Komedia · 12 min czytania
Folklor we Wdzydzach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Napis nad wejściem głosił: "Alkohole i zajzajer całodobowo". Zachęcony pchnąłem drzwi. Sklep sprawiał wrażenie graciarni; całe wnętrze zapchane było różnego sortu maskotkami i wyszywankami ludowymi. Moją uwagę przykuł szczególnie szalik klubowy ze starannie wyhaftowanym napisem: "Na prawo patrzę, na lewo zerkom - dzisiaj skopiemy d..pę Szombierkom. KS Wdzydze". Obok groźnie dyndała flaga klubu sportowego; na czerwonym tle widać było hasło w dwóch wersjach językowych: "Wdzydze rules!" i "Wdzydze pany!". Za ladą siedziała rumiana i tęga niewiasta w kaszubskim stroju ludowym. - Dobry wieczór. Poproszę pół litra "Wdzydzkiej" - powiedziałem uprzejmie. - Nie sprzedajemy alkoholu - odparła rezolutnie kobiecina - tu się mieści gminny ośrodek turystyczny. Bedekier? - Nie sprzedajecie? A ten napis nad wejściem...? - To po to żeby zmylić turystów i zachęcić ich do odwiedzenia naszej placówki. Bo piękna ziemia wdzydzka to prawdziwy, wciąż ulegający erupcjom, wulkan folkloru i nieprzebrane ogrody wielowiekowej tradycji i kultury które... - Naprawdę nie sprzedajecie alkoholu? - przerwałem jej z niedowierzaniem. - Naprawdę. Więc ten folklor, jak już wspomniałam, jest... - Ale to oszustwo! - zdenerwowałem się - to jest wprowadzanie klienta w błąd! - Cel uświęca środki - odparła sentencjonalnie niewiasta i odsunęła na bok uparte piórko z czapki ludowej, które wciąż opadało jej na czubek nosa - ratujemy szerokie masy społeczne przed zachlaniem urlopowym i kacem codziennym, oferując w zamian szlachetną alternatywę czyli bogatą i atrakcyjną folklorystycznie ofertę regionu i ziemi. Bedekier? - Dziękuję - burknąłem niezbyt grzecznie - jest tu gdzieś w okolicy jakiś sklep monopolowy? Orientuje się pani? - Nie ma - odparła z prostotą niewiasta - w gminie Wdzydze nie sprzedaje się alkoholu. W publicznym referendum mieszkańcy powiatu wypowiedzieli się jednogłośnie za wprowadzeniem prohibicji na terenie a władze gminy, bazując w tym temacie na cennych doświadczeniach amerykańskich z lat dwudziestych, przychyliły się do głosu ludu i wydały odnośne przepisy. Słowem: u nas się nie pije i nie konsumuje pod żadnym pozorem. Na ulicy, wśród nocnej ciszy, dało się słyszeć pijackie zawodzenia i czyjąś głośną czkawkę. - Co pani opowiada?! - zdenerwowałem się wskazując ręką drzwi - a oni? Na zewnątrz czyjś nietrzeźwy głos zaintonował właśnie jakąś sprośną piosenkę. - Ani chibi to przyjezdni - odparła spokojnie kobiecina - nasi przecież nie piją. - Przyjezdni pani mówi?! To gdzie kupili alkohol?! - Nie wiem - niewiasta wzruszyła tłustymi ramionami - ale może pan ich o to zapytać. Za oknami rozległy się odgłosy intensywnej bijatyki i wymienianych razów. Któryś z zawodników najwyraźniej oberwał dość mocno bo nagle, podniesionym głosem i w różnych tonacjach, zaczął wzywać kolejno pomocy i ratunku. Spojrzałem niepewnie w ciemną noc. - Chyba sobie odpuszczę - chrząknąłem nieco zbity z tropu. - Całkiem słusznie! - kobiecina ożywiła się najwyraźniej - zatem...bedekier? - Co pani z tym bedekierem - zdenerwowałem się - co to w ogóle jest? Kobieta wyciągnęła spod lady zatłuszczoną książeczkę i wepchnęła mi ją do ręki. - Kaszubski przewodnik turystyczny z tradycjami - oświadczyła z dumą - czyli wszystko co chciałby pan wiedzieć o Wdzydzach i o starym Wdzydzu. - Czemu to niby miałbym się interesować starym Wdzydzem? - zapytałem cierpko. - Bo to syn założyciela Wdzydzów, młodego Wdzydza. To konieczne jeśli chce pan gruntownie poznać historię okolicy. - Stary Wdzydz jest synem młodego Wdzydza? - zapytałem nieufnie - czy to możliwe? - Możliwie. Młody Wdzydz żył bardzo krótko choć intensywnie a stary, jak sama nazwa wskazuje, tylko bardzo długo. Historia zna podobne przypadki pokrewieństwa - niewiasta podrapała się tłustą dłonią po czapce ludowej i pomagając sobie językiem zaczęła liczyć na palcach - Pepin Długi był synem Pepina Krótkiego, Edward Czarnobrody synem Edwarda Rudowłosego a niejaki Kuno z Sochaczewa, choć brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie, był stryjecznym wnuczkiem Ulricha z Mławy. Jak pan sam widzi takie rzeczy się zdarzają i są najzupełniej możliwe. Chrząknąłem niepewnie. - Pomnik młodego Wdzydza stoi w centrum miasta. Może go pan obejrzeć, ale tylko w nocy. - Czemu tylko w nocy? - Bo w dzień przykrywany jest sztuką materiału - wyjaśniła kobieta - żeby nie obsrywały go gołębie. Kupi pan latarkę? - Po co? - Żeby sobie poświecić przy zwiedzaniu. Po ciemku niewiele widać i dlatego, jak powiedziałam, to najlepsza pora na oglądanie pomnika. - Chyba sobie odpuszczę - mruknąłem nasłuchując uważnie tego co działo się na zewnątrz; sądząc po odgłosach biesiadnicy postanowili zmierzyć się ze sobą przy pomocy broni białej i wyrywali właśnie sztachety z jakiegoś ogrodzenia. - Z pomnikiem związana jest bardzo ciekawa legenda - ciągnęła niestrudzenie niewiasta - powiada się, że pomnik żyje, rusza się i chodzi i byli nawet tacy co twierdzą, że chodzili jego śladem. - Gdzie chodzi? - z przerażeniem skonstatowałem, że na zewnątrz połamano właśnie na kimś pierwszą sztachetę. - Tam i z powrotem. Bardzo to ciekawe i bardzo ciekawie chodzi. - Chyba...chyba jednak zrezygnuję z oglądania wędrującego pomnika... - Słusznie. Rozumiem, że interesuje pana raczej rzemiosło - powiedziała kobieta śliniąc palec i przewracając kartkę w bedekierze - mamy tu bardzo ładny skansen... Westchnąłem w duchu. Bitwa uliczna rozgorzała ze zdwojoną siłą a ja ze smutkiem uświadomiłem sobie, że utknąłem w środku nocy w gminnym ośrodku turystycznym. - Skansen mieści się w chacie z drewna a wewnątrz mieszczą się sprzęty z epoki. Całość uszczelniona mchem, zupełnie tak jak w średniowieczu. Bardzo ciekawe. - Mianowicie? - westchnąłem zrezygnowany. - Wdzydzarka do roślin - kobiecina przewróciła kartkę w bedekierze podtykając mi pod nos zdjęcia i reprodukcje - za pomocą tego urządzenia średniowieczni mieszkańcy Wdzydz wydłubywali pestki ze śliwek, jabłek i gruszek. Urządzenie to miało wszechstronne zastosowanie w