Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 21 min czytania

Fiolka Mistrza (Rozdział 3.)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gdy nastał świt, He`rac zbudził śpiącego towarzysza. Następnie zjedli skromne śniadanie, wysuszyli ubranie po nocnej ulewie i przestudiowali mapę. -Jesteśmy tutaj - wskazał palcem na mapie elf - A tutaj rozpościera się na całą szerokość kontynentu, pasmo gór Kardowskich, będziemy musieli przejechać przez Kanion Śmierci - widząc zdziwioną minę swojego podopiecznego, dodał - nie bój się, nazwali go tak, ponieważ tam odegrała się jedna z największych bitew w dziejach Tirsha`y. Orki, trolle, kamienne golemy zakazały zbliżać się do tych gór, tylko dlatego, że chcieli je mieć na własność, zagrozili, że jeśli ktokolwiek się do nich zbliży - zabiją go. Lecz, to jedyny szlak prowadzący z południa na północ naszego kontynentu, więc ludzie elfy oraz o dziwo krasnoludowie, którzy rzadko wychodzą ze swoich podziemi, zjednoczyli się mając wspólny cel i wypowiedzieli im wojnę. Tamci przyjęli ją z chęcią. -westchnął - Byli zbyt pewni siebie. A wszystko odbyło się właśnie tutaj w Kanionie Śmierci. Wygrała nasza strona, lecz poniosła poważne straty... Teraz zobaczyć, któregoś z rasy przegranych w tych stronach to prawdziwe szczęście... no i pech zarazem - zaśmiał się - bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że ten rozerwie cię na strzępy, jeśli w porę nie zdążysz przed nim umknąć. No ale przynajmniej mamy szlak, którym mogą podążać podróżnicy, kupcy i inni. - dodał bardziej do siebie niż do chłopaka. -Czyli przechodząc przez te góry możemy... zginąć? - zapytał drżącym głosem młody podróżnik -Nie słuchałeś mnie? Mówiłem, że teraz te "potwory" są prawie nie spotykane. Zresztą po wojnie zostało tam kilku naszych strażników, którzy pilnują tej drogi. Mają jeszcze za zadanie wybijać członków tamtej rasy, jeśli takowych zauważą. Dobra, starczy tych historycznych nauk, pakuj się ruszamy w drogę. Dziś wieczorem powinniśmy dotrzeć do podnóża tych gór, tam przenocujemy a, następnego dnia będziemy próbować je przebrnąć. -Pamiętasz, obiecałeś mi nauczyć mnie magii - zmienił temat He`rac -Tak to przy następnym przystanku, myślę że około południa zatrzymamy się by odpocząć i wtedy zacznę ci wpajać trochę mojej wiedzy, na temat magii do twojej młodej i nie doświadczonej główki - odpowiedział ironicznie Zekan. Chłopak nie odpowiedział. - Ruszamy - dodał spokojnie. Pogalopowali przed siebie, z czasem słońce było juz wysoko na niebie, ogrzewając ich przyjemnym ciepłem. W około było coraz więcej drzew, tu i tam kicały czasem zające, biegały sarny. Nad ich głowami latały beztrosko ptaki, wyśpiewując swoje zachwycające melodie. Chmury odeszły daleko na południe. -Patrz, koń! - wykrzyknął He`rac -Taak, spróbujemy go złapać, szybciej dotrzemy do celu mając dwa wierzchowce. -Ale... jak ty chcesz złapać dzikiego konia? I jeszcze go ujeździć w tak krótkim czasie? Mówiłeś, że mamy dotrzeć do podnóża góry przed zapadnięciem zmroku. -Oj chłopcze, ty jeszcze mnie nie znasz. - elf uśmiechnął się i wyciągnął z kieszeni jedną ręką (drugą trzymał lejce) mały wystrugany z drewna flet. -Teraz wystarczy zbliżyć się do niego i będzie nasz! - Popędzili w stronę czarnego rumaka. -Trzymaj lejce - mówiąc to rzucił je towarzyszowi. -Ale ja!... Ja nie umiem jeździć konno! -Trudno nauczysz się! - zaśmiał się łucznik i zeskoczył z konia. Wylądował zwinnie na ziemi. Przyłożył flet do ust, z którego zaczęło wydobywać się piękne brzmienie. Zwierz zauroczony tym tonem, stanął i czekał na swojego pana. -Teraz ja będę jechał na tym rumaku, a ty na tamtym. - powiedział to podchodząc do swojej zdobyczy. -P-p-pomóż! - krzyczał chłopak, który nie mógł opanować wierzchowca. - Nie potrafię się zatrzyyyyymać! -Ach zapomniałem o nim - mruknął do siebie Zekan - Wystarczy tylko pociągnąć do tyłu za lejce i powiedzieć "PRRR" Moment później opanowali sytuację. -Nigdy, nigdy więcej - dyszał chłopak - nigdy więcej nie rób czegoś podobnego! -Widzisz... Chciałeś się nauczyć władać czarami, a tu proszę, trzeba zacząć od czegoś bardziej przydatnego w życiu. Magia poczeka. -N-nie...- prosił chłopak - błagam, naucz mnie! -Teraz mi pokażesz jak władasz mieczem, jak widzisz mamy przerwę. Muszę się dowiedzieć, jakie posiadasz umiejętności, żeby przejść do rzeczy trudniejszych, musimy zacząć od podstaw. O widzisz tamten kij? Idź po niego. Ja sobie wezmę tamten - wskazał na leżący w pewnej odległości od niego średniej długości badyl. -Gotowy? -T-tak? - odpowiedział niepewnym głosem He`zac -Zaczynamy, spróbuj mnie pokonać. Chłopak zamachnął się próbując trafić elfa w bok, ten odskoczył, zamachnął się i trafił kijem, swojego przeciwnika w tył nogi. Skutek był dobry chłopak padł na kolana, zanim zdążył wstać miał wycelowany badyl w głowę. -Szybko i łatwo, zginąłbyś, gdybyś walczył z prawdziwym wojownikiem. Nie martw się nauczysz się z czasem, zanim dotrzesz do domu, będziesz juz wyszkolony perfekcyjnie. - oznajmił łowca przygód - A teraz, wstawaj, już zmęczony? Wstawaj, wstawaj ćwiczymy dalej. Godzinę później, zakończyli trening. Młody podróżnik opatrywał swoje rany, a gdy próbował wstać, wszystko go bolało. Kiedy spojrzał na swoje ręce, całe miał posiniaczone, jak i resztę ciała. Zaś elf załapał tylko dwa lub trzy lekkie uderzenia. -Nie musiałeś tak mocno... -Myślisz, że prawdziwy nieprzyjaciel, będzie zadawać lekkie i powolne uderzenia? -No nie... Ale ja dopiero zaczynam! -Wiem, teraz codziennie będziemy tak trenować - Łucznik wyszczerzył zęby, a chłopak jęknął. - No nie przeżywaj, kiedy cię juz podszkolimy, zabierzemy się do magii. -Przynajmniej jedna dobra wiadomość. -Dobrze, jeszcze kilka minut i jedziemy. -Co?! Ja muszę odpocząć. -Ha! Widzisz, jakbyś się bardziej starał to byś teraz mniej cierpiał. -Jutro się postaram... - obiecał młody. Minęło południe, elf zlitował się nad swoim podopiecznym. Postanowił zatrzymać się w tym miejscu i rozbić obóz. Odpoczywali, wygrzewając się w letnim słońcu. Z południa wiał lekki wiatr, który szeleścił liśćmi drzew, zarazem niosąc ukojenie w ten upalny dzień.

***

-Sssłuchajcie - Zasyczał czyiś głos - przybyłem tutaj by wam pomóc. - Gdzieniegdzie rozległy się pomruki i szepty. -Wiem jakie macie tu warunki do życia, że ledwo wiążecie koniec z końcem, dlatego ja possstaram się wam pomóc... - szepty były coraz głośniejsze, przeradzały się w krzyki, na co mówca podniósł obie dłonie w górę, na znak, by wszyscy się uciszyli i kontynuował - Kto nie chce sssłuchać może ssspokojnie odejść, jednak kto jest zainteresssowany lepszym ssstandartem życia i bogactwami, niech zossstanie i wysssłucha tego, co mam do powiedzenia.- Zrobił krótką pauzę i rozejrzał się w koło, widząc, że wszyscy pozostali na swoich miejscach, postanowił mówić dalej. - Tak więc, któż nie pamięta tej wojny, wojny w której przegraliście? Na pewno myślicie czasssami o zemście. Chcielibyście dać nauczkę tym, którzy zmusili wasss do tego, żebyście żyli teraz tu! W nędzy i ubussstwie! A oni, oni mają wasss za nic! Za wymierające rasssy! I mają sssatysssfakcje z tego, że z wami wygrali. Myślą, że już nikt im nie zagrozi. Mają wasss za podrasssy, będące stworzone w wyniku błędu bogów! Równie dobrze moglibyście nie issstnieć, nie odczuliby żadnej różnicy. - Mówca przerwał, czekając by gwar ucichł. - Ale tak się ssskłada, że wy issstniejecie, a ja znam wasz problem i pomogę wam go rozwiązać. -Czemy mamy czy ufacz? - rozległ się gruby głos dochodzący gdzieś z głębi tłumu. -Przeczesz jesztesz człowiekiem! - krzyknął inny, równie gruby i jeszcze bardziej doniosły głos. -Pytacie czemu macie mi ufać? - Zapytał odpowiadając i ściszając głos dla lepszego efektu. - Ponieważ zaufanie to podssstawa. Macie wybór, możecie iść ze mną, wtedy ja pomogę wam odzyssskać władzę w górach, a nassstępnie podbijemy wspólnie cały kontynent Tirsha! Lub zostać tu i zginąć... A co do drugiego pytania... To ja nie jestem człowiekiem. -Jak to nie jesztesz człowiekiem, przeczesz wyglądasz jak człowiek! -Ale, to nie znaczy, że nim jestem... -Udowodnyj! - Krzyczał tłum. -Proszę bardzo - Wyciągnął z pod płaszcza mały, stalowy sztylet. - Czy jeśli byłbym człowiekiem zrobiłbym tak? - Przyłożył go do lewej dłoni i szybkim ruchem, odciął ją, jękając przy tym. Trysnęła zielona krew. Martwa kończyna opadła bezwładnie na kamienny podest. Po chwili martwy kikut, zaczął nabierać swojego poprzedniego kształtu i juz po minucie dłoń była jak nowa. Rozległy się głosy zdumienia. -Jam jessst Morthisss - Dusza Białego Umysssłu. - Zapadła cisza. Słychać było tylko ciężkie oddechy trzech, od pół wieku, żyjących ze sobą ras - orków, trolli i kamiennych golemów. -W jaki szposób chczesz nam pomócz? I co chczesz w rzamian, bo jak sządzę nie pomagasz nam beszcelowo, muszisz miecz w tym jakisz interesz. - Przerwał ciszę jeden z trolli. -Taak. Chcę tylko byście przekazali mi kilka interessujących mnie zwojów z waszej - odchrząknął - "biblioteki". W zamian, ja udoskonalę wasss, oraz ujawnię plan, w jakiej kolejności podbijać pojedyńcze miasssta, by wasze wojsko rosssło w siłę i przyciągało najemników, mogących wasss wesssprzeć w walkach mających na celu podbicie tego kontynentu. Nauczycie się ode mnie również, cennej sztuki dyplomacji, która to pomoże wam, niekiedy, bez poniesienia żadnych ofiar, przejęcie poszczególnych miassst, pańssstw. Zgadzacie się na te warunki? - Blisko pół tysiąca słuchaczy, ryknęło na raz z aprobatą. -Dobrze, macie tutaj jakiegoś przywódce, kogoś kto mógłby wasss reprezentować? -Ja - Spośród zgromadzenia, wystąpił bardzo dobrze zbudowany troll, który mógłby jednym uściskiem dłoni zgnieść ludzką głowę na miazgę. Na szyi miał srebrny, błyszczący się łańcuch, który był znakiem, że to bardzo ważna i poważana w społeczeństwie osobistość. W ręce trzymał drewnianą maczugę. - Nazywam się Trhas Anatroutidartus, jestem przywódcą tych wszystkich ras, które tu widzisz. Co śmierć wodza wybierają nowego, najbardziej wykształconego i najsilniejszego. Tym razem padło na mnie. Panie - skłonił się lekko - Jesteśmy gotowi służyć ci, lecz teraz bądź łaskaw i chodź za mną. Omówimy dokładniej twe plany. Pozwolisz, że pójdzie z nami jeszcze jeden z przedstawicieli rasy orków i kamiennych golemów? -Aha - Przytaknął Morthis. Ruszyli w głąb jaskini znajdującej się niedaleko. Tłum rozstępował się, w ich oczach widać było nadzieję na poprawę życia.

*** -Wstawaj, wstawaj! - chłopak potrząsał swoim towarzyszem. -Co, co jest? - Ten zerwał się na równe nogi,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Fiolka Mistrza (Rozdział 3.) — czytnik · opowiadania