Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 13 min czytania

Fach korsarza

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Fach korsarza

Dla Kazi ze Strapia. Dzięki, że bez względu na wszystko pozostajesz fanką.

„Pomagaj sobie samemu: wtedy każdy ci jeszcze dopomoże. Zasada miłości bliźniego.” – Fryderyk Nietzsche

Słońce stało wysoko na niebie, gdy dziób dwumasztowej Evaduińskiej brygantyny przecinał morskie fale. Okręt, zdobiony figurą pięknej nimfy, wyruszył z Ostekeer tydzień wcześniej, kierując się do kolonii usytuowanych na nieodległym archipelagu Aearcorthol, skąd pochodziła większość cennych na stałym lądzie przypraw i futer. Statkiem dowodził doświadczony kapitan, mówiący o sobie, że niegdyś miał pod swoją komendą koronną fregatę. Niewielu członków parudziesięcioosobowej załogi w to jednak wierzyło – bardziej podatni na takie przechwałki byli pasażerowie, których Szmaragdowa Dama zazwyczaj przewoziła pomiędzy wyspami i stałym lądem. Tym razem nie było inaczej. W Ostekeer na pokład wsiadła grupa kilku kolonistów, zdecydowanych osiedlić się gdzieś na wyspach, by wieść życie plantatorów tytoniu, czy myśliwych. Szmaragdową Damę jako środek transportu wybrał również pewien młody mężczyzna, za jedynych towarzyszy mający swoją lutnię, rapier i marzenia o sławie i bogactwa, na jakie podobno można było natrafić na wyspach. Opartego o reling mężczyznę wyrwał z zadumy odgłos dzwonu okrętowego – oto upłynęły kolejne cztery godziny podróży. Vicvane oderwał wzrok od morskich fal, odwrócił się i zaczął przygladać się załodze, opierając się o poręcz. Nadeszła pora zmiany wachty, żeglarze porzucali swoje zajęcia, przekazując je w ręce kolegów wylegających z mesy pod pokładem. - Niebawem dotrzemy na miejsce, to już prawie połowa drogi – odezwał się nagle nieco wysoki, choć niewątpliwie męski głos. – Myślałem, że już nigdy nie wypełźniesz z mesy pasażerów – zaśmiał się. Vicvane odpowiedział mu jedynie lekkim uśmiechem. Bosman przy każdej okazji namawiał go do wymieniania opowieści, barda to jednak w trakcie tej podróży nie bawiło. Jego żołądek dopiero niedawno oswoił się z nieustannym kołysaniem. Westchnął. - Nadal nie czuję się najlepiej, chyba wrócę do swojego posłania – oznajmił, ku rozczarowaniu bosmana, po czym ruszył pod pokład. Nim stanął na pierwszym stopniu schodów, na statku rozległ się tubalny głos: - Żagle na horyzoncie! – zakrzyknął obserwator, sięgając po lunetę. – Dwa... Trzy! Barkentyna pod Normodiańską banderą! Bard wzruszył ramionami i zszedł pod pokład, kierując się do mesy pasażerskiej w przybudówce na rufie. Dosłyszał jeszcze z pokładu, jak żeglarze meldują kapitanowi o dostrzeżonym okręcie. Vicvane’a nie interesowało to. Nie pierwszy i nie ostatni raz okrętowy obserwator dostrzegł inny statek. - Zmienili banderę, potrzebują pomocy! – dotarł go stłumiony krzyk z pokładu, gdy zamykał za sobą drzwi od mesy. Przywitał lekkim ukłonem współpasażerów, zajętych grą w karty, po czym usiadł na swoim posłaniu i zaczął grać na lutni słodką melodię.

* * *

Bard przewrócił się z boku na bok, wytrącony ze snu brzmieniem okrętowego dzwonu. Przycisnął pięści do uszu, chcąć stłumić hałas i ponownie oddać się w objęcia sennych marzeń. Irytujący metaliczny odgłos nie dawał jednak spokoju, a bard był pewien, że trwa zdecydowanie zbyt długo. Nagły przechył całego statku błyskawicznie wybudził Vicvane’a, który, zupełnie nieprzygotowany, stoczył się w dół po deskach, rozpaczliwie szukając jakiegoś uchwytu. Dopiero teraz do jego uszu dotarły krzyki dochodzące z pokładu. Dzwon brzmiał nieprzerwanie. Alarm. Pozostali pasażerowi siedzieli skuleni w kącie mesy. Młoda dziewczyna szlochała w objęciach swojego małżonka. Vicvane podniósł się i ruszył ostrożnie do kołyszących się drzwi, trzymając kurczowo linę biegnącą wzdłuż ściany pomieszczenia. Gdy do nich dotarł musiał się zatrzymać – kanonierzy przeciskali się pośpiesznie do pokładu działowego, całkowicie blokując przejście. Ponad zgiełkiem przedarł się przerażający huk, któremu zawtórował odgłos roztrzaskiwanego w drzazgi drewna. Okręt ponownie się przechylił, tym razem jednak bard zdołał utrzymać równowagę. Mężczyzna wspiął się po schodach, kładąc dłoń na rękojeści rapiera, wiszącego w swej pochwie u jego pasa. Ostrożnie wyjrzał na pokład. Scena, która ukazała się jego oczom, przypominała piekło. W deskach pokładu była wyrwana spora dziura, otoczona zębami połamanych desek. Pośród gryzącego, czarnego dymu dojrzał sylwetki żeglarzy. Bosman wymachując pistoletem skałkowym wykrzykiwał niezrozumiałe dla Vicvane’a komendy, marynarze uwijali się przy linach. Większość miała przypasane miecze i kordy. Szmaragdowa Dama ponownie się zatrzęsła, gdy jej cztery armaty wystrzeliły z bakburty. Po chwili do uszu barda dotarło trzeszczenie rozrywanego drewna, a w powietrze wzniósł się nowy obłok ciemnego dymu. Vic wygramolił się na pokład i rozpoczął wspinaczkę na rufówkę, skąd bosman próbował zapanować nad zamieszaniem. Kolejny wybuch wzniósł się ponad bitewnym zgiełkiem, gdy widoczny już teraz wrogi okręt oddał kolejną salwę. Na pokładzie brygantyny rozległy się krzyki bólu zmieszane z odgłosem rwanego płótna, gdy wystrzelone przez piracki okręt łańcuchy rozdarły żagle rejowe i zmiażdżyły kości dwóch nieszczęśników. Na szczyscie masztu wrogiej barkentyny powiewała czarna bandera, przedstawiająca trupią czaszkę ponad dwoma skrzyżowanymi toporami. Statek znajdował się teraz nie dalej jak trzydzieści metrów od Szmaragdowej Damy. - Bosmanie! – zakrzyknął Vicvane, spoglądając błagalnie na stojącego parę kroków dalej mężczyznę, lecz ten nie zwrócił uwagi na niego najmniejszej uwagi. – Uciekajmy! Nagły trzask drewna zaalarmował Vicvane’a. W reling tuż obok niego wbił się hak z liną, a podobne szybowały z wrogiego statku, lądując na pokładzie Szmaragdowej Damy. Rozpoczynał się abordaż. Załoga rzuciła się do odrąbywania lin, została jednak powstrzymana przez deszcz strzał posłanych z wrogiego pokładu. Vicvane cofnął się do przeciwległego relingu z obnażonym rapierem w dłoni. W jego oczach widniało już tylko przerażenie. Burty statków zderzyły się, a piraci zaczęli z dzikim rykiem wskakiwać na pokład brygantyny. Jeden wylądował na rufówce, parę metrów od Vicvane’a, który wzniósł rapier, gotowy by sparować

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Fach korsarza — czytnik · opowiadania