Psychologia · 35 min czytania
Finis
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
F I N I S
Grecja
"Według filozofii Heraklita z Efezu - wszystko płynie. Nasze istnienie związane jest z nieustającym przemijaniem, którego symbolem jest czas. Heraklit porównał życie człowieka do rzeki, która bezustannie płynie. Nasz świat także przemija - jest też gdzieś usadzony w nurcie tej rzeki i losy świata pędzą razem z losami człowieka. Dokąd pędzą? Odpowiedź jest prosta: ku zagładzie..."
-Nie! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! - mężczyzna siedzący za biurkiem w miękkim, skórzanym fotelu ożywił się nieco i zaczął nerwowo potrząsać grubym plikiem kartek - Pan po prostu nie powinien już pisać! Znowu jakaś mdła historia o totalnej zagładzie i zbliżającej się apokalipsie...... myśli pan, że ludzie chcą czytać takie rzeczy? - tu mężczyzna wyczekująco popatrzył na swojego rozmówcę. Jan stał po drugiej stronie biurka z opuszczonymi rękami i spuszczonym wzrokiem wbitym w jakiś leżący na biurku długopis. Wiedział już, że dalsza rozmowa z Wydawcą nie ma sensu i chciał jak najszybciej opuścić ten pokój. Ten jednak kontynuował: - No własnie - nie wie pan. Więc ja panu powiem: pańskie pierwsze powieści rozchodziły się jak świeże bułeczki, bo były ciekawe, świetnie ułożone i przyciągały wręcz ludzi. Cóż pana podkusiło, żeby pisać o końcu świata? Chce pan się ustawić w jednym rzędzie z głosicielami spiskowych teorii, wróżkami i jasnowidzami? Było w tym gabinecie już wielu takich ludzi, ale żaden z nich nie miał tak wspaniałych powieści na koncie i światłej przyszłości przed sobą. Proszę to przemyśleć. A co do TEGO - Wydawca pogardliwie rzucił rękopis na biurko - może pan to zabrać o ile jest to kolejna powieść o "końcu czasów". Nie dotrzymał pan obietnicy danej mi ostatnio, więc nie mamy o czym rozmawiać - Jan tylko czekał na taki obrót sprawy. Niezgrabnie wziął gruby plik papieru i obrócił się ku drzwiom. - Niech pan przemyśli to, co powiedziałem - zawsze może pan wrócić - powiedział mu jeszcze zza pleców Wydawca, ale Jan był już na zewnątrz. Była 9:00 rano. Jan opuścił budynek i znalazł się przy głównej ulicy w Atenach. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego co stanie się, gdy znów przyniesie opowieść o końcu czasów - już szóstą taką opowieść w jego dorobku. Wydawca się zniecierpliwił.... czemu tu się dziwić, skoro nikt nie chce tych powieści czytać? Jan doskonale wiedział, że stracił stałych czytelników i tylko garstka spiskowców i fanatyków kupuje jego książki (w niczym zresztą nie odbiegające w treści od im podobnych). Mimo to, od kiedy się nawrócił, poczuł w sobie ten dziwny niepokój. I dobrze zapamiętał dzień, kiedy ten niepokój kazał mu pisać..... UWAŻAJ! Silna dłoń gwałtownie szarpnęła Jana do tyłu. Wyrwany z toku rozmyślań nawet nie zdążył zauważyć sportowego Porsche, które omal nie zmiotło go z powierzchni ziemi. -... porządku? - usłyszał Jan -Słucham? -Pytam się, czy wszystko w porządku? -Tak, oczywiście - dziękuje. -odrzekł Jan. Miał już powoli dosyć witającego go dnia i nie marzył teraz o niczym innym jak znalezieniu się na swojej małej wysepce, toteż chwiejnym krokiem udał się na wschód, w stronę portu.
W wypożyczalni łódek poprosił o małą, jednoosobową łódeczkę z wiosłami i bez napędu mechanicznego. Szef przewoźników aż zagwizdał ze zdumienia jak zobaczył, że istnieją jeszcze ludzie, którzy chcą pływać na takich łajbach - i z pewnym uznaniem nawet pożyczył ją Janowi. Nie wiedział jednakże, jaka czeka ją przeprawa: Jan zamierzał wybrać się łódką aż na Rodos, gdzie tymczasowo mieszkał. Łódka była nieduża i z łatwościa mogła się przewrócić przy większej fali, jednak Jan wybrał ją bez wahania stojąc w wypożyczalni łódek - była idealna do odprawienia pokuty, jaką sobie nałożył. Samotnie odpychając się siłą wioseł, Jan niczym pieszy pielgrzym na lądzie, zmierzał w stronę swojej wyspy. Długi czas wiosłowania przyprawiał go o narastający ból mięśni, dlatego też Jan postanowił pomyśleć o czymś, aby nie skupiać się na bólu. Tego niezwykłego dnia jednak, jakimś dziwnym trafem wszystkie jego myśli kierowały się w stronę przeszłości i wydarzeń, które uczyniły go skrywającym się na wyspie pustelnikiem.
"Na początku było słowo" - ów biblijny cytat był ulubionym powiedzeniem Jana, kiedy był on u szczytu kariery pisarskiej. Nigdy nie przypuszczał jako ubogi chłopak z dzielnicy portowej, że przyszłość przyniesie mu uśmiech fortuny. Według jego słów u początków tego sukcesu leżało słowo - pisane oczywiście. A wszystko zaczeło się wtedy, gdy Jan przypadkowo poznał pewną starszą kobietę pochodzenia żydowskiego, która z przejęciem zwierzyła mu się o swym synu Natasie - wyrachowanym i cynicznym młodzieńcu, który niemal nałogowo kłamie, ale równocześnie potrafi być tak miły, że rodzona matka nie potrafi go solidnie ukarać. Ta nieledwie wzmianka zapoczątkowała kiełkowanie się u Jana pomysłu, który ostatecznie został przelany na papier. Rok później ukazał się owoc tych przemyśleń - wymyślona biografia Natasa, która przyniosła autorowi rozgłos. Jan nigdy będąc u szczytu nie wspomniał o owej kobiecie i faktycznej genezie powstania utworu. Kolejne publikacje - powieści epistolarne, szybko stały się bestsellerami i Jan zyskał tytuł Pisarza Roku. I tak może byłoby do dziś, gdyby tej pamiętnej nocy nie wpuścił do swojej willi człowieka, który ujawnił całą prawdę o jego sukcesie.....
Część 22 / 3
Sama myśl o tym wydarzeniu sprawiła, że Jan zupełnie opadł z sił. Wiosła, żeby nie były przywiązanie do zmaltretowanych ramion - juz dawno by odpłynęły. Jego postanowienie na dzień dzisiejszy było bardzo surowe - ale dopiero teraz przekonał się jak bardzo. Wyglądało na to, że Jan nie dopłynie na Rodos o samych wiosłach i zapał wewnętrzny zaczął się powoli wytracać. Na szczęście na horyzoncie widniała wyspa, która nie przypominała może Rodos, ale była dobra jako chwilowy przystanek w podróży. Zebrawszy się w sobie, Jan skoncentrował się na pracy wioseł i skierował się na wyspę.
Wyspa przypominała rozmiarami postrzępione koło: jak niewiele innych wysp uderzająco przypominała głowę meduzy, jednak to, co w niej odpychało to kamienisty krajobraz. Natura zdawała się zawistnie mścić na malutkiej wysepce, zazdroszcząc jej urody. A była to piękna wyspa i jej urok nie został zagłuszony nawet przez kruszący się teren: w dalszym ciągu można tu było dostrzec ogrody cyprysowe i oliwne, pełne uroku zagajniki i gęstwiny dzikich krzaków, które połączone były niebanalnym pięknem. Jan zachwycałby się może i dalej urokiem wyspy, gdyby nie urywany sygnał dobywający się spod leżącego nieopodal kamienia. Jan już dawno nie słyszał czegoś takiego, ale po chwili ze zdumieniem zorientował się co tak niemiłosiernie brzęczy - był to dzwonek telefonu. Sygnał również wydawał mu się dziwnie znajomy..... skąd on go znał? Nie myśląc dłużej Jan podszedł do kamienia spod którego dobywał się dźwięk i wyciągnął przysypaną piaskiem słuchawkę. Nie minęło parę chwil, gdy dotarło do Jana, że ta słuchawka powinna się znajdować setki kilometrów stąd...... w jego własnym domu! Dziwne przeczucie chciało coś powiedzieć Janowi, ale nie mogło znaleźć odpowiednich słów.
Kilka godzin wcześniej, na lotnisku Rodos kołował samolot. Pasażerowie spali, znużeni długim lotem i wysokościami - oprócz jednego, który siedział w przodzie samolotu. Mimo iż samolot wystartował w późnych godzinach nocnych, pasażer ten nie zmrużył jeszcze oka tylko uważnie, choć z ukrywanym rozbawieniem, czytał najnowsze notowania giełdowe oraz prasę codzienną. Na siedzeniu obok widniał pokazny stos różnego rodzaju innych gazet - od periodyków po prasę bulwarową, które ów pasażer już zdążył przeczytać. -Proszę zapiąć pasy panie...Beast -powiedziała stewardessa potrząsając zatopionym w lekturze pasażerem. Vladimir Beast ocknął się i gorączkowo zapiął pas. -Jeszcze dziś muszę pozostać żywym, jeszcze dziś.. -pomyślał. Samolot lądował. Po wyjściu z samolotu Vladimir skierował się w stronę postoju taksówek. Miejsce, do którego miał się dziś wybrać nie było znane wielu ludziom i całą nadzieję pokładał on w taksówkarzach. Wystarczyła chwila rozmowy z pierwszym napotkanym taksówkarzem, aby Beast się przekonał, że się nie zawiódł.
-Wie pan, my z drugiego końca wyspy to w zasadzie nigdy nie widzieliśmy innego świata poza naszymi domami. Niby żyjemy na wyspie odwiedzanej przez turystów, ale w rzeczywistości tu jest tak jak wszędzie - taksówkarz, który już na dobre się rozgadał podczas jazdy, wyciągnął papierosa -Bogaci nekają biednych i jakoś musimy wiązać ten swój koniec z końcem. Rozumie pan - ja tam do pana nic nie mam, ale czasem wśród bogatych znajdą się tacy, że im rozumy miesza. O, weźmy na przykład tego..... no tego do którego pan jedziesz. Kiedyś podobno był sławnym pisarzem a dziś? Łachmyta i biedak - i to nie przez bankructwo, ale podobno z własnej woli! Rozumiesz pan? My harujemy jak woły przez całe życie, żeby się stąd wydostać i na to nie widzimy nawet szans, a ten mając bogactwa, możliwości odrzuca to i przyjeżdża....tu! Pomieszało mu we łbie z nadmiaru pieniędzy. Ludzie się z niego śmieją - jedynie jakieś stare baby widzą w nim świętego czy proroka i przynoszą mu jedzenie itd (bo on podobno nic nie ma). Ja tam cały czas mówię, że to bogaty dureń, któremu zachciało się być pustelnikiem - mam nadzieję, że pan mu wybijesz z głowy takie zgrywanie proroka. Beast uśmiechał się skrycie i w duchu przytaknął taksówkarzowi. Wybije mu to z głowy.
Jan wciąż nie mógł poukładać myśli. Osoba, która do niego dzwoniła miała dziwny, brzmiący bardzo znajomo głos. Nie spostrzegł on nawet chwili, kiedy pojawiło się to stare, znajome uczucie, którego doznał bardzo dawno temu, kiedy nawrócił się i przestał być ateistą. Uczucie, które paliło od wewnątrz i napawało straszliwym, wręcz zwierzęcym strachem. Musiał on dawniej przebyć długą spowiedź i odprawić solidną pokutę aby to uczucie wygasło, ale teraz przeczuwał, że i nawet to nie pomoże. Tym razem to uczucie nie atakowało z wewnątrz, tylko z zewnątrz..... ze słuchawki telefonu! Nagle Jan zorientował się kto dzwoni i omal nie upuścił słuchawki, gdy usłyszał: -Domyśliłeś się już? Świetnie, przynajmniej nie będę musiał się przedstawiać - bo znów musiałbym skłamać, hehehe. Widzisz, nie wiem dlaczego ale chodzi mi teraz po głowie ten pamiętny wieczór...... willa z basenem, dwa garaże (jeden był dla samochodu a drugi dla "niepotrzebnych gratów" o ile pamiętam) i oczywiście ty, wyłożony na wygodnej kanapie, w satynowym szlafroku. O ile pamiętam czytałeś notowania giełdowe - ech, jakąż ja mam pamięć do szczegółów! I wtedy przybyłem - pamiętasz ten moment? Musiałem cię chyba mocno przestraszyć, skoro dziś jesteś tu, no cóż - taki już jestem. Heh, tym zabawniejsze mi się wydaje to, że dziś tu jesteś tym bardziej, że niewiele ci to dało: nadal jesteś egoistycznym gburem, który zdecydował się żyć obok ludzi dla świętego spokoju. Nic ci to nie dało, że wtedy pokazałem ci nadchodzący Koniec - zresztą, i tak niewiele by to zmieniło gdybym ci go nie pokazał. Opuściłeś swoje majątki, udałes się na tułaczkę do najbardziej ohydnego zakątka jednej z najpiękniejszych wysp śródziemnomorskich - a czy przekazałeś choć małą część swoich pieniędzy biedakom, którzy jej potrzebują? Widzisz ich na codzień, patrzysz jak zdychają w swoich zapyziałych norach i nie robisz nic - czujesz się WAŻNY, czujesz się kimś, PUSTELNIKIEM od siedmiu boleści! Gnijesz, bo tak ci się zachciało - ale nie spaliłeś nigdy za sobą mostów, bogata willa czeka aż jej własciciel skończy swoją wielką maskaradę i powróci na łono bogactwa. Gardzę tobą, ty szczurze, jesteś nikim, rozumiesz? NIKIM! Żałuję czasem, bardzo żałuję, nie tyle tego, że pokazałem ci rzeczy, jakich nie widział nikt inny, ale że to własnie takie NIC jak ty napisało moją biografię. Zostań już lepiej tam, gdzie teraz jesteś i nie wracaj na Rodos bo tutejsi ludzie nienawidzą cię. Dotychczas żywili niechęć, ale teraz nienawidzą i nie będziesz juz "świętym" czy "prorokiem" - maski opadły! Zobaczą ciebie, jakim jesteś naprawdę tak jak teraz poznali. Nie wracaj już tutaj, nie masz po co. Zdechnij tam, gdzie stoisz i.... do zobaczenia w innym, lepszym świecie (bynajmniej z mojego punktu widzenia, hehehehe). Tu rozmowa się urwała i słuchawka telefonu jakby na ten znak bezwładnie wysunęła się z bladej dłoni Jana, aby chwile potem z hukiem rozbić się na kamieniach. Był to ostatni odgłos, który nieodwracalnie zakończył rozmowę. Jan stał przez chwilę nieruchomo - jedynie ręka uniesiona do głowy, w której jeszcze przed chwila była słuchawka, stopniowo obniżała się i pociągneła za sobą resztę ciała. Na krótko przed utratą przytomności Jan nagle zrozumiał wszystko to, co wydarzyło się wtedy i dziś, zrozumiał co za uczucie towarzyszyło mu cały ten czas i dlaczego akurat on spotkał tę starą kobiecinę tyleż to lat temu. Umysł otworzył mu się na ułamek sekundy i Jan pojął wszystko. A potem zapadła ciemność.
USA, Waszyngton
Część 33 / 3
W gabinecie prezydenta od rana panował niepomierny ruch. Tego dnia w całym Kapitolu ogłoszono niby jakiś stan alarmowy, ale jakoś nikt nie zapowiadał katastrofy. Pracownicy Białego Domu dziwili sie niezmiernie, gdy widzieli spieszących w gorączkowej ucieczce kongresmenów i senatorów. Nade wszystko zdziwienie wzbudził sam prezydent: jego kamienna w każdej sytuacji twarz była dziś wykrzywiona nieznanym dotąd na tej twarzy grymasem strachu. Wszystko to było o tyle dziwne, że nie zapowiadało się, że na siedzibę rządu spaść ma jakaś bomba, choćby i nuklearna. Sami rządzący mówili uspokajająco, że to tylko ćwiczenia w razie nagłej ewakuacji. -Ćwiczenia, trwające juz pół dnia? - mruknęła pod nosem Miranda, sekretarka prezydenta, ale po chwili wróciła do lektury swojego ulubionego czasopisma. Nie wiedziała ona jednak, że w tym samym momencie najważniejsi ludzie całego świata odbywali te same "ćwiczenia" bez względu na porę dnia, narodowość czy klimat. Z tym samym gorączkowym pośpiechem i strachem wymalowanym na twarzy uciekali, zostawiając za sobą cały dobytek. Uciekali przed ogromnym niebezpieczeństwem ale też przed światem, który mógłby ich osądzić za to, że nie powiedzieli o niebezpieczeństwie wtedy, kiedy sami się o nim dowiedzieli. Również naukowcy, od których ta informacja wyszła, uciekali do ustronnych miejsc, aby nie widzieć paniki i rzezi, jaka niewątpliwie będzie miała miejsce za kilka godzin - kiedy ogłoszony zostanie na całym świecie stan wyjątkowy.
W obserwatorium NASA panował dziś niemożliwy ruch. O ile w zwykłe dni pracownicy tkwią na stanowiskach wykonując swoją pracę, dzisiaj siedziba tej instytucji przypominała raczej szpital dla obłąkanych niż miejsce pracy. Jedni niszczyli drogie sprzęty zgromadzone wokół wykrzykując: "Wszystko na nic!", inni ich powstrzymywali a jeszcze inni nie odzywali się w ogóle - albo płakali, albo wyglądali na nieobecnych. A wszystko zaczęło się tak niewinnie........ dwa tygodnie wcześniej dostrzeżono zbliżający się w kierunku ziemi deszcz meteorytów, który był o tyle groźny, że nie wszystkie meteory spaliłyby się w atmosferze a gdzie konkretnie miałyby uderzyć - było wiele wersji co do tego. Zagrożenie nie było ujawniane światu z obawy przed nieuniknioną w tym momencie paniką oraz trudną do ocenienia skalą niebezpieczeństwa. Dopiero, gdy dostrzeżono niepokojące anomalie w okolicach atmosfery ziemskiej i przeprowadzono w tym kierunku szczegółowe badania, prawda odsłoniła się w całej swej brutalności: w przeciągu tygodnia, z nieustalonych przyczyn zaniknie atmosfera ziemi, a co się z tym wiąże - tlen wyparuje w przestrzeń i zmniejszy się grawitacja (o anomaliach temperatury nie wspominając). Kolejne dni, miały być świadkami tak makabrycznych wydarzeń, jakich dotąd nie widział świat.
Grecja
Jan leżał na ostrych kamieniach, które wbijały mu się w ciało, lecz nie czuł ich. Leżąc bezwładnie na kamienistej ziemi miał sen, wizję, która stanowiła klucz do zrozumienia tajemnicy jego życia. Wizja była bardzo realistyczna i w rzeczywistości wydawała mu się bardziej namacalna niż cokolwiek innego, czego doznał chodząc po ziemi. Najpierw z gęstego mroku wystrzelił punkt światła, który powiększał się i powiększał aż nastał oślepiający blask. Blask jednak nie oślepił Jana, bowiem nie patrzył on oczami na to, na co własnie patrzył. Widok, jaki ukazał mu się był zdumiewający: był świadkiem jakiegoś wczesnochrześcijańskiego rytuału, który chwilami przypominał liturgię prawosławną. Po chwili już wiedział, co to za rytuał: poznawał po liczbach, kolejności i osobach co własnie następuje. Wtem pojawiła się świetlista postać, trzymająca księgę, której słowa tak do głębi poruszyły Jana, że on zapłakał. Jakiś starzec stojący nieopodal spróbował go pocieszyć, ale oto pojawił się człowiek, który miał otworzyc księgę. Od tej chwili Jan zaczął jak gdyby coraz lepiej rozumieć to, co się dokonuje: pośród licznych wołań "Przyjdź! Przyjdź!" widział całą historię świata, pędzacą coraz szybciej i szybciej, i coraz szybciej i on zaczynał rozumieć co tak naprawdę się dzieje. Napedzany przez niewidoczną siłę ciąg wydarzeń nagle urwał się i ostatni obraz, jaki zobaczył Jan przyniósł tyleż ulgi, co cierpienia. Na ostatnim zdjęciu widniały jego własne zwłoki nabite na duży, złoty krzyż, na którym skrzyżowane były dwa klucze. Był to znak, który Jan odczytał bezbłędnie i teraz pilnie potrzebował skontaktować się ze światem zewnętrznym.
Włochy, Rzym
W kaplicy papieskiej panował pozorny spokój. Cisza obejmująca ciepło wnętrze wielu papieskich pomieszczeń dziś, w kaplicy wydawała się być ponura i złowieszcza. Papież od dłuższego czasu próbował skupić się na modlitwie, lecz przychodziło mu to z niemałym wysiłkiem. Wszystkie jego myśli