Fantasy · 19 min czytania
Fiord
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Na stronie wystąpił jakiś błąd z formatowaniem tekstu, więc opowiadanie nie wygląda tak, jak powinno wyglądać, więc proszę pominąć ten fakt w komentarzach, gdyż jestem świadom tego. Miłej lektury życzy autor i uprzejmie prosi o konstruktywną krytykę.
Ragnvald przeklął cicho Thora za zesłanie tak paskudnej pogody akurat nad jego głowę, ale natychmiast przeprosił go w myślach, pragnąc odsunąć od siebie gniew bóstwa. Rzeczywiście, wzburzone wody północnego morza nie były odpowiednie do spuszczania na jej powierzchnię, a tym bardziej na popłynięcie nią gdziekolwiek, niewielkiej rybackiej łodzi, w której aktualnie siedział. Przez cały czas, odkąd rozpoczął tę przeklętą wyprawę, walczył z wiosłami grzęznącymi w brzuchach fal i kawałach lodu, które niosła woda. Przez cały czas szczękał z zimna zębami starając się nie dopuścić do zamoknięcia owiniętego w focze skóry wyposażenia. Przez cały też czas starał się nie dopuścić do siebie myśli, że to, o czym opowiedział mu starzec w wiosce to zwykła bajęda dla łatwowiernych dzieci. Ale któż nie spróbowałby zdobyć przedmiotu, który przynosił dobrobyt dla tego, kto go posiadał? Młody Skandynaw nie chciał wyjść na takiego, co uwierzy w byle brednię. Nigdy nie był wybitnym wojownikiem, ale póki jarl organizował wyprawy na Szmaragdową Wyspę, póty wychodził na swoje, a łupów starczyło na więcej niż tylko połatanie kolczugi i zaostrzenie miecza. Niestety w ostatnim roku jarl chyba zwariował bredząc o jakimś Chrestem i pokoju między chrestianami. Zasiał zamęt pomiędzy wojownikami, którzy prawie w tym samym czasie podzielili się na dwa obozy: zwolenników jarla i przeciwników jego nowego porządku, co doprowadziło do wygubienia prawie całej drużyny jarla, i doprowadziło do zakończenia okresu dobrobytu w jego wiosce. Ragnvald skrzywił się na wspomnienie symbolu, jakim chwalił się jarl, gdy budował dziwną świątynię na samym środku placu targowego, bo któżby wierzył, że dwa skrzyżowane kawałki drewna miały podobną moc co noszony przez większość wojowników symbol Mjolnira. Gdy słońce zaczęło przebijać zza ciemnych chmur, a śnieg przestał ograniczać widoczność, Ragnvald w końcu dostrzegł coś, co powoli zaczęło utwierdzać go w przekonaniu, że tamten bredzący starzec jednak nie był zalany w trupa. Widział bowiem przed sobą, przewijający się w opowieści starca, szary masyw skalny, wyższy niż to, do czego się przyzwyczaił pływając pod rozkazami jarla. Klify były stare, poszarpane przez niszczycielski wiatr oraz fale omywające jego podnóże, a jego szczyty i niższe skały oddzielone żywiołami od ściany pokryte były grubą śniegową czapą. Ragnvald ustawił swoją łódź tak, by ta płynęła wzdłuż klifu, a sam zaczął wypatrywać miejsca, które starzec opisał w swej opowieści dość dokładnie. Znalazł je dokładnie w chwili, gdy zachodzące słońce ponownie zasłoniły czarne chmury. Było to wejście do niezbyt szerokiego fiordu, zewsząd otoczonego przez opadające pionowo w dół skały. Ragnvald, zręcznie lawirując pomiędzy wystającymi tu i ówdzie skalnymi kolcami, wpłynął na wody zatoki. Dopiero teraz, z całą pewnością mógł stwierdzić, że starzec mówił prawdę. Gardziel, w jakiej się znalazł, była jakby żywcem wyjęta z opowieści dziadygi. Wspominał on co prawda o ścianach skalnych, które gładko przechodziły w klify z lodu, ale mimo wszystko młody wojownik był pod wrażeniem. Gładki lód pokrywający skały był błękitny i czysty tak, że niemalże można było się w nim przejrzeć. Ponadto znakomicie odbijał czerwieniejące promienie zachodzącego słońca barwiąc wszystko, od grzbietów fal po zwykłe wiosło, na ciepły kolor piwa czy też miodu. Ragnvald płynął, jak urzeczony obejmując wzrokiem wszystkie dziwy, i nie zauważył, że woda zaczęła zamarzać. Usłyszał jedynie głuchy odgłos zderzenia drewna z lodem. Brutalnie oderwany od cudów przypomniał sobie, że nie ma czasu na podziwianie widoków. Zacumował łódź, zarzucając linę na wystający jakby w tym celu niewysoki słupek z lodu i zaczął przygotowywać się na wyprawę w głąb fiordu. Spod ławki wyjął pakunek, który z takim wysiłkiem chronił przez zamoknięciem. Odwinął skóry i spomiędzy ich fałd wydobył swój wierny miecz w skórzanej, inkrustowanej srebrem pochwie, niewielki worek podróżny zawierający skromne zapasy żywności, hubkę oraz krzesiwo i kilka pochodni, a także zapasowy płaszcz z wilczego futra, którym zastąpił przemoczony, który miał na sobie. Przypasał potem z namaszczeniem miecz do pasa i wymamrotał krótką modlitwę do Tyra i Odyna, po czym zarzuciwszy sobie na plecy worek ruszył po lodzie w głąb fiordu. Gdy słońce niemalże zniknęło za lodowymi ścianami Rangvald błądził wzrokiem po ścianie błękitnego lodu licząc na to, że jaskinia wspomniana przez starca w wiosce także istnieje. Po kilkuset krokach los zweryfikował i tę część opowieści, gdyż przed Skandynawem pojawiło się dosyć wąskie wejście wiodące do wewnątrz lodowca. Podpaliwszy pochodnię wszedł do środka dając się objąć w zimnym uścisku lodowego masywu. Ragnvald z miejsca nie polubił wąskiego przejścia, w którym się znalazł. Klaustrofobicznie ciasne przejście wypłukane przez rzekę pod lodowcem było nieprawdopodobnie śliskie i tylko dzięki przyzwyczajeniu wyniesionemu z żeglugi na pokładzie drakkaru jarla pozwoliło mu nie upaść już po paru krokach. Na domiar złego młodemu wojownikowi cały czas wydawało się, że lodowe ściany przybliżają się do siebie, mając na celu pogrzebanie go pod niewyobrażalnymi ilościami lodu. Ściany zamarzniętej jaskini miały też inną właściwość- nie pozwalały na poprawne określenie dystansu, jaki przebył Ragnvald i czasu, jaki ten przebywał pod lodem, gdyż krystalicznie czyste i gładkie niczym niezmącona wiatrem powierzchnia morza ściany doskonale odbijały nawet tak nikłe światło jak te, pochodzące z pochodni Skandynawa i mąciły wzrok uniemożliwiając ocenę odległości. Ragnvald nie przypominał sobie, żeby starzec w wiosce opowiadał o trudnościach, jakie miałby śmiałek, odważywszy się na wejście do jaskini z lodu i sklął go za to w myślach, po raz kolejny starając się nie upaść na śliskim podłożu. Pochodnia zdążyła się wypalić akurat w chwili, gdy lodowy tunel rozszerzył się nieznacznie i gładko przeszedł w niedużą komorę. Ragnvald za pomocą krzesiwa zręcznie podpalił kolejną i mógł dokładnie obejrzeć miejsce, w którym się znalazł. Komora nie była może przesadnie szeroka, ale po wąskim, przypominającym wnętrze węża Jormunganda tunelu z lodu, była miłą odmianą. Lodowe ściany już nie zdawały się opinać ciasno ciała Skandynawa, ale wojownik dalej czuł masę lodu nad sobą. W tym miejscu lodowiec zrobił się już niemal przejrzysty, co w połączeniu z ogniem pochodni sprawiało, że wewnątrz ścian poczęły pełzać ogniki i cienie, wprawiane w ruch każdym drgnieniem płomienia. Po raz kolejny tego dnia Ragnvald zaczął bezwzględnie wierzyć w słowa starca z wioski. Wierzył w to, że jego szczęście leży gdzieś wewnątrz lodowca i był skłonny zrobić wszystko, by choć trochę polepszyć byt swojej rodzinie w czasach, gdy jarl porzucił prawdziwych bogów wierząc bezwarunkowo w słowa łysego emisariusza Chresta z krzyżem na grubym łańcuchu. Posiliwszy się i wypocząwszy trochę, Ragnvald wznowił wędrówkę po śliskich i zdradliwych korytarzach lodowej jaskini. Tym razem szedł dużo szybciej, niż na początku, gdyż lód pod stopami stał się trochę chropawy i jakby lepiej przystosowany do marszu. Przez cały też czas przyglądał się z niesłabnącą fascynacją cieniom, ożywianym pod lodem przez migoczący i chybotliwy płomień pochodni. Miejscami zdawało się, że ogień wydobywał z lodu twarze, potwornie poskręcane przez ból i zaskoczenie, tak jakby nie spodziewały się znaleźć tu swego końca. Skandynaw jednakże uznał to za wytwór własnej wyobraźni i przestał się przejmować tym co widział, podziwiając jednocześnie urzekające piękno czystego lodu. Niestety Ragnvald długo nie cieszył się swobodą w korytarzu. Obszar tuż przed nim był może i szerszy niż korytarz, w jakim się znajdował dotychczas, ale wypełniony był ogromnymi lodowymi słupami i połowami słupów, wyrastającymi pomiędzy sklepieniem a chodnikiem, po jakim poruszał się Skandynaw do tej pory, przez co sam korytarz wydawał się dużo węższy niż był w rzeczywistości. Ragnvald przyjrzał się pierwszemu z widocznych w mroku słupów. Był on, jak wszystko w tym miejscu, stworzony z niewiarygodnie czystego lodu, bez żadnych zanieczyszczeń ani pęcherzy powietrza. Wewnątrz bryły znajdował się natomiast wrzecionowaty, ciemny kształt. Skandynaw podniósł pochodnię, chcąc oświetlić kształt wewnątrz lodu, lecz gdy to zrobił natychmiast tego pożałował. Wewnątrz lodowego słupa znajdowało się ciało. Ciało dumnego wojownika skandynawskiego, wraz z całym jego wyposażeniem. Ragnvald zaklął cicho i odważył się podnieść pochodnię na dłużej niż chwilę. Wojownik, pomijając fakt zakucia go w lód, wydawał się jakby żywy, trochę blady, ale żywy. Jego twarz była wykrzywiona grymasem wściekłości i strachu, a szeroko otwarte oczy skierowane na wprost, jakby swym wzrokiem próbował przebić lód i dotrzeć z ostrzem spojrzenia do serca swego oprawcy i zmiażdżyć je. Jego dłoń wciąż ściskała uniesiony lekko miecz, jakby gotowała się do zadania ciosu. Skandynaw obszedł wszystkie słupy, do których mógł dotrzeć i w każdym znalazł wojownika spowitego grubą warstwą lodu. Nie mogąc nic zrobić dla swoich braci postanowił ruszyć dalej i pomścić ich w jedyny, znany sobie sposób, a wśród lodowych ścian echem poniósł się zgrzyt ostrza trącego o okucia pochwy. Wiele kroków dalej, więcej niż Ragnvald mógł…