Psychologia · 22 min czytania
Fałszywe szczęście
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Sandra Muller - tak nazywała się kobieta winna zabójstwa całej swojej rodziny. Miała wtedy dwóch synów i męża. W młodości była szczęśliwą dziewczyną, poznała swojego męża Dericka na studiach i wzięli ślub. Jak łatwo się domyślić później nastąpiły narodziny pierwszego dziecka – Alana - i drugiego – Damiana. Wszystko było fantastycznie do tamtego dnia, kiedy jej mąż wrócił z pracy wściekły. Pracował on w biurze maklerskim jako makler giełdowy. Po jakimś czasie okazało się, że wsadził bardzo grube pieniądze w interes, który miał im przynieść górę złota, a okazał się wielkim dnem. Wszystko zaczęło się psuć. Powoli wierzyciele zaczęli domagać się o swoje pieniądze, a komornicy konfiskować dorobek ich życia. Zaczęło się od drobnych rzeczy. Biżuteria, później telewizory, radia, inny sprzęt domowy, kończąc na samochodzie i domu. Z dnia na dzień znaleźli się w dwupokojowym, zastępczym mieszkaniu z cieknącym kranem i rozwalającymi się meblami. Nie umieli się odnaleźć w nowym miejscu i społeczeństwie – przecież byli ludźmi na poziomie, którzy w ciągu miesiąca zamieszkali na slumsach. Rozboje, kradzieże, narkotyki i alkohol. Tutejsza codzienność. Z bogatej, uznawanej rodziny stali się biedakami mieszkającymi w najgorszej dzielnicy Cansas City w Missouri. Sandra trzymała się przez pierwsze parę tygodni chociaż nie było jej lekko. Derick zatrudnił się jako kelner w pobliskim barze, a chłopcy zaczęli chodzić do podrzędnej szkoły, która nie dorastała poprzedniej do pięt. Alan, który miał osiemnaście lat zaczął pić. Wracał do domu pijany prawie każdego dnia. Jedynym dobrze trzymającym się członkiem rodziny był szesnastoletni Damian, który niewiadomo dlaczego – mimo, że był najmłodszy – najlepiej to wszystko znosił. Najwidoczniej był najsilniejszy psychicznie, chociaż to nie on powinien podtrzymywać rodzinę na duchu i pocieszać. W końcowej fazie załamania rodziny to on był belką podpierającą ich strop. To on podczas wielkiej awantury – co było codziennością nie tylko tutaj, w ich domu, ale także za ścianą u różnych sąsiadów – doprowadził do zgody. Przynajmniej tymczasowo… - To twoja wina! Ty zainwestowałeś jakieś cholerne gówno, nie pytając nas o zdanie, nie pytając nikogo! Sam podjąłeś decyzję i to twoja wina, że jesteśmy na bruku!!! - wykrzykiwała Sandra. - Oczywiście! Wszystko co złe to moja wina! Wiem, zrobiłem błąd, ale musisz mi ciągle o tym przypominać?! Staram się przecież! - Tak, jasne. Właśnie widzę jak się starasz… Poza tym i tak nie wiem o co się teraz mamy starać?! Mieszkamy w ruderze, żyjemy jak psy i jemy jak psy! - Oczywiście to moja wina! – znów odzywa się Derick – Powinnaś iść do pracy, a nie ciągle siedzisz i udajesz załamaną. Trzeba żyć dalej, a nie wytykać błędy tylko moje błędy. Gdybyś tylko chciała podnieść tyłek i pójść do pracy… W tym momencie cierpliwość Sandry się skończyła. Uderzyła Dericka otwartą dłonią w twarz, a po chwili jego policzek zrobił się czerwony. Wtedy się naprawdę wściekł. Zrobił krok w kierunku Sandry biorąc zamach, ale wtedy Damian chcąc ochronić matkę stanął w jej obronie. Przyjął cios za matkę, a Derick stanął jak wryty patrząc na nich wielkimi oczami z przerażeniem. Nie wiedział co zrobić. Uderzył własne dziecko, a co gorsza chciał pobić żonę! Coś, co kiedyś dla niego było niegodną rozumienia patologią stało się codziennością. Nie pozostało mu nic innego jak wyjść. Obrócił się na pięcie i zrobił krok w kierunku obdrapanych, ledwo trzymających się drzwi. Trzymając ręką na zardzewiałej klamce nacisnął ją, lecz przed wyjściem chciał spojrzeć na żonę i Damiana, których szlochy teraz słyszał za plecami, ale nie miał odwagi. Wyszedł bez słowa. Nie pokazywał się wtedy przez cały miesiąc. Przysyłał tylko część zarobionych pieniędzy pocztą. Sandra przez tydzień nie miała siły go szukać. Była równocześnie wściekła jak i przestraszona. Siedziała tylko wpatrzona w okno nie robiąc nic. Można powiedzieć, że załamała się psychicznie do tego stopnia, że powiedziała przez ten tydzień zaledwie dwa zdania. Chłopcy dawali sobie radę, chociaż Alan nie wracał już do domu na noc, a dom był dla niego wyłącznie hotelem, gdzie mógł coś zjeść, odpocząć i się przespać od czasu do czasu. Chociaż Damian był na skraju swoich możliwości starał się nadal i pewnie gdyby wiedział co się zaraz stanie załamałby się tak jak reszta jego rodziny, albo poddał się alkoholowi, narkotykom czy innym nałogom. Miasto, które było dla niego wcześniej tak piękne stało się obrzydliwie, brudne i okrutne. Z resztą nie tylko dla niego. Żył w ciągłym strachu i upokorzeniu. To on zajmował się domem. Gdyby nie on umarliby z głodu, Alan wcale by nie wracał do domu, a jego matka dawno popełniłaby samobójstwo. Jednak w drugim tygodniu się polepszyło. Nie wiedział dlaczego, ale matka nagle zaczęła się do niego odzywać. Akwizytor, który odwiedził ją któregoś dnia dał jej na spróbowanie tabletki. Powiedział, że pomagają na wszelkie problemy, działają dobrze na depresję i uspokajają, a nawet momentami potrafią uszczęśliwić. Wzięła na próbę jedno opakowanie i zaczęła zażywać. W końcu to jej ostatnia szansa. Akwizytor przekonał ją, że lek jest naprawdę niedrogi, a jeżeli odniesie pozytywny skutek na jej samopoczuciu, gdyż jest eksperymentalny, dostanie ona za to pieniądze. Sandra zgodziła się bez wahania i po zażyciu kilku tabletek widoczna była poprawa. Czuła się po prostu szczęśliwa, tak bez powodu. Czasami siadała przy oknie i traciła kontakt z rzeczywistością, ale to drobna cena za koniec skrajnej depresji, jakiej się dorobiła. Z dnia na dzień było coraz lepiej. Po miesiącu mogła już nawet normalnie funkcjonować. Wtedy to znów pokazał się akwizytor i dał jej kolejne opakowanie leku wraz z dwoma tysiącami dolarów. - Jestem bardzo zadowolony z pani wyników – powiedział. - Och dziękuję. Ja też bardzo jestem zadowolona. Jak widać lek skutkuje i cieszę się, że pojawił się pan w najodpowiedniejszym momencie – powiedziała z uśmiechem. - Niezmiernie mi miło z tego powodu. Do widzenia. - Żegnam – odpowiedziała wręcz radośnie Sandra - Na razie skutkuje… - powiedział do siebie odchodząc akwizytor. Wszystko wróciło jakby do normy. Oprócz braku męża, domu, godnych warunków i ciągle zagłębiającym się alkoholizmem Alana wszystko było w porządku. Po miesiącu wrócił Derick z niezbyt pięknym kwiatem w ręku i skruszoną miną męczennika. Nie wiadomo co robił przez ten miesiąc, nie wiadomo gdzie był, co jadł. Sandra stanęła ja wryta przy otwartych drzwiach. - Przebacz mi, Sandro – odezwał się po dłuższej chwili Derick. Każda kobieta… Może prawie każda kobieta zachowała by się w inny, wręcz diametralnie inny sposób niż Sandra. Rzuciła ona się na szyję mężowi zadowolona i cała w skowronkach. Kochała tego mężczyznę i bez niego nie wyobrażała sobie dalszej egzystencji. Pewnie była pod działaniem leku, to nie był jej odruch, ale przez chwilę zaskoczony Derick nie wiedział o leku i poczuł się ogromnie szczęśliwy. Następne dwa miesiące były świetne, nie licząc warunków w jakich żyli. Już nawet Alan zaczął wracać w porę do domu i przestał prawie pić. Życie stało się dla Sandry prostsze z tabletkami, które przynosił akwizytor co miesiąc wręczając jej coraz większe sumy za zażywanie leku. Jej radość udzielała się mężowi i dzieciom. Raz udało się im nawet wyjść wieczorem do kina. Chociaż Sandra nie pamiętała kawałków filmu, ani połowy kolacji po kinie była wtedy przeszczęśliwa. Wszystko na swój sposób zaczęło się układać. Jednak wszystko byłoby dobrze gdyby nie transy w jakie wpadała Sandra, w których albo stawała w oknie i w nie patrzyła, albo zachowywała się wręcz irracjonalnie. Chociaż żyli coraz lepiej i dogadywała się z mężem nie powiedziała o tabletkach, które zażywa, a Derick nie zauważył, że dzieje się z nią coś niepokojącego. Transy Sandry stawały się coraz dłuższe, ale lek skutkował i po kilku następnych miesiącach jej świadomość znikała nawet na parę godzin. Najgorzej było wieczorami, bo rano, po śnie było wszystko dobrze. Raz nawet wyszła z domu i nie pamiętała gdzie się znajdowała. Kiedy odzyskała świadomość przeszczęśliwa poszła do łazienki i kiedy zobaczyła się w lustrze miała nową fryzurę. Jak do tej pory była szczupłą, rudowłosą kobietą o długich, falowanych włosach. Teraz jej fryzura skróciła się o trze czwarte i przeżyła chwilę szoku. Nie wiadomo czy to wynik zażywania tabletek czy tez nie, ale później stwierdziła, że nawet dobrze jej w tej fryzurze i wyszła z łazienki zadowolona. Później było już tylko gorzej. Wychodziła z domu na parę godzin, najczęściej kiedy nikogo nie było i rozmawiała z ludźmi, zaczepiała obcych, a raz nawet okradła sklep. Dowiedziała się tego z ust policjanta, kiedy to odzyskała świadomość na posterunku policji. Jednak nic nie ukradła i wypuszczono ją z grzywną wysokości pięciuset dolarów za niską szkodliwość czynu. Transy stawały się coraz dłuższe. W ostateczności wstawała i po godzinie wpadała w tras, po którym budziła się dopiero wieczorem. Nic wtedy nie pamiętała. Nie wiedziała co robiła, gdzie była, a wreszcie brak wiedzy o tym jak się zachowywała i co robiła wpłynął na jej życie. Zaczęła się bać. Bała się siebie. Postanowiła odrzucić tabletki i przestać je brać, ale kiedy tylko po czterech dniach bez leku jej stan się diametralnie pogorszył do stanu jeszcze skrajniejszej depresji postanowiła wrócić do tabletek. Zaczęła je znów brać i łykała ich coraz więcej. Dotychczas starczała jej jedna, dwie dziennie. Teraz taka dawka nie dawała najmniejszych rezultatów. W końcu cztery tabletki dawały jej życie w amoku. Musiała wreszcie zdać sobie sprawę, że jest uzależniona. Najgorsze było to, że kiedy wpadła w trans nie wiedziała co robi, później tego nie pamiętając. Właśnie dlatego pewnego wieczora wzięła do ręki broń, którą kupiła w poprzednim transie, podeszła do pijanego, śpiącego w tym momencie Alana i wycelowała w niego z broni. Przez chwilę stojąc tak patrzyła na syna tępym wzrokiem i nacisnęła na spust pięć razy. PIĘĆ RAZY kula przeszyła twarz młodego, nic niewinnego chłopca. Według późniejszego raportu koronera: „Twarz miał całą zmasakrowaną, jego oko wypłynęło z gałki ocznej, a nos roztrzaskany na ścianie. Identyfikacja niemożliwa, zmasakrowany w dziewięćdziesięciu procentach. Zidentyfikowany po ubraniu i późniejszych zeznaniach matki”. Sandra na chwile zyskała świadomość, przerażona wydała głuchy okrzyk i dalej pogrążyła się w amoku. Usiadła na krześle i bujając się niczym upośledzone, nieszczęśliwe dziecko czekała na przyjście reszty członków rodziny, tym razem z nożem w ręku. Momentami odzyskiwała świadomość, ale były to tylko sekundy. Czuła się jak opętana. Nie wiedziała co nią kieruje. Siedziała tak przez dwie godziny, kiedy to Damian wrócił z zakupów, na które go posłała dając mu resztkę pieniędzy. - Jestem, mamo – krzyknął. Nie…