezorientowany i nieco zlękniony Ernest, choć mimo odrażającej woni taniego bimbru, nędzarz nie wyglądał groźnie. - Co słyszałeś. To były jej własne słowa. Bo wiesz, pani Sand to moja dawna kochanka. - Zakasłał przeraźliwie wypowiedziawszy tę kwestię. - Nic, a nic panu nie wierzę - odrzekł Ernest, wzruszając ramionami. - Ona, kochanką pana?! - zaśmiał się mimowolnie, choć nie chciał robić tamtemu przykrości. - Ty myślisz, że ja się urodziłem pijakiem, że się urodziłem już w stanie nietrzeźwym! – mamrotał, grożąco kiwając przy tym palcem. - Ale ja byłem wielkim kompozytorem! A ona mnie kochała jak nikogo przedtem i potem! Ach, te wspomnienia odbijające się echem w pijackim epizodzie mojego żywota! Hej! "Gdybym ci ja miała..." - zaczął coś tam podśpiewywać, a przynajmniej próbował, ale Ernest pozostawił tę nieudolną kalko-manię śpiewu prawdziwego, gdzieś daleko w tyle. Zbliżał się szybkim, mechanicznym krokiem do bramy posesji, gdy nagle przedziwne zjawisko wbiło go w jedno miejsce jak pionowy pal. Nie tylko w głowie, ale jakby i w całym ciele, zadźwięczała mu nowa myśl, brzmiąca uderzeniem starego, japoński gongu. - Jasne. - To jedno, proste słówko, w kontekście całości nabrało znaczenia przewysokiego – Jasne! - Aż musiał powtórzyć to samo na głos, by podzielić się ze światem tym błyskiem olśnienia. Jedyne słuszne narzędzie zdolne do opisania istnienia, cały czas było w jego posiadaniu, tylko odłożone gdzieś, oblazłe kurzem i molami, w szpargałach wiedzy oczywistej. Wystarczyło dmuchnąć, by odkryła się przed nim, doskonale przecież znana czystość pojęcia „logika”. Tylko