Podróże · 9 min czytania
Fez
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Fez. Piękne miasto położone w północnym Maroku, w głębi lądu, gdzie słoneczny żar odczuwany jest chyba najbardziej. Fez liczy prawie milion mieszkańców co sprawia, że dawna stolica Maroka jest trzecim co do wielkości miastem. Zachwyca nas od samego początku swoimi historycznymi budowlami, które sprawiają, że czujemy się jak na planie filmu osadzonego w starożytności. Im dłużej wędrujemy po mieście tym bardziej nie możemy nadziwić się, że w tych niezwykłych budynkach toczy się prawdziwe, normalne życie... z trudem przychodzi nam zaakceptowanie, że w domu, który mógłby być rezydencją alladyna widzimy komputer, czy klimatyzację. Z ogromną ciekawością zagłębialiśmy się w tętniące życiem uliczki medyny w poszukiwaniu coraz to ciekawszych zabytków. Mijaliśmy stragany, na których można kupić słodycze, by za chwilę wejść w uliczkę przeznaczoną dla sprzedawców ryb i kurczaków. Możecie sobie tylko wyobrazić jaki fetor w tej piekielnej temperaturze wydają świeżo zabite zwierzęta w ogromnych ilościach leżące i czekające na kupujących. Wszędzie strasznie brudno i dla kogoś przyzwyczajonego do zakupów w czystym, schludnym sklepie osiedlowym niepojęte jest, że Marokańczycy przychodzą tu po żywność... o bieżącej wodzie, czy rękawiczkach u sprzedawców można pomarzyć nie wspominając już o zamrażarkach... odechciewa nam się wszystkiego i czym prędzej próbujemy wydostać się na inną ulicę. Cali spoceni, brudni od błota, w którym ciągle trzeba się taplać uciekamy czym prędzej... udaje nam się, choć nie jest to łatwe ze względu na wielki tłok jaki panuje w medynie. Teraz tylko musimy się trochę ogarnąć, przetrzeć buty umazane w krwi z martwych kurczaków i możemy buszować dalej. Wtedy nikt z nas nie był wstanie wyobrazić sobie, że wieczorem ciągle będziemy wspominać te chwile...a po powrocie do Polski wręcz tęsknić za takimi przygodami! Ruszyliśmy dalej krętymi uliczkami medyny, upał stawał się powoli nie do wytrzymania, więc postanowiliśmy naruszyć nasz skromny budżet i każdy kupił sobie butelkę lodowatej wody. Co tu dużo mówić, gdy zobaczyliśmy w sklepiku spożywczym lodówkę pełną schłodzonych napojów, nie potrafiliśmy sobie odmówić... Przechodziliśmy obok zabytkowych bram.. mijaliśmy meczety, z których dobiegały błagalne modły Marokańczyków.. raz nawet udało nam się popatrzeć na ich rytuał, gdyż drzwi od świątyni nie były do końca zamknięte, z czego skrzętnie skorzystaliśmy. Całe pomieszczenie było pełne mężczyzn w różnym wieku, wszyscy siedzieli na dywanikach i słuchali czegoś w rodzaju kazania. Niestety szybko musieliśmy zaprzestać naszych obserwacji. Co ciekawe nikt nas fizycznie nie odgonił, sami uciekliśmy...wszystko przez te ich spojrzenia...człowiek jakby czuł się wtedy winny i spuszcza wzrok uciekając jak najdalej... Idąc dalej starymi szlakami dotarliśmy do zabytkowej szkoły koranicznej. Za niewielką opłatą weszliśmy do środka i naszym oczom ukazał się prawdziwy cud architektury... wspaniałe rzeźbione w drewnie ściany.. a w środku malutkie cele, właściwie lochy, w których całe swoje życie przebywali uczniowie próbując zapamiętać świętą księgę- Koran. Szkoła robiła tak wielkie wrażenie, że nie mogliśmy z niej wyjść... w końcu po zrobieniu dziesiątek zdjęć znaleźliśmy się ponownie w samym centrum ciasnej medyny. Zabłądziliśmy. Spodziewaliśmy się tego od samego początku, jednak zmęczenie potwornym upałem, a także lekki strach przed zupełnie obcą nam kulturą sprawił, że lekko zaniepokoiliśmy się tym faktem...nerwowo próbowaliśmy wrócić na trasę wyznaczoną w przewodniku jednak ogrom medyny w Fezie sprawia, że jest to niezwykle trudne... i właśnie wtedy z pomocą przyszedł nam mały chłopiec, który od jakiegoś czasu w ciszy i spokoju podążał za nami... za kilka dirhamów wyprowadził nas dokładnie tam gdzie urwał nam się szlak, a sam od razu kupił sobie chrupki i dalej szedł za nami jakby licząc, że może jeszcze skapnie mu coś na lizaka... Szukaliśmy słynnych garbarni skór, o których tyle naczytaliśmy się w różnych przewodnikach. Nie było to łatwe, jednak pomógł nam sprzedawca kartek pocztowych, który wskazał drogę, jak się okazało krótszą niż w przewodniku. Pod niepozornie wyglądającą i niczym nie różniącą się od innych kamienicą zagaił do nas pewien starszy mężczyzna. Zaprosił nas na dach i zaczął…