Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Erotyka · 30 min czytania

Flamenco

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Szedłem niespiesznie, jak ociągający się z pójściem do szkoły wyrostek, kręcący młynki workiem na piłkarskie trampki. Nie, nie kręciłem młynków. Wora skręciłbym temu, kto spytałby, dokąd idę. Noga za nogą, starannie odmierzając drobne kroki, przystając co kilka minut by zapalić kolejnego papierosa, albo poprawić kołnierz płaszcza (domyślacie się już, że kołnierz wcale nie wymagał interwencji). Nadal nie mogłem w to uwierzyć! Jak to możliwe, że dałem się do tego nakłonić? Ja?! Studziesięcioprocentowy samiec? Facet na którego widok cichły rozmowy, gdy wchodził. Nieustępliwy, chorobliwie ambitny i wyniosły. Wielki niczym polarny niedźwiedź pośród stada niedożywionych fok, wyciskający na ławeczce prawie dwieście kilogramów na uginającym się już gryfie. -Jaka cholera?! – myślałem. -Po jaką cholerę ja tam pójdę? Co tam mogę znaleźć, czego dotąd nie mam? Przyznałem babie rację? Nie, skądże. Zgodziłem się tylko po to, by mieć wreszcie święty spokój. Męczyła mnie tym pomysłem już od ponad roku, gotowa męczyć jeszcze przez całą dekadę. O ile jej zapał do ulepszania świata niespecjalnie mi przeszkadzał, zawziętość, z jaką próbowała ulepszać mnie samego, doprowadzić mogła do białej gorączki. -Powinieneś się z nim umówić – usłyszałem zaraz po niedzielnym obiedzie, gdy na miejscu talerza ubrudzonego pieczeniowym sosem wylądowała śnieżnobiała wizytówka. Zdecydowanie nie była wytworem amatora wyposażonego w domowy komputer i drukarkę. Na czerpanym, szlachetnym w dotyku papierze, widać było wypukłe litery i cyfry. Nadruk tą techniką wymagał doświadczenia i profesjonalnych urządzeń poligraficznych, zaś sama kompozycja nosiła wyraźne ślady zabiegów wytrawnego plastyka. Wsunąłem biały kartonik do kieszeni spodni, czyniąc to dla świętego spokoju. Zakładałem, że trafi razem z nimi do chemicznej pralni jeszcze przed następnym weekendem. Nie ma ciała, nie ma zbrodni. Obejdzie się bez dalszego ględzenia na temat mojej rzekomej depresji. Absolutnie nie spodziewałem się, że sprawa będzie miała jakiś dalszy ciąg. Oto jednak obracałem tę wizytówkę w palcach z wprawą, z jaką krupier żongluje żetonem w kasynie. Stawiałem wolno kolejne kroki i rozmyślałem nad tym, że przecież wciąż jeszcze mogę zawrócić, albo skręcić w najbliższą przecznicę. Mogę też zatrzymać się w którymś z barów na szklaneczkę bourbona, czy szkockiej. Zbliżyłem wizytówkę do nozdrzy, po czym wciągnąłem w nie jej subtelny zapach. Pachniała dobrym tytoniem i nie było to spowodowane przetrzymywaniem jej w humidorze z cygarami Stradivarius Churchill. Papier, czy raczej karton, był perfumowany. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Ktoś uznawał za stosowne zamawiać wizytówki na czerpanym papierze po dwadzieścia pięć dolarów za arkusz, nasączonym wonią dominikańskich cygar. Postanowiłem gwałtownie, że nie będę ich sponsorem. Za żadną cholerę! Zresztą nie piłem już od tygodnia. Z reguły piję zaś okazjonalnie i w dobrym towarzystwie. Drzwi baru były uchylone. Trzy przecznice dalej portorykańskie prostytutki uchylały rąbków krótkich spódnic tak samo kusząco. Wszedłem do środka. Już po chwili tego żałowałem. Bar był jednym z tych miejsc, których powinienem unikać. Nie to, że bar jako taki. Nie dlatego, że moja troskliwa małżonka najchętniej wybiłaby mi z głowy bary całego tego cholernego miasta jako kategorię, choć wiedziałem, że uczyniłaby to z ochotą, gdyby tylko miała nade mną tak rozległą władzę. Nie. Akurat ten bar. To miejsce. W tej dzielnicy (nie bardzo teraz rozumiałem, dlaczego nie wziąłem taksówki, dlaczego zdecydowałem się na spacer przez ten kwartał ulic, sąsiadujących z zatęchłymi, studziennymi podwórkami, gdzie równie łatwo można było stracić i portfel, i życie). Bar był zjawiskowo wręcz obskurny, począwszy od przedsionka, poprzez umeblowanie i wystrój, skończywszy na barmanie, podstarzałym już mocno i mrukliwym. Zanim przysiadłem na wysokim, barowym krześle, przyjrzałem się wnikliwie temu indywiduum. Był zaniedbany, wręcz niechlujny, na podobieństwo płóciennego ręcznika, którym z wysiłkiem godnym lepszej sprawy polerował grubościenne szkło. Czynił to raczej dla pozoru, albo z dręczącej go nudy. W każdym razie nie zadawał sobie nawet trudu przyglądania mu się pod światło przybrudzonych, upstrzonych przez muchy lamp, zawieszonych nad drewnianym szynkwasem. Ich mdłe światło nurzało wszystko i wszystkich w swych refleksach; twarze nielicznych gości zdawały się być naznaczone chorobą, pergaminowe i niezdrowo żółte. Jedynym godnym mojej akceptacji elementem wyposażenia i wystroju wnętrza była kolekcja butelek, upchniętych na barowych półkach. Imponująca! Czego tam nie było! Prawdziwa alkoholowa tablica Mendelejewa, jaką rzadko można podziwiać w pełnych zadęcia lokalach przy Lexington Avenue. Skupiłem wzrok na rzędach butelek i karafek, rozszczepiających światło brudnych lamp w tysiącach pryzmatów. Prześliznąłem się po kolekcji koniaków, brandy i owocowych nalewek, nie zatrzymałem się na chwilę nawet na żadnym z kilkudziesięciu likierów, zlekceważyłem porto. Whisky! Cała kolekcja! Poczułem jak nabieram rumieńców. Podobnych wypieków na twarzy doświadczyłem po raz ostatni będąc małym chłopcem, gdy dane było mi zobaczyć elektryczną kolejkę szczeniaka z sąsiedztwa (sam nie miałem takiej, ani wtedy, ani też nigdy potem). Wierne w każdym detalu wagoniki, lokomotywa spalinowa, nawet ruchome semafory; wszystko to odebrało mi wtedy sen na kilka kolejnych nocy, a wytrzeszczone w niemym zachwycie oczy mogły rzucić cień podejrzenia na stan mojej tarczycy. Były tam irlandzkie blendy, niektóre niezmiernie rzadkie i kosztowne, raczej dla koneserów (nie cierpiałem tego irlandzkiego ścierwa, moje uznanie i podziw było więc podobne tym, z którymi spoglądałbym na niezwykle cenne malowidło, nie rozumiejąc jego kompozycji i podejrzewając autora o przynajmniej schizofrenię). Były także, bliższe memu sercu znacznie, swojskie fermenty kukurydzy, pszenicy i jęczmiennego słodu, trącące szlachetną stęchlizną dębowych klepek; pośród nich Jim Beam w każdej możliwej odsłonie, Wild Turkey; dziki indyk, nielot niekiedy dodający skrzydeł, wszystkie chyba odmiany Jacka Danielsa i Elijaha Craiga, wabiące wzrok bursztynowymi rozbłyskami. Wypatrzyłem też wreszcie to, co nad wyraz uwielbiam; szkockie nalewki na myszach, pomiędzy nimi zaś Chivas Regal, Balvenie i Famous Grouse. Sadowiąc się wygodnie na barowym stołku, obszytym paskudną imitacją skóry, bliższy, niż czegokolwiek innego, byłem podejrzenia, że dobrze trafiłem, i że sam miłościwy Stwórca skierował tutaj moje kroki, litując się nad moim dalszym losem. -To samo, co zawsze? – spytał barman, machinalnie przecierając blat baru tym samym, płóciennym ręcznikiem, którym polerował dotąd szklanki. Cały ten bałagan musiał należeć do niego. Za podobny wyczyn pracodawca zwolniłby go bowiem już pod koniec ubiegłego stulecia, nie czekając, aż tutaj zabłądzę. -Tak. Podwójną. – odparłem machinalnie, po chwili dopiero popadając w zrozumiałe w tej sytuacji osłupienie. Nie mógł wiedzieć, co pijam, co zamawiam zwykle w barach o wiele bardziej wyszukanych od tego, w którym nie było mnie dotąd. W którym moja noga nie postanie zresztą nigdy więcej. O to ostatnie skłonny się byłem założyć. O każdą stawkę. Zacząłem obserwować go nieco uważniej. Musiał mieć taką właśnie manierę. Tak pewnie witał miejscowych, po czym z nawiązanej w ten sposób konwersacji starał się wysnuć wiedzę o ich alkoholowych upodobaniach, oni zaś pozostawali w przekonaniu, że przez cały dzień czekał właśnie na nich, by podać im kolejną szklankę ulubionej mikstury. Odłożył mocno już nieświeżą polerkę i pokazał mi swoje przygarbione plecy. O nic już nie pytając, wspiął się z wyraźnym wysiłkiem na palcach i sięgnął na najwyższą półkę. Oniemiałem. Po chwili pozbawił korka smukłą, omszałą butelkę (korek, jeśli umiecie to sobie wyobrazić, uchwycił zębami, marszcząc przy tym nozdrza, po czym do moich uszu dotarł głuchy dźwięk, jakby zrywanej po wiekach pieczęci, kryjącej tajemnice Templariuszy, w każdym razie tak podziałało to na moją wyobraźnię). Jedną ze szklanek o grubym dnie napełnił lodem aż po brzegi i szczodrze chlusnął ciemnobrązowym płynem. Postawił butelkę obok sfatygowanego ekspresu do kawy (pewnie nie chciał sięgać po nią ponownie z równie wielkim trudem) i potarł grzbietem dłoni czubek nosa. -Stara, dobra Bowmore. – mruknął, ścierając z blatu drobniutkie kropelki.

Przysiągłbym, że sam diabeł podał mi właśnie drinka… -Trzymałem ścierwo w piwnicy. Przez trzydzieści lat, aż nie odeszła z tego świata moja ślubna. Była Irlandką. Nie pozwalała podawać naszym gościom żadnej szkockiej.

Jeszcze nim zwilżyłem spierzchnięte wargi pierwszym łykiem podanej mi whisky, wiedziałem że to bardzo wiekowy destylat. Była gęsta jak spadziowy miód, jej aromat zaś zawisł nad barem, niczym obłok musztardowego gazu nad okopami pod Ypres. Znałem się na tym troszkę, uwierzcie mi. Nie na gazach bojowych, lecz na gatunkach whisky i niedostrzegalnych dla wielu niuansach ich bukietu i smaku, biorących swoje źródło z procesów jej starzenia. Moja żona niejednokrotnie mawiała z przekąsem, że stosownie leciwą butelczynę włoży mi kiedyś do trumny, bym mógł po tamtej stronie czymś zabłysnąć. Stojąca przy ekspresie flaszka nadawałaby się do tego i to bez dwóch zdań. Skąd jednak wiedział?! Czy miałem wypisane na twarzy, że to mój ulubiony gatunek? Czy może kiedyś już tu byłem i nie wspomnę? Barman spozierał mi w oczy, jakby widział, że nieźle namieszał w mojej głowie. Z tego wszystkiego szklanka była już pusta, nim się zorientowałem. Dolał ściskając korek w zębach i ponownie przetarł blat baru ścierką, wysłużoną niczym onuce francuskiego piechura. Co ja tak stale z tymi okopami? Pradziadek mojej żony był Francuzem. Guido dosłużył się stopnia chef de bataillon i poległ w obłokach iperytu uwolnionego przez Niemców. Ciało, znalezione w wyrytej w gliniastym zboczu transzei, nie nosiło śladów najlżejszych obrażeń, tylko usta miał pełne śnieżnobiałej piany, jakby ktoś eksplodował gaśnicę w jego trzewiach. Sączyłem z wolna bursztynowy płyn z drugiego już rozlania. Tym razem znajdowałem w sobie dość skupienia, by zatrzymać się nad jego głębią. Płukałem nim usta, wydymając bezwiednie policzki i rozkoszując się smakiem dostępnym jedynie nielicznym. Wcale nie przesadzę, jeśli powiem, że czułem się członkiem elitarnego klubu, którego członkostwo warte było średnią krajową. Szkocka pokonała w tym czasie osmotyczną barierę moich jelit i zaczynała przyjemnie grzać, gdzieś od wewnątrz. Kontemplowałem jej bukiet, mrużąc oczy. Stary najwyraźniej był tym wniebowzięty. Uśmiechał się niczym szczerbaty na widok pudełka sucharów, siorbał głośno imbirowe piwo z prywatnego kufla i przecierał bez sensu bufet znanym mi już dobrze skrawkiem płótna. `Skąd wiedział, do cholery?! Bowmore. Najstarsza ze szkockich destylarni, położona na wyspie Islay, nad rzeką Laggon, przepływającą przez torfowiska. To dzięki wodzie z tej rzeki whisky ta charakteryzuje się dymnym, „torfowym” posmakiem. Jak jednak to możliwe, że można się jej napić w tej tancbudzie? Nikt nie tańczył wprawdzie, zerkając na Latynosów miałem jednak wrażenie, że jest to tylko kwestią czasu. I, że poleje się przy tym raczej krew, niż wino. Bowmore… Z korkiem, podczas gdy w małych sklepikach na dolnym Manhattanie dostać można było niekiedy butelkę zwieńczoną tłoczoną w metalu nakrętką. Korek, który mój nowy znajomy znów zaciskał w zębach, świadczył o tym, że trunek może mieć nawet i cztery dekady. Wolałem nie pytać, ile kosztuje każda następna kolejka. Przez ten czas do lokalu zajrzało kilka indywiduów. Był w ich liczbie przemarznięty i głodny kierowca ciężarówki, dwóch hałaśliwych i chyba nieźle naćpanych Latynosów, taksówkarz, pracownik pobliskiego fast food’u, który wpadł by pożyczyć buteleczkę tabasco, jak też i podstarzała prostytutka o szarej, ziemistej cerze. Zamówiła tequilę i łypała do mnie okiem przypominającym szklaną protezę. Nie odmrugnąłem jej. Miała tyle lat mniej więcej, że butelka whisky z jej rocznika byłaby warta majątek, kilkakrotnie większy jak ta, z której właśnie sączyłem. Jej pojawienie się podziałało na mnie deprymująco. Przy trzeciej już miarce gęstego, torfowego nektaru, zaczynałem dostrzegać niewątpliwe uroki tego miejsca, których nie domyślałem się jeszcze przed kwadransem. Jego klimat był już znacznie bliższy moich upodobań, a w okolicach żołądka czułem promieniujące skądś, wszechogarniające ciepło. Skłonny byłem nawet wybaczyć właścicielowi baru tę ścierkę, którą polerował teraz mosiądzowany nalewak do piwa. Jednooka zaburzyła ten stan rodzącej się, przyjemnej równowagi. Zerknąłem na nią ponownie, jakbym miał nadzieję, że jest jedynie przykrą fatamorganą. Jej lewe oko naprawdę było szklane. Na dodatek kolor odwzorowanej w szkle tęczówki odbiegał od barwy tej autentycznej, w drugim oczodole. Paliła papierosa, wciągając dym ustami i wydmuchując go przez wydatne, rozchylone niczym u węszącego zdobycz drapieżnika, nozdrza. Skupiłem wzrok na refleksach, uwalnianych przez bursztynowy płyn z kostek topniejącego już lodu. -Wyjdzie stąd, zanim jeszcze liźnie soli i wyciśnie do ust ćwiartkę cytryny. Wyjdzie z tym farmerem, siedzącym pod oknem. Jest zbyt pijany, by dostrzec jej brzydotę.- głos mówiącego te słowa dobiegał mnie z lewej strony. Brzmiał niezbyt trzeźwo, w okolicznościach, w jakich właśnie tkwiłem, nie sprawiało mi to jednak zbyt wielkiej różnicy. Zastanowiło mnie tylko, że jego właściciel tak starannie dobrał słowa. I, że zauważył moją konsternację, czy, jak wolicie, niesmak. Siedział dwa metry ode mnie, z pustą już szklanką. Uwagę zwracać mógł jego garnitur, najwyraźniej szyty na miarę z nietuzinkowej i chyba kosztownej dzianiny. Koleś nie pasował tutaj. Ja sam jednak przecież zaczynałem dopiero komponować się z tym obskurnym wnętrzem. Ubawiła mnie ta myśl. Musi to być zasługą każdej następnej kolejki! -Jeszcze raz to samo. Dwa razy. – rzuciłem do znieruchomiałego przez dłuższy czas barmana. Zastygł jakiś czas temu z kieliszkiem w jednej i butelką wódki w drugiej ręce, obserwując grających teraz w karty kolorowych. Do stolika dosiadł się trzeci (nawet nie zauważyłem, jak wszedł) i zaczynało pachnieć wiszącą w powietrzu bójką. Barman porzucił wreszcie obiekt swego skupienia i spojrzał pytająco, najpierw na mnie, potem na dopalającą papierosa kobietę, potem zaś znowu na mnie. Jego brwi powędrowały w górę jak za pociągnięciem sznurka. -Nie! Dla tego dżentelmena.- wykonałem ruch głową, mający wskazać mojego nowego sąsiada. Nie miałem pewnie zbyt wielkiej ochoty na konwersację z kimkolwiek, facet któremu postanowiłem postawić mógł jednak okazać się moim wybawcą. Na myśl o tym, że posyłająca mi szklane spojrzenie mogłaby się w końcu do mnie dosiąść, zastanawiałem się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Flamenco — czytnik · opowiadania