Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 20 min czytania

Flaming

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dzień był upalny, nieznośny. Od samego rana gorące powietrze zdawało się wirować leniwie, opiekając wszystko dokładnie z każdej strony, nie powodując jednak żadnego odczuwalnego na skórze podmuchu, który mógłby wynagrodzić w jakimś stopniu odwagę śmiałków, jacy postanowili stawić czoła letniej spiekocie. Na szczęście zbliżał się wieczór, a ten zwykł delikatnie skraplać czoła litością absorbującą pot spływający stróżkami po skroniach. Słońce, zmęczone wyrażaniem swojej żarliwej nienawiści, zachodziło powoli za horyzont, przymykając z wolna oczy i przygotowując się do kilkugodzinnego snu.

Z pierwszym odgłosem chrapania na wpół drzemiącej gwiazdy do życia budzili się ci, którzy błyskotliwie uznali, że błędem byłoby sytuacji nie wykorzystać; postanowili więc zapić się w trupa bądź przynajmniej roztańczyć błogo czy uderzyć do baru w celu poznania paru nowych, interesujących ludzi, z którymi można by dzielić wspomnienia letniej, wakacyjnej beztroski i bezkresnej, niezniszczalnej przyjaźni.

Pośrodku wieczornego zamieszania znalazł się na oko dwudziestopięcioletni mężczyzna, z zainteresowaniem przypatrujący się wydarzeniom, wyraźnie niewykazujący jednak chęci uczestnictwa. Na stoliku postawił właśnie do połowy opróżnioną szklankę z piwem. Pomyślał, że chętnie zapaliłby papierosa czy dwa, ale powstrzymał się, demonstrując imponującą jak na niego siłę woli. Zresztą paczkę opróżnił już kilka godzin temu, a nie zdążył zaopatrzyć się w kolejną. Może to i lepiej, pomyślał; zsunął się lekko na skraj niemal plażowego z wyglądu krzesła, wyprostował nogi, krzyżując w okolicach kostek, i starał się zrelaksować bez uzależniającego smaku nikotyny. Spoglądał na falujące na zewnątrz papierowe pochodnie, uporczywie przypominające dym, którego mu tak bardzo brakowało, dlatego co chwilę automatycznie chwytał za kieszeń, w której ciągle znajdowała się pusta paczka. Za każdym razem ściskał ją mocno, upewniając się, że faktycznie nie pozostał w niej żaden zabłąkany papieros.

Nie pozostał. A więc nic z tego.

— Cholerny upał — wymamrotał bezwiednie, ocierając pot z ciągle rozpalonego czoła.

— Co takiego, mistrzu? — usłyszał w odpowiedzi. Poderwał się i odwrócił nerwowo głowę w stronę, z której doszło do niego pytanie. — Wyglądasz, jakbyś był w potrzebie — oświadczył starszy mężczyzna z wielkim, grubym nosem i rozwichrzoną, niedbałą fryzurą, wyciągając ku potrzebującemu trzymany w dłoni papieros. — Masz ochotę na fajeczkę? — zapytał z psychodelicznym uśmiechem.

Oniemiały mężczyzna popatrzył na starca, który nie wiadomo skąd pojawił się na siedzeniu obok, i wyciągnął nieśmiało rękę po fajeczkę.

— Ed, prawda? — zapytał tajemniczy gość, kiedy zapalniczką podpalał użyczonego przed momentem papierosa.

— Zgadza się — odparł Ed. — Czy my się znamy? — W pytaniu dało się wyczuć zaskoczenie, jakie spowodowałaby odpowiedź twierdząca.

— Och, ja pana znam, panie Edward! Ale żebyśmy się znali, nie powiedziałbym. Dobra fajeczka?

Ed zaciągnął się głęboko, rozkoszując się trucizną dostarczaną do swojego organizmu. Już nic nie pozostało z nieufności do niespodziewanego gościa. — Fajeczka dobra — odparł, wypuściwszy dym z uszczęśliwionych płuc.

— Super — wyraził swoje zadowolenie starszy pan. — Anatol — przedstawił się, wyciągając znów rękę w stronę Eda.

Ten niechętnie chwycił grubą, spoconą dłoń Anatola i potrząsnął nią powściągliwie.

— Powiedz — ciągnął Anatol — co tak siedzisz tu sam przy tym piwku? Nie zatańczysz? Nie pogadasz?

— Nie jestem tu dla zabawy — tłumaczył Ed.

— Nie dla zabawy? Cóż, nabrałbyś mnie! Masz wielce zabawową twarz — podzielił się swoją bezpośrednią opinią nie taki może znowu stary, ale już na wpół siwy Anatol. — Co w takim razie robisz? Szukasz inspiracji?

— W zasadzie tak. W zasadzie można to tak nazwać.

— Szukasz inspiracji w butelce? — zapytał natręt, pokazując na prawie wypite już piwo Eda. — Czy to dobre posunięcie?

— Szukam gdzie się da. Kto wie! może na dnie kryje się coś ciekawego, coś niebywałego. Zresztą, zawodowo zniekształcam rzeczywistość, może alkohol natchnie mnie do czegoś wielkiego bądź przynajmniej ponadprzeciętnego.

— Posłuchaj… Mistrzu… — zwrócił się do Eda ciszej niż dotychczas, pochylając się w jego stronę. — Jeśli naprawdę szukasz inspiracyj — szeptał, wywracając oczami — mam tu coś, co może cię zainteresować. — Uchylił lekko lewą część brązowego, obdartego płaszcza, który, wnioskując z wyglądu, musiał przeżyć niejedną nawałnicę stulecia, i wyjął z zanadrza lnianą sakiewkę. Rozluźnił zgrabnie zaciśnięty u szczytu sznureczek i z wnętrza wydostał małą, białą, okrągłą tabletkę. — Najnowsza rzecz, naprawdę zjawiskowa — zareklamował pastylkę, trzymając ją w dwóch palcach dyskretnie przy samej krawędzi stolika.

Mniej wprawne oko mogłoby nie zaobserwować tego, jak nielegalny najwyraźniej towar zmienił właściciela, lądując w ciekawskich rękach Eda. Przypatrzył się uważnie tabletce, na której z jednej strony widniał różowy obrazek w kształcie flaminga.

— To jak, mistrzu, jesteś zainteresowany?

— Inspiracja, mówisz… Inspiracja?

— Masę najróżniejszych, najpiękniejszych inspiracyj, mistrzu. Lepszego środka nie ma w całym powiecie… To jak, bierzesz, mistrzu? Mamy dzisiaj okazję: dwie w cenie jednej. Co ty na to?

— Ile to będzie?

— Dwudziestak, mistrzu. Tanie jak barszcz, a emocje gwarantowane! To jak, mistrzu, bierzesz? Dwie w cenie jednej, dwudziestak za komplet. Mamy deal? Umowa stoi, mistrzu?

— Dam piętnaście, co ty na to?

— Mistrzu, toż to byłaby kradzież. Nie chcesz chyba mnie obrabować? Mierny dwudziestak za dwie inspiracje, świetna okazja…

— W porządku, dwudziestak, ale dorzuć jeszcze do tego jedną z tych twoich fajeczek…

— Puszczasz mnie z torbami, mistrzu, puszczasz mnie z torbami, ale znaj moje dobre serce. Zobaczysz, przyjdziesz po więcej! Najlepszy towar w całym województwie.

Anatol zza pazuchy wyjął paczkę papierosów. Wyciągnął jednego i przekazał Edowi wraz z drugą, gratisową, tabletką z flamingiem. Ed w zamian wręczył dealerowi dwudziestozłotowy banknot. Następnie włożył jedną z inspiracji do ust i łyknął, popijając dwoma łykami piwa.

— Jak długo mam czekać na efekt? — zapytał, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, odwrócił się w lewo, gdzie jeszcze przed momentem siedział Anatol, ale nie w tej chwili. Właściwie to nie było go już nigdzie w pobliżu, o czym Ed się przekonał, rozejrzawszy się dookoła ze zdziwieniem. Nie wziął sobie tego jednak do siebie; dopił do końca swoje piwo i odpalił wyłudzonego od Anatola papierosa znalezioną w kieszeni zapalniczką. Znów się rozluźnił i delektował niebywałym smakiem i odpychającym smrodem cudownej używki w oczekiwaniu na nadchodzące efekty spożycia zachwalanego środka — rzekomo pobudzającego i inspirującego umysł. Na razie jednak nic nie czuł.

Minęło kilkanaście minut. Zdążył wypalić papierosa, przejść się do baru, wziąć piwo, wrócić na miejsce i wypić je do połowy, ale efektów narkotyku nie poczuł. Poirytowany i coraz bardziej podejrzliwy, wyjął z kieszeni drugą tabletkę i wlepił wzrok w znajdującego się na niej różowego flaminga. Może mam za mocną głowę — myślał — może muszę wziąć jeszcze jedną, żeby przyspieszyć proces… Myślę, że mógł nie mieć racji.

— Wiem, o czym myślisz — usłyszał wówczas głos podobny do głosu jego sumienia, ale nie mógł to być ten głos, bo sumienie zostawił przecież w jednej z szuflad na bieliznę w hotelowym pokoju. Jak mogłoby się wydostać na zewnątrz? Niemożliwe, pomyślał i rozejrzał się dookoła. Dopiero po chwili dostrzegł siedzącego na sąsiednim krześle autora wypowiedzi, bo zza stolika ledwie wystawała mu głowa, na którą nasunięta była przezabawna czapeczka. — Niedobry pomysł.

Ed obejrzał się jeszcze raz, chcąc zbadać reakcję tłumu na zjawienie się przedziwnej postaci, ale nie zaobserwował żadnej. — Co takiego, mały ludziku, jest niedobrym pomysłem?

— Ha! Mały ludziku… Ładnie. Branie tej drugiej tabletki to niedobry pomysł, Einsteinie.

— Skąd, do cholery… Ta noc mnie wykończy — wyznał Ed. — Kim jesteś, ludziku?

— Nie jestem żadnym ludzikiem, tylko skrzatem.

— Oczywiście…

— Proste. Nazywam się skrzat Dobiesław.

— Ha! Dobiesław… Ładnie — sparafrazował Ed.

— A jak brzmi twoje imię, wielkoludzie?

— Ed. Ed Edward — odpowiedział zmieszany wielkolud. — W czym mogę ci pomóc, skrzacie?

— To ja mogę pomóc tobie — odparł Dobiesław. — Jestem świątecznym skrzatem bożonarodzeniowym. Przybyłem, by odmienić twoje życie.

— Naprawdę? — zapytał Ed po chwili zawahania.

— Nie, nie naprawdę. Jest środek lata, głupcze! Zachowaj rozsądek.

— Łatwo powiedzieć. Najpierw ten piekielny Anatol, a teraz nawiedza mnie skrzat.

— Kim jest Anatol?

— Zgredem, który dał mi te tabletki.

— Ach, tu wszyscy noszą przy sobie te piguły…

— Mówił, że są źródłem najlepszych inspiracji.

— Bo i owszem.

— Dlaczego więc nie miałbym wziąć kolejnej?

— Z inspiracjami należy uważać.

— Rozumiem.

— Nie wydaje mi się — ocenił skrzat. Podciągnął się niezgrabnie rękami na krawędzi stolika i z niemałym trudem stanął na krześle. Szanse zdawały się bardziej wyrównane. Gdybym wymyślić miał kiedyś historię rozmowy człowieka ze skrzatem, wyglądałaby ona dokładnie w ten sposób. — Słuchaj — zaczął poważnym tonem Dobiesław — jeśli chodzi o tę tabletkę… Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że nie jest to zwykła pigułka.

— Masz na myśli, że halucynogenna? Domyśliłem się. W krasnala bym jeszcze uwierzył, ale tak pokraczny i tak upierdliwy skrzat mógł powstać jedynie w mojej głowie.

— Za każdym razem to samo… — złościł się Dobiesław. — To nie są halucynacje. Łyknąłeś magiczną tabletkę i teraz czeka na ciebie zadanie, które musisz wykonać, zanim wrócisz…

— Wrócę dokąd? — zastanawiał się Ed. Zastanawiał się krótko, bo szybko zdał sobie sprawę, że nie jest już wcale w pubie wśród rozbawionych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%