Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Psychologia · 29 min czytania

fobia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Fobia

Anna jest miłą, kochaną przez przyjaciół osobą. Jej życie do trzydziestego roku, składało się z samych sukcesów zawodowych, jak i tych w życiu prywatnym. Skończyła studia z wyróżnieniem, kierunek weterynarii. Ania kochała zwierzęta i cierpiała razem z nimi. Gdy przyjmowała swoich niemych pacjentów, oddawała się całym sercem swojej pracy. Była w swym zawodzie świetna. Po skończeniu dwudziestu pięciu lat poznała mężczyznę, z zawodu psychologa, którego pokochała. Minęły niecałe trzy lata. Urządzili huczne wesele, zapraszając wszystkich znajomych i swoje rodziny. Wiodło im się nad wyraz znakomicie. - Podrzucić cię do pracy kochanie?- Spytał Robert, mąż Ani. - Nie dziękuję kotku- odpowiedziała- źle się czuję, zadzwonię do Marty by nie otwierała dzisiaj gabinetu. Marta była jej asystentką, a zarazem najlepszą przyjaciółką, często wychodziły razem na drinka do baru pogawędzić o bieżących sprawach i oczywiście o swoich kochanych mężczyznach. - Dobrze- odpowiedział Robert całując ją w policzek- kocham cię. - Ja ciebie również. Gdy Robert wyjechał, zadzwoniła do Marty by nie otwierała i jeśli może, żeby przyszła do niej na pogawędkę. Marta była wspaniałą osobą, jej bezinteresowność w pomaganiu ludziom zawstydziłaby nie jednego, poznały się na drugim roku studiów i od tej pory były nierozłączne. Kochały się jak siostry. Ania siedziała w fotelu, czytając jakiś romans. Gdy spojrzała na okno, z którego widok rozciągał się na podmiejską aglomerację, poczuła dziwny lęk. Wstała i podeszła do okna nie wiedząc, że zaciska pięści. Tylko wyjrzała i w tym momencie nastąpiła eskalacja tego maleńkiego niepokoju, wzdrygnęła się i odskoczyła od okna jak poparzona. -, Co się do cholery dzieje. Powiedziała na głos. Poszła do kuchni zrobić herbaty, zaraz usłyszała dzwonek, który rozbrzmiewał melodią piosenki Steviego Wondera- i just call, która była ulubioną Ani i Roberta. Woda się już gotowała, odstawiła szklanki i podeszła do drzwi. Otworzyła i ujrzała kochaną Martę, na której widok nieomal zapomniała o swoim wcześniejszym niepokoju. - Część mała- uśmiechając się radośnie, przywitała się Marta. - Część martuśka, napijesz się herbaty kochanie, właśnie woda się gotuje. - Tak oczywiście- coś się stało kochaniutka, bo wyglądasz jakby jakiś szalony malarz zamalował ci twarz na biało? - Wszystko w porządku- odpowiedziała Ania. Zrobiły herbatkę i udały się do pokoju. Ania spokojnym acz niepewnym krokiem, podeszła najpierw do jednego okna by zasłonić je żaluzją. Marta patrzyła na to wszystko z lekkim uśmiechem na twarzy. Następnie podeszła do drugiego, jednak tym razem zerknęła na miejską metropolię. Zimny pot wystąpił jej na czole, odsunęła się nieznacznie do tyłu, odwracając się w stronę przyjaciółki, która pomyślała w tej chwili, że Ania wygląda jakby zobaczyła samego diabła, składającego jej wizytę przy oknie. Marta wcześniej uśmiechając się pod nosem, na to dziwaczne zachowanie najlepszej przyjaciółki, teraz poczuła, że coś jest nie tak i zagadnęła do niej. - Wszystko w porządku-, po co zasłaniasz okna, jest słonecznie i bardzo przyjemnie. - Zbyt jasno jest w tym pokoju- odpowiedziała kłamiąc, gdyż nie wiedziała jak opisać to, co czuje patrząc przez okno na otwartą przestrzeń. - Jak tam wolisz- odparła Marta. Ania dokończyła zasłanianie okna i podeszła do przyjaciółki pstrykając ją lekko w nos, aby rozładować napięcie. Marta uśmiechnęła się do niej i zaczęły się wzajemnie przedrzeźniać. Rozmawiały o wszystkim, Ania już niemal zapomniała o swoim lęku. -, Choć wybierzemy się mała do kawiarenki na drinka- zaproponowała Marta- czułaś się nie bardzo w związku, z czym najlepszym wyjściem na tą dolegliwość jest drink w pobliskiej kawiarence. - No nie wiem- odpowiedziała-, ale po chwili zastanowienia pod bacznym okiem przyjaciółki powiedziała- jasne, czemu nie. Zaniosły filiżanki do zlewu, założyły buty i wyszły na klatkę schodową. Wszystko było w porządku dopóki Marta nie otworzyła drzwi i nie wyszła na powietrze. Anię owiał zimny wiatr, wzdrygnęła się i poczęła powoli wychodzić na zewnątrz. Marta patrzyła na to jak widz jakiegoś teatru, była zdziwiona i lekko przestraszona. Ania wyglądała jakby niewidzialny szatan wbijał jej sztylet kawałek po kawałeczku w czułe miejsce. Jej twarz była trupio biała. Gdy wyszła na zewnątrz krzyknęła i szybkim skokiem wróciła w bezpieczne miejsce, do wnętrza klatki. - Jezu, co się stało kochana?- Spytała przestraszona Marta. - Nie wiem, co się ze mną dzieje, dzisiaj rano to się zaczęło, gdy patrzyłam przez okno na zewnątrz. - Myślę, że powinnyśmy wejść do mieszkania- powiedziała zatrwożona Marta- i zadzwonić do Roberta, jest psychologiem, na pewno będzie wiedział, co ci dolega. - Tak wejdźmy- odpowiedziała-, ale nie jestem pewna czy dzwonić do niego, nie chcę się zbłaźnić- już mi jest wstyd. - Kochanie nie opowiadaj głupot- odcięła się szybko Marta. Poszły na górę, Ania była cała we łzach, Marta pocieszała przyjaciółkę, ale na nic się to zdało. Do mieszkania nie rozmawiały z sobą. W środku, Ania usiadła w fotelu a Marta zadzwoniła po Roberta. Siedziały do jego przyjazdu, który zjawił się niespełna piętnaście minut po telefonie, w milczeniu. - Przyjechałem najszybciej jak się dało- oznajmił Robert zdyszany w progu-, co się stało Aniu?- Spytał smutnym tonem patrząc na żonę, która przywodziła na myśl zaszczutego psa. - Wszystko było w porządku- odpowiedziała za Anię Marta- dopóki nie wyszłyśmy na zewnątrz. - Nie wiem, co się dzieje Robercie- boję się wyjść na zewnątrz, gdy patrzę przez okno ściska mnie niewidzialna okowa strachu. - Zdarzało ci się już to kiedyś?- Spytał skonsternowany. - Nigdy w życiu, czy ja jestem psychiczna- dodała ściszonym głosem. - Przestań tak mówić kochanie- odpowiedziała jej Marta. - Nie jesteś psychiczna kotku i nie opowiadaj takich rzeczy- powiedział kategorycznym tonem Robert- może to być na tle nerwowym aczkolwiek obawiam się, że będziesz musiała od tej chwili przyjmować lekarstwa- może to być mały popis fobii zwanej agorafobią. -, Co to jest?- Spytała Marta, gdyż Ania siedziała w fotelu zaabsorbowana skubaniem koszulki i ocieraniem łez. - Agorafobia jest to lęk przed przebywaniem na otwartej przestrzeni- odpowiedział Robert, po czym mówił dalej utkwiwszy wzrok na żonie- nie jestem całkowicie pewny czy jest to małe ziarenko fobii kiełkujące w twoim umyśle Aniu- powiedziawszy to podszedł do żony i ją mocno przytulił-, jeżeli moje domysły okażą się trafne, trzeba będzie zacząć terapię. - Boję się- powiedziała przez zaciśnięte zęby. - Jak się to leczy- spytała Marta skonfundowana całym obrotem sprawy i diagnozą Roberta. - Podaje się leki, rozmawia z pacjentem dużo, aby się oswobodził sam z łańcuchów fobii, ponieważ tylko osoba dotknięta może poradzić sobie z problemem. Psycholog bądź psychiatra mogą tylko ukierunkować pacjenta, na drogę ku wolności psychicznej. Jednak można też próbować autohipnozy i tego typu rzeczami ja będę się kierował. Kiedyś przechodziłem kursy na ten temat i byłem całkiem dobry, więc znam się na rzeczy. Jeszcze dzisiaj pojadę do znajomego, który jest psychiatrą, postaram się go nakłonić by mi pomógł. Nie zdarza się, że osoba z dnia na dzień dostaje fobii.- Mogłabyś Marto zostać z Anią na ten czas, kiedy mnie nie będzie. - Jasne i tak miałam zostać. Robert wyszedł z mieszkania i udał się do swojego znajomego. Dziewczyny siedziały koło siebie mało mówiąc. Marta patrzyła ukradkiem na przyjaciółkę i obawiała się, żeby czasem nie przyszły jej do głowy jakieś głupstwa. Ania była twardą, mocno stąpającą po ziemi osobą, ale takie coś, jak się dzisiaj jej przydarzyło mogło wstrząsnąć najtwardszym umysłem. Ania pierwsza przerwała ciszę nie do zniesienia. - Spróbuję jeszcze raz wyjść na zewnątrz- powiedziała łamiącym się głosem przyjaciółce- proszę cię abyś była blisko mnie, jeżeli nie będę mogła tego zrobić. - Może to nie jest najlepszy pomysł kochanie- zaoponowała Marta. - Muszę to zrobić, zmierzyć się z tym cholernym lękiem. Marta już nic więcej nie mówiła by przekonać Anię, jej ton mówił sam za siebie, że nie warto i tak to zrobi. Tak więc wyszły ponownie z mieszkania, Ania była nad wyraz silna i bez żadnego lęku. Marta miała małą nadzieję, że jednak może się powieść i oby tak było, gdyż nie mogła znieść patrzenia na cierpiącą przyjaciółkę, którą kochała jak własną siostrę. - Bądź blisko mnie- powiedziała pewnym głosem Ania. Marta pokiwała głową i ruszyła na nią w dół schodami. Doszły do wyjścia, Ania stanęła przed drzwiami, zaczerpnęła powietrza i wyskoczyła z klatki jakby zaczął się jakiś bieg na sto metrów. Marta była zdziwiona gdyż nie sądziła, że Ania posunie się do takiego stylu kamikadze. Gdy wybiegła nie starczyło jej sił, mało tego była dalej spłoszonym zwierzątkiem schwytanym w swym leśnym domu przez łowców i zaprowadzonym do klatki, która budziła lęk. Ania skuliła się jak pod ostrzałem artyleryjskim, poczęła się trząść, Marta patrzyła na to z bezbrzeżnym przerażeniem, nie mogła zrobić kroku by pomóc przyjaciółce. Ania przy wyjściu poczuła nową siłę, jednak gdy była na zewnątrz została złapana w sidła strachu, który drążył jej serce jak bagnet ziemię. Chciała zawołać Martę, ale nie starczyło jej oddechu, dusiła się jak we śnie o pogrzebaniu żywcem. Marta musiała zareagować gdyż mogło się to źle skończyć dla niej, wyrwała się z objęć osłupienia i ruszyła ku przyjaciółce. Złapała ją mocno za ubranie. Wyglądało to jakby toczyły ze sobą nierówny pojedynek zapaśniczy na środku chodnika. Szarpnęła ją w stronę klatki, Ania była ciężka jak worek kamieni, cała energia z niej uszła, poddała się naporowi lęku. Wepchała ją do klatki siłą, nie było innego wyjścia. Ania stała wpatrzona w wyjście na zewnątrz, była już w swym lesie bezpieczna od łowców strachu, jednak jej postawa i zachowanie przestraszyły Martę bardziej niż scena na zewnątrz. Ania stała w miejscu, napięta jak struna w gitarze, stała obok Marty, ale jej nie było zarazem, odpływała w bezpieczne rejony nieświadomości, pięści miała zaciśnięte tak mocno, że krew sączyła się jej z rąk, jej wargi wykrzywione były w bezgranicznym przerażeniu. - Jezu proszę, tylko nie katatonia- powiedziała na głos Marta. Kiedyś czytała coś o katatonicznych zachowaniach i tak właśnie sobie ten stan wyobrażała, jak w przypadku Ani. - Ania proszę cię- zwróciła się do przyjaciółki, łzy ciekły jej po policzkach- odezwij się i wróć. Nie dawała żadnej reakcji, była jak posąg, nie mrugała oczyma i nie drgnęła jej powieka. Była w swoim świecie, w którym nie było strachu, były tylko fale przypływu świadomości i odpływu nicości wielkiej jak studnia. Marta była tak wystraszona, że nie mogła dobyć telefonu komórkowego z kieszeni. Nosiła się z zamiarem zadzwonienia do Roberta. Wykręcała już numer, gdy Ania zagadnęła jak gdyby nigdy nic. - Jednak mi się nie udało- powiedziała bezbarwnym tonem przywodzącym Marcie na myśl pożółkłe jesienne liście- jestem psychiczna marto, masz przyjaciółkę wariatkę, Robert świrniętą żonę- powiedziawszy to wybuchła szlochem. Marta szybko przytuliła przyjaciółkę i razem z nią zaczęła płakać. Stały tak na środku klatki, objęte i płaczące siarczystymi łzami, jakby wypłakiwały wszystkie żale i smutki w tej jednej chwili. Ten dzień był najgorszym w życiu, jaki ją spotkał. Poprawy jednak nie było widać przez dobre parę miesięcy. Marta przychodziła bardzo często jak przystało przyjaciółce, chociaż robiła to bezinteresownie, bała się o nią jak nigdy o nikogo. Ania była przez te wszystkie dni, tygodnie, miesiące, wyzuta z wszelkich pozytywnych uczuć, nie mogła się pogodzić z tym, co ją spotkało. Robert każdego dnia rozmawiał z żoną, zastosował autohipnozę, jednak oczekiwania spełzły na niczym. Podawał jej czasami leki mające na celu złagodzić obszar lęku, jednak i one się nie sprawdzały. Annę dopadały coraz gorsze myśli, gdyby nie jej najbliższa i jakże oddana przyjaciółka, mogłaby odejść w strachu z ziemskiego padołu. Często myślała o samobójstwie, ale po rozmowie z martuśką jak ją nazywała, która była jak jedna wielka zaaplikowana w duszę Ani pigułka silnej woli, zaprzestawała na głupich pomysłach. Co jakiś czas mimo strachu, który towarzyszył jej bez przerwy, podejmowały z Martą, która nie podzielała pomysłów z przyjaciółką, jednak która nie potrafiła odmówić, wyjścia na zewnątrz, które zawsze kończyły się fiaskiem. Czasami udało się jej wystać na zewnątrz dwie minuty, które były nadzieją rozpływającą się w przerażonym sercu. - Będzie dobrze mała, zobaczysz- powiedziała Marta, z uśmiechem, który nieomal zawsze rozjaśniał ciemną piwnicę w Ani wnętrzu. - Dziękuje ci że jesteś tak często ze mną, wiem że jestem utrapieniem dla ciebie i wcale nie musisz przychodzić do mnie każdego dnia- popatrzyła na podłogę, gdyż nie chciała patrzyć w oczy przyjaciółce z powodu bezpodstawnego wstydu, który nie dawał jej spokoju- wiele to dla mnie znaczy Marto. - Komunikat do ogólnej wiadomości, pani Anna chyba chce zrazić do siebie swymi komentarzami swą najlepszą jak i z wzajemnością przyjaciółkę- skonstatowała żartobliwie wypowiedź Ani, po czym ciągnęła poważnie- kochanie wiesz, że cię kocham?- Ania skinęła głową- cieszy mnie to, ponieważ będę tu zawsze przychodzić, bez względu na okoliczności, poradzimy sobie z tym problemem. Uścisnęły się i popatrzyły sobie w oczy, jak to robią zakochani, lecz tu nie było fizycznego aspektu miłości tylko bezbrzeżna miłość przywiązania do drugiej osoby, uczucie tak silne, że gdyby miało moc cielesną potrafiłoby przenosić skały. Na drugi dzień po wyjściu Roberta do pracy Ania postanowiła wyjść na zewnątrz, sama bez niczyjej pomocy. Była dobrej myśli, starała się być silna, robiła to dla kochanej Marty, która bez najmniejszego narzekania, bez złego słowa, zawsze z pomocną ręką była przy niej. Robiła to dla swojego męża, którego tak bardzo kochała i któremu nie mogła patrzeć w oczy z powodu palącego wstydu. On również ją kochał i znosił to dzielnie pomagając jej rozmowami i wszelkimi mu znanymi sposobami, którymi posługiwali się psychologowie. Często wyjeżdżał na parę dni do swych znajomych trudniących się w tej samej profesji po to by uzyskiwać jak najwięcej informacji i pomocy, by wyleczyć żonę. Była zima, więc Ania ubrała się grubo włożyła na siebie puchową kurtkę, czapkę zaciągnęła głęboko na głowę. Otworzyła drzwi i poczęła powoli schodzić po stopniach. Była już na pierwszym piętrze, gdy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
fobia — czytnik · opowiadania