Horror · 6 min czytania
Fioletowy motyl PROLOG
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
PROLOG
To była szara, paskudna niedziela. Deszcz siąpił od wczesnego ranka. Tadeusz Krysiak, emerytowany taksówkarz, obudził się o czwartej. Od kiedy przeszedł w stan spoczynku, kładł się spać wcześnie, a wstawał kiedy za oknami było jeszcze ciemno. Gdy pracował, jeździł po Bydgoszczy i okolicach w najróżniejszych godzinach, więc gdy przeszedł na emeryturę, postanowił unormować do maksimum swój tryb życia. Zaparzył dwie kawy i usmażył dwie porcje jajecznicy. Nakrył do stołu. Odsunął dwa krzesła i usiadł na jednym z nich. Przeżegnał się. - Smacznego, kochana. - rzekł do pustego miejsca i zaczął jeść. Mimo, iż minęły już trzy miesiące od kiedy jego żona Barbara odeszła, nie mógł tak łatwo porzucić wspólnych, porannych rytuałów. Chorowała na raka trzustki. Cichy zabójca. Tadeusz nie miał żalu do losu. Spędzili razem niemal pięćdziesiąt cudownych lat i wychowali trzy córki. Nie każdy ma tyle szczęścia. Zjadł swoją porcję, a drugi talerz postawił na podłodze. Gruby, rudy kot o imieniu Fuks natychmiast zabrał się do pałaszowania. Nieruszoną kawę wylał do toalety. Nałożył białą koszulę, czarny garnitur, czarny krawat i czarne półbuty. Schował do kieszeni różaniec, kluczyki do auta i wyszedł Tadeusz prowadził swojego chevroleta, a w radio Grechuta śpiewał, że chciałby ocalić serce ukochanej od zapomnienia. Spojrzał na zegarek - szósta trzydzieści. Zostało jeszcze pół godziny do rozpoczęcia porannej mszy. Ruch na moście Fordońskim był niewielki. Cały czas mżyło, a delikatna mgła unosiła się nad drogą. Nagle w połowie mostu, po prawej stronie zauważył nieruchomą postać. Zrobiło mu się gorąco i poczuł natychmiast silny niepokój. Zatrzymał auto i włączył światła awaryjne. Sprawdził w lusterku bocznym czy nic za nim nie jedzie i wysiadł czując ukłucia drobnych igiełek deszczu na twarzy. Wszedł na chodnik i niepewnym krokiem wrócił kilkanaście metrów do miejsca gdzie ujrzał, jak wydawało mu się, zjawę. Gdy był już wystarczająco blisko, stanął jak wryty. - Jezu Chryste... - szepnął przerażony. To nie była zjawa tylko kobieta. Ubrana w szary płaszcz i czarne spodnie. Miała przemoknięte kasztanowe włosy i ciuchy więc musiała tu być od dłuższego czasu. Stała za żółtą barierką, na wąskim gzymsie. Jedną ręką trzymała się metalowej balustrady, drugą przyciskała do piersi różowe zawiniątko. Nie zwróciła uwagi na mężczyznę. Jej nieobecny wzrok był utkwiony w Wiśle. Tadeusz usłyszał płacz. Płacz niemowlęcia. Zrozumiał co jest ukryte w kocyku, który trzymała kobieta. Były taksówkarz miał w głowie gonitwę myśli. Co ma teraz zrobić? Wycofać się do auta po telefon i zadzwonić po służby ratunkowe? A jeśli do przyjazdu ekipy kobieta skoczy? Podbiec i spróbować siłą wciągnąć ją na chodnik? Na…