Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 31 min czytania

F10.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}{b}Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny i zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.{/i}{/b}

To mój ulubiony fragment „Desideraty”. Całe życie przymierzałem się do innych ludzi, wciąż kogoś goniłem, wciąż z kimś się ścigałem. Do tej pory mam ogromne problemy z zaakceptowaniem siebie, swoich ograniczeń, ułomności. Jest o tyle lepiej, że wreszcie widzę to, ale wciąż jeszcze, gdy pojawiam się w nowym środowisku, natykam się na nowych ludzi, automatycznie niejako, z marszu staram się wypaść jak najniezwyklej. I w zależności od kręgu osób, tworzę różne obrazy. Gdy idę na „obcy” mityng, stwarzam wokół siebie aurę takiego alkoholika, co to już wypił wszystkie rozumy świata, taki „stary, doświadczony weteran”. Szalenie mi trudno zachowywać się normalnie, to, oczywiście, stosunkowo szybko przechodzi, ale pierwsze moje działanie jest właśnie takie. Wciąż drzemie we mnie ogromna duma, poczucie, że jestem lepszy, mądrzejszy. Że przeczytałem więcej książek, obejrzałem więcej filmów, że moje przemyślenia, moja głębia intelektualna jest tak ogromna, że nie widzę tu zawodników. Bardzo trudno mi zaakceptować, że ktoś może być inteligentniejszy ode mnie, dowcipniejszy. To niemądre, ale każdy alkoholik, zapytajcie się zresztą, ma poczucie szczególnej wyjątkowości, silne przeświadczenie, że jego przeżycia są niepowtarzalne, że to co on wyprawiał i doświadczył, to żaden... nigdy... w życiu!..... U mnie przełom nastąpił jakieś trzy lata temu. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że zmienia się już moje myślenie, że następuje odwrócenie hierarchii, ot, doszedłem po prostu do jakichś wniosków. Wiedza, że to był początek zdrowienia, przyszła znacznie później. Jak ja to mówię, wtedy jeszcze za mało wypiłem. Zaczęło się od poparzenia. Tak normalnie, w domu. Był długi, majowy weekend, ja wyjątkowo trzeźwy, nie pamiętam teraz co takiego spowodowało, że w kilka wolnych dni nie poszedłem na piwo. Miałem przewiesić szafki w kuchni, nieco wcześniej, żona dopięła swego i przeforsowała wyburzenie ściany łączącej kuchnię z pokojem. Trzeba było coś wykombinować, bo zwyczajnie zabrakło ściany na powieszenie szafek. Uzbroiłem się w narzędzia, pomierzyłem co trzeba, pozaznaczałem. Żona w tym czasie robiła obiad, miały być frytki, kotlet. Wyszła gdzieś z kuchni, ja złapałem wiertarkę i dokładnie wtedy usłyszałem za sobą huk. Odwracam się, a tam, na kuchni słup ognia! Tłuszcz na te frytki rozgrzał się tak bardzo, że nastąpił samozapłon. W górze chodzi wyciąg, co jeszcze bardziej napędza płomień, zaczyna się palić zwisający kwiat, topi się pochłaniacz, żona nadbiegła, stoi jak wryta i wrzeszczy. Ogólna panika, ja też nie wiem co robić. Rzuciłem się do kuchenki, wyłączyłem gaz, ale gdzie tam! Płomień bucha jak talala, tłuszcz spala się sam z siebie, zajęła się ścierka, jeszcze chwila i będzie ogólny pożar. Niewiele myśląc złapałem za rączkę, bo to był taki rondelek i wybiegłem na balkon. Nie doniosłem, ogień był tak silny, ze rzuciłem rondelek, całe szczęście, że upadł na płytki na balkonie. Wróciłem do kuchni, bo tam regularny pożar, zaczęły palić się szafki. Dymu jak jasna cholera, aż szaro! Ugasiliśmy ogień, a mnie ręka coraz silniej piecze. Wsadziłem pod zimną wodę, żona lamentuje, rozdygotana, ja zgrywam twardziela: co tam, oparzyłem się i tyle, samo przejdzie. Wytrzymałem tak dwa dni. W końcu ugiąłem się, bo z ręką zaczęło wyglądać mało ciekawie, poszedłem do lekarza. Oparzenia z drugiego na trzeci stopień, zwęglona skóra, pęcherze. Nasmarował maścią, założył opatrunek i miałem przychodzić co dwa dni na zmianę. I trzeba trafu, że nazajutrz po wizycie w ambulatorium widziałem się z teściem. Od słowa do słowa, teść z przekonaniem stwierdził, że jakiś konował mnie leczy, bo rana po oparzeniu musi oddychać, więc niedobrze, że chodzę z zawiniętą ręką. Co prawda, to prawda, sam sobie przypomniałem o oddychaniu skóry, zdjąłem opatrunek, faktycznie, przecież jestem mądrzejszy, co mi tu będzie jakiś lekarzyna gadał co mam robić. I tak pojechałem na kontrolę. Nie zapomnę chyba do końca życia rozmowy z lekarzem, bo właśnie wtedy, ten chirurg, podłożył podwaliny pod moje zdrowienie. Może powinienem mu podziękować? Spotkanie wyglądało mniej więcej tak: - Dlaczego zdjął pan opatrunek? – pyta lekarz. Ja na to, że rana musi oddychać, że powinien być dopływ powietrza i takie tam bzdury. Nie podejmuję się opisać, jak on wtedy na mnie spojrzał. - Proszę pana – on na to – nie wiem czym się pan zajmuje zawodowo, ale zakładam, że jest pan fachowcem w swojej dziedzinie? Masz!!!! Jeszcze się pyta!! -Gdybym potrzebował fachowej porady z zakresu pana specjalności, zgłosiłbym się do pana i dostałbym profesjonalną pomoc, prawda? - Oczywiście! – Pewność i niezachwiane poczucie własnej perfekcyjności musiało się wtedy ze mnie wprost wylewać. - I nie dyskutowałbym, bo to pan jest fachowcem. Więc, zapytam się jeszcze raz, dlaczego zdjął pan opatrunek? Nic już wtedy nie odpowiedziałem. Do końca leczenia wypełniałem ściśle i co do joty wszelkie zalecenia tego chirurga. On mi zresztą później wytłumaczył dlaczego przy oparzeniach potrzebny jest opatrunek, że nie jest to widzimisię lekarza. Została mi po tym oparzeniu blizna, chyba jako przypomnienie, że może by tak więcej pokory? To taka prosta historyjka, banalna wręcz, ale miała swój dalszy ciąg. Dwa lata później leżałem martwy w domu, na kanapie. Chyba tylko ten kto pije jest w stanie zrozumieć fizyczną niemożność jakiegokolwiek ruchu, działania, w momencie wychodzenia z ciągu. Wielokrotnie żona robiła mi karczemne awantury za lenistwo i obijanie się, gdy byłem na kacu. Tyle, że wtedy to już nie jest kac. To potworny stan, nazywany zespołem abstynenckim. Występuje dwa, trzy dni po zaprzestaniu picia. Organizm jest tak wyniszczony, tak spragniony brakującego alkoholu, że odmawia posłuszeństwa. We wszelkich zakresach. Pamiętam sytuację, gdy w takim stanie zachciało mi się siku. Leżałem wtedy bezwładnie, na wpół zamroczony, to takie odczucie, że nie wiesz na sto procent co dzieje się naprawdę, a co tworzy chory umysł. Pół-sen, pół-jawa, filmy z telewizora mieszają się z odgłosami zza okna, nie wiesz, czy ten ktoś kto stoi obok łóżka, stoi naprawdę, czy to tylko omam, podniesienie ręki aby obetrzeć pot z czoła to fizyczna niemożliwość, więc tak leżysz, zdychasz, a pot ścieka z ciebie i wsiąka w poduszkę, w koc. Twarz cała mokra, czujesz jak strużki potu spływają po szyi i nie możesz ich obetrzeć. Mokry, momentalnie marzniesz. Gdy, nadludzkim wysiłkiem, przykryjesz się lepiącą, ciężką kołdrą, natychmiast dostajesz jeszcze większych potów, więc zrzucasz przykrycie, żeby po kilku sekundach dygotać z nieopisanego zimna. I tak w kółko. Przekręcenie głowy wymaga kilku minut skupiania się i podjęcia tytanicznego wysiłku. Nawet nie palisz, bo nie masz siły, żeby zapalić papierosa, zresztą po co? I tak go nie utrzymasz w dygocących dłoniach. I właśnie w takim momencie podchodzi do ciebie żona i syczącym z nienawiści głosem wypluwa z siebie taki, mniej więcej, tekst: „No, rusz się wreszcie, skurwysynu! Chlać to miałeś siłę?! Wstawaj! Wyrzuć śmieci, przesuń wreszcie to łóżko, przenieś te graty! Będziesz tak leżał i się byczył, gdy ja tu zasuwam!!??” Coś w tym stylu. Nie trafiało do niej, że ja nie udaję, że ciało mnie nie słucha, że równie dobrze mogłaby zaproponować, żebym wziął udział w zawodach „Strongmenów”. Z podobnym skutkiem. Ale to jedna strona medalu, jest jeszcze druga, twój umysł. Fizjologii nie da się wyłączyć, chce ci się sikać i tyle. To znaczy do czasu, są sytuacje, ze nie panujesz już i nad takimi odruchami, wtedy wszystko jedno, i tak nie masz wyjścia, lejesz pod siebie. Ale tego dnia mózg jeszcze na tyle pracował, że czułem ciśnienie na pęcherz. Czekałem tak długo jak mogłem, ale przecież to nie grypa, samo nie przejdzie. Spróbowałem więc dotrzeć do łazienki, za nic w świecie nie chciałem zaszczać łóżka. Gdybym to zrobił, mógłbym własnoręcznie kopać sobie grób, byle tylko zdążyć przed przyjściem żony z pracy. Siłowałem się kilkanaście minut, żeby już tylko zwyczajnie podnieść się z kanapy. Wreszcie się udało, podniosłem się, żeby poczłapać do ubikacji, bo już ledwo wytrzymywałem i nagle..... bęc! Leżę na podłodze! Mięśnie nie słuchają. Niedawno Tomek wytłumaczył mi, że to polineuropatia, alkoholowe porażenie nerwów. Pamiętam, że popłakałem się, z bezsilnej wściekłości, ze złości na samego siebie. Doczołgałem się wtedy, najzwyczajniej w świecie pełznąłem po podłodze, żeby dotrzeć do kibla i wysikać się. Ktoś, kto nie przeżył objawów odstawiennych, bo i tak nazywają ten stan, nie uwierzy. Nie uwierzy, że można na własne życzenie, z pełną świadomością doprowadzić się do takiej ruiny. Inna sprawa, że dziś, sam kręcę z niedowierzaniem głową. I to właśnie chyba w tamtym momencie, kiedy dotarłem z powrotem na kanapę, skrzepiłem się kilkoma łykami piwa, bo wtedy musiałem mieć pod ręką, na okrągło, alkohol w zasięgu, pomyślałem, że ja już nie chcę tak dłużej żyć. Że muszę coś z tym zrobić. Tylko co? I błysnęła mi w głowie scena u lekarza, słowa chirurga, żeby poddać się wiedzy fachowców. Musiałem być wtedy nieźle pijany, bo na trzeźwo nigdy nie przyznałbym się, że jestem zmuszony szukać pomocy, iść do psychologa, do terapeuty. Jak to? JA!!!!??? Przecież jestem najmądrzejszy!! Wielokrotnie wcześniej słyszałem takie sugestie, ironią losu jest to, że i od Wranglera, żebym poszedł do fachowców, do Ośrodka Terapeutycznego, do psychologa. Moja odpowiedź, nieodmiennie, brzmiała: „Po co? Co powie mi najlepszy nawet psycholog, czego bym sam nie wiedział?”. Przeczytałem tony książek o uzależnieniach, historię ruchu AA znałem na pamięć, orientowałem się w mechanizmach psychologicznych, byłem alfą i omegą w dziedzinie alkoholizmu, przeszedłem tyle szkoleń, że to ja mógłbym uczuć psychologów o uzależnieniu. I dalej piłem. To chyba wtedy, gdy siedziałem na kanapie, roztrzęsiony, upodlony i złachmaniony, sfilcowany (jak mawia żona Krzysiaczka), przyszło mi do głowy, żeby schować swoja dumę i butę do kieszeni i zgłosić się do fachowców. Ale nie poszłoby tak łatwo, znałem przecież siebie, więc wytłumaczyłem sobie racjonalnie, przekonałem się na intelekt, że owszem, mam dużą wiedzę o alkoholiźmie, znam się na temacie, ale jestem tylko amatorem. A oni są zawodowcami, siedzą w tym od rana do wieczora, przerzucili dziesiątki takich jak ja, więc na rozum, zdroworozsądkowo, są lepsi ode mnie. Do dziś jestem zadziwiony, że jednak udało mi się przekonać samego siebie, bo, jak każdy alkoholik, największym wrogiem mnie, byłem ja sam. Trochę jeszcze oczywiście potrwało, zanim dotarłem na terapię, ale właśnie wtedy odniosłem pierwsze zwycięstwo nad sobą, nad chorym umysłem, który z całej siły, na przekór wszystkim faktom, broni się przed oczywistościami. Nie bez powodu nazywają alkoholizm „chorobą zakłamania”. Ale cholerna duma siedzi głęboko, wciąż uważałem się, z kolei, za „lepszego alkoholika”. W różnych kontekstach. Gdy słuchałem ludzi, którzy opowiadali jak to pili wynalazki, dyktę, perfumy, czułem się jak gość: „proszę, ja tak nisko nie upadłem”. Nawiasem mówiąc, dla niewtajemniczonych: dykta to denaturat. Takie pocieszanie się i poklepywanie po plecach, że jestem lepszy, godniejszy, że taki „dobry, przyjemny ze mnie alkoholik”, trwało do momentu, kiedy usłyszałem kiedyś odpowiedź na podobne zwierzenia. Jak to jeden z uzależnionych przechwalał się, bo tak to trzeba nazwać, że on nigdy nie nocował na dworcu, nie pożyczał pieniędzy, nie pił na melinach. Nie miał padaczki alkoholowej, majaków, psychoz, nie pił wynalazków. I usłyszał tylko jedno zdanie: „Jeszcze wszystko przed tobą!” Zapamiętałem je, przyswoiłem jako ponure, ale prawdziwe ostrzeżenie. Pamiętacie, że alkoholizm jest choroba postępującą? Teraz już wiecie co to dokładnie oznacza? Bo ja tak. Nie ma silnych na alkohol, to tylko kwestia czasu, parafrazując słynne powiedzenie, bodajże, Jerzego Kuleja, który poproszony kiedyś o skomentowanie niesamowitej wytrzymałości jakiegoś boksera na ciosy, skwitował krótko: „nie ma odpornych, są tylko źle trafieni”, pamiętam, że nie mam szans z alkoholem, jak zacznę, zwierzęca chęć picia jeszcze i jeszcze, zmieni mnie w monstrum. Wiem, że dopuszczę się każdej podłości, każdej ohydy, żeby zdobyć gorzałę, piwo, cokolwiek co ma procenty, że wycisnę pieniądze z kamienia, ukradnę rentę zniedołężniałej staruszce, aby tylko kupić flaszkę. Sięgając pamięcią wstecz, przypominam sobie jeszcze coś. Mnie nigdy nie interesowało picie z normalnymi ludźmi. Takimi co to po imprezie narzekają na ból głowy i szukają soku z ogórków. No, może na początku. Dość szybko zacząłem szukać towarzystwa ludzi, którzy piją kasacyjnie, do ostatniej kropli, dopóki jeszcze jest na stole. Takich, których nie interesuje zaprzestanie po dwóch dniach, którzy nie dziwią się, że przez tydzień nie mogę wytrzeźwieć. Po prostu takich samych jak ja. Świetnie się w ich towarzystwie czułem, nie musiałem nic i nikogo udawać, ukrywać się. To potworna niesprawiedliwość, że w pełni akceptowany i swobodnie czułem się w otoczeniu różnej maści wyrzutków, wykolejeńców, nieudaczników. Niesprawiedliwość w moim odczuciu, tak naprawdę byłem dokładnie taki sam, a może i gorszy, bo wmawiałem sobie i wszystkim dookoła, że jestem kimś innym, że ja to tak przypadkowo, ot, zdarzyło się, wielkie halo! Każdemu może się przytrafić. Tylko, że mnie przytrafiało się sto na sto, no, żeby być sprawiedliwym 99 na 100. Pamiętam taką scenę, jeszcze z wypożyczalni kast wideo.. Był już wieczór, czerwiec, czy lipiec, w każdym razie ciepło, sezon wakacyjno-urlopowy. Mieliśmy tam stałego klienta, klasyczny zakapior, książkowy model alkoholika. O dziwo, zawsze oddawał kasety w terminie, a jak się spóźnił, bez szemrania płacił karę za przetrzymanie. Teraz wiem, że takie zachowanie to standard, każdy kto pije nałogowo zawalił tyle ważnych, życiowych spraw, że ze wszystkich sił stara się, gdzie może, wypaść jak najkorzystniej, jako słowny, punktualny, porządny gość. Zbynio, bo tak mówiła na niego jego żona, może konkubina, cholera ich wie, nigdy nie splamił się przyjściem trzeźwy do wypożyczalni. Za każdym razem był na bańce, czasem większej, czasem mniejszej, ale nie było od tego wyjątków. Wtedy też przyszli razem, ona i on, tylko, że Zbyniu ledwie trzymal się na nogach. Po jaką cholerę ta jego kobieta targała go między ludzi w tym stanie, tego nie wiem, sama robiła wrażenie, że lubi wypić, jak to Grzesiuk mówił „wyglądała na taką co wody i roztrzepańca nie uznaje”. Stoją przed kontuarem, akurat mało ludzi, ona oddaje obejrzane kasety, prosi o „coś o miłości” i, koniecznie, jakąś sensację, dla Zbynia. Coś tam reklamuję, opowiadam, że to film mrożący krew w żylakach, nagle Zbynio zarzucił się na drugi koniec kontuaru, wpił się w deskę i bełkocze: - Jeszcze coś dla dzieci... - Ale, Zbyniu..... – ona próbuje mu przerwać, ale Zbynio, uparcie i konsekwentnie melduje: - Pan da.....te....tam....jakieś takie.......te.......no, bajki, dla dzieci.... Ogólnie wzruszająca scena, tatuś troszczy się, żeby pociechy też miały jakiś pożytek z tego odtwarzacza wideo, a nie tylko „Rambo” i „Rambo”. Ale

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%