Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 10 min czytania

Firmowa mieszanka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zbyszek załadował ostatnią butlę z gazem i zawahał się przed zamknięciem bagażnika. Po chwili zastanowienia przytargał postękując jeszcze jeden pojemnik, ze swoją najnowszą autorską mieszanką i załadował go do auta. Otrzepał ręce i wsiadł za kierownicę furgonetki. Szczurex - jego firma - dawno nie dostała takiego zlecenia i prawdę mówiąc mogło mu porządnie zasilić budżet, jeżeli tylko wytępi wszystkie gryzonie. Odpalił silnik i ruszył w drogę. Zabijanie szczurów nie było dla niego zajęciem z przypadku, czy też jakimś epizodem w życiu. To była pasja. Jeszcze jako dziecko godzinami czaił się na gryzonie, a w okolicy było ich niemało. Nienawidził śmierdzieli od małego, a była to nienawiść głęboko zakorzeniona i nawet czasem odnosił wrażenie, że odwzajemniona. Kiedy był niemowlęciem, w okolicy była plaga szczurów. Matka pozostawiła go na jakiś czas w kołysce, a kiedy przybiegła zaalarmowana głośnym płaczem, zobaczyła gryzonie siedzące wokół niego. Mocno go pogryzły, a jeden wyrwał mu płatek lewego ucha- przez to miał we wsi przezwisko kłapouch, którego szczerze nie cierpiał. Po kilku godzinach dotarł na miejsce. Dworek był rzeczywiście zruinowany. Skoro jednak jakiś „adolf” - jak nazywał Zbyszek Niemców - zdecydował się go wyremontować, a do tego płacił tyle za odszczurzenie... - Pewnie dostał skurwiel dofinansowanie z Unii... - powiedział sam do siebie. Rozejrzał się dookoła skubiąc jednocześnie palcami pogryzione ucho - jak to miał w zwyczaju, kiedy intensywnie nad czymś myślał. Położenie było wprost wymarzone - żadnych zabudowań jak okiem sięgnąć. Mógł spokojnie zastosować wszystko co miał, a nawet wypróbować nowy gaz. Chociaż był ubezpieczony jego środki nie miały atestów - nie były dopuszczone do użycia. Gwarantowały za to stuprocentowy sukces. Musiał tylko dopilnować, żeby żadne gnojki nie kręciły się dookoła w czasie kiedy będzie pracował. Z jednym ciekawskim miał już kiedyś kłopot i choć obecnie dzieciak ma niedowład kończyn i chodzi na rehabilitację, to na szczęście w tamtej okolicy była dawna niemiecka fabryka środków bojowych i wszystko poszło na konto „adolfów”. Wszedł do środka. Czuć było stęchlizną, a pomieszczenia pełne były pajęczyn i walających się puszek po piwie. - Gnoje jednak się tu zapuszczają - wymamrotał pod nosem schodząc do piwnicy. Zapalił latarkę. Korytarz prowadził w obie strony. Naliczył w sumie sześć pomieszczeń pełnych przegniłych gratów. Ciche popiskiwanie wywołało na jego twarzy uśmiech. Szybkim krokiem ruszył wyładować sprzęt. Ustawił wszystko przed domem - butle, pompę i mieszalnik. Pozostawało jedynie doprowadzić wąż do piwnicy. Oparł się o furgonetkę i odpalił papierosa - uwielbiał te chwile ciszy przed uruchomieniem aparatury. Oczyma wyobraźni widział już poskręcane w konwulsjach ciała gryzoni. W podnieceniu zaczął składać sprzęt do kupy. Po chwili wahania przyniósł butlę z najnowszą mieszaniną gazu, a standardową załadował z powrotem do bagażnika. Taka okazja do testów mogła się już nie powtórzyć. Kopniakiem rozwinął rolkę węża w stronę wejścia, po czym ułożył pozostałą część wewnątrz i rzucił końcówkę do piwnicy. Sprawdził jeszcze czy nie porobiły się pętle na wężu i poszedł odpalić pompę. Czuł lekki niepokój w związku z użyciem najnowszego wynalazku. Co jeśli mieszanka będzie zbyt lotna? Wyprostował się i poślinił palec - nie było wiatru. Teraz już całkiem spokojny szarpnął za linkę odpalając maszynę. Sprawdził jeszcze połączenia i odkręcił kurek przy butli. Samochód postawił jakieś pięćdziesiąt metrów dalej - nie chciał się zatruć w razie, gdyby przewody były nieszczelne.

Coś wyrwało go z drzemki. Wysiadł z auta i rozejrzał się. Nadchodził wieczór. Zorientował się, że pompa nie działa. Podbiegł szybko do rozstawionego sprzętu. Skończyło się paliwo, ale nie musiał dolewać - butla była pusta. Założył aparat tlenowy i zszedł do piwnicy. Oświetlając drogę latarką z satysfakcją obserwował to, czego się spodziewał. Dookoła pełno było szczurzych trupów. Niektóre jeszcze miały drgawki. Jednak ich ilość rosła w miarę, jak zbliżał się do najdalszego pomieszczenia. Z pozoru nie różniło się ono niczym od pozostałych. Jednak po bliższych oględzinach miejsca, gdzie trupy leżały jeden koło drugiego, zobaczył że kamienną podłogę zastąpiły deski. Odgarnął nogą martwe zwierzęta i oświetlił interesujące go miejsce. - Ale jaja - powiedział podnosząc deski, pod którymi kryły się kolejne schody. Jedna z desek była ułamana - zapewne przez powstałą w ten sposób dziurę przechodziły gryzonie. Przykucnął chcąc oświetlić jak największą część schodów. Zejście pokrywała warstwa poskręcanych ciał zwierząt. Czekała go kupa roboty z wynoszeniem tego świństwa. Zaciekawiony zszedł jednak niżej. Nie zważając na odgłosy towarzyszące rozdeptywaniu trupów ruszył na niższy poziom. Uważał jedynie, aby nie pośliznąć się na żadnym z ciał. Spodziewał się piwniczki na wino. Zamiast tego trafił do krypty, dość sporej zresztą i chyba nawet bardziej zaszczurzonej niż schody - o…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%