Akcja · 4 min czytania
Filigranowy twardziel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Filigranowy twardziel Słońce stało w zenicie, ani jednej chmurki. Niebo aż granatowe, niczym zatokowy wiał stały wiatr o sile czwórki w skali Beauforta. Wprost wymarzona pogoda na windsurfing, ale ja byłem daleki od takiego pragnienia. Kolega przysposobiony przeze mnie i zarażony taką zabawą, miał jeszcze za mało doświadczenia, ale bluesa już czuł na walory surfingowego powiewu. Miał on wielkie napalenie na pływanie, toteż zawitał do mnie i niewiele wkładając wysiłku, skaperował mnie do wodnej zabawy w ekstremalnie pogodowych warunkach. Niczym dwóch szaleńców opuściliśmy na linie deski z balkonu czwartego piętra. Wrzuciliśmy je na dach Rovera z osprzętowaniem, i w drogę, by poszaleć z mroźnym wiatrem. Ubrany kompletnie od stóp do głów w neoprenową piankę fruwałem w ślizgach od cypla do cypla przeciwległych brzegów. Piotruś wyposażywszy ciało jedynie w kombinezon, na bosaka, bez kaptura, rękawic i znikomej techniki, walcząc z silnym wiatrem, ponawiał próby postawienia żagla. Brak umiejętności niweczył te próby i powodował tylko to, iż niebezpiecznie oddalał się coraz bardziej od brzegu. Ja okutany, nie odczuwałem przenikliwego chłodu, wręcz było mi nader gorąco. Postrzegając nieszczególną sytuację siedzącego po turecku na desce kolegi i jego próby usilnego dopagajowania dłońmi ku brzegowi, zmieniłem dotychczasowy kurs. Jednym halsem podpłynąłem do niego, zaproponowałem by schwycił się rufy mej deski to sholuję go do brzegu. Minę on miał nietęgą, a wszystkie jego nieosłonięte części ciała odznaczały się kolorem jesiennego wrzosu. Moją propozycję pominął wymownym milczeniem i mógłbym rzec, że twarz jego obrazowała wobec mnie nienawiść. Syty nie zrozumie głodnego, toteż by się nie