Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 27 min czytania

Forgotten Realms: Nieprzekraczalny Termin

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

NIEPRZEKRACZALNY TERMIN (NAIMAD)

Opowiadanie osadzone w świecie Forgotten Realms.

Na trzy dni przed wielkimi żniwami w Everesce zapanowała radość – miasto, pod wodzą Dafyna Muckstare’a odparło kolejną inwazję orków, którzy najeżdżali tę ziemię już od kilku lat. Zwycięska bitwa, podczas której zginęły prawie cztery tysiące orków i trochę ponad tysiąc sił sprzymierzonych, nie mogła zostać nie opita. Miejscowa tawerna przeżywała totalne oblężenie. Czasem brakowało miejsc nawet dla stałych bywalców i elfim piwem trzeba było zadowalać się na stojąco. Mimo przepełnienia, panowała w niej bardzo uroczysta atmosfera.

- Ilu udało Wam się zabić? – spytał swoich kolegów młodzieniec przy jednej z lad – ja nie liczyłem, ale piętnastu na pewno.

Thalon Muckstare był jedynym synem Dafyna Muckstare. Również brał udział w bitwie, i zakończył ją bez uszczerbku na zdrowiu. Thalon był półelfem o niebanalnej urodzie, odzianym w skromne, acz schludne i czyste szaty. Mieszkańcy Evereski powiadali o nim, że jest dwakroć silniejszy od swojego ojca, ale nigdy nie mógł tego potwierdzić żadnym czynem. I nie potwierdził gdyż podczas ostatniej bitwy jego ojciec utłukł tyle orków co on. Mimo, iż stary, Dafyn Muckstare nadal był silny i wytrwały, a dekady cierpień i poniżeń, kiedy to wpadł w Thayską niewolę, zdradzały tylko jego sześćdziesięcioletnie oczy.

- Zabiłem trzech. – powiedział Lacenor, przyjaciel Thalona – ale jeden jechał na worgu, więc można powiedzieć, że czterech. Spójrz co mi zrobił – elf wskazał długą bruzdę na ręce, ciągnącą się od nadgarstka aż po czubek ramienia. – przyznam, że pierwszy raz zobaczyłem miecz w ręku orka. Mało tego – elficki miecz w ręku orka. - Cholerne plugastwo. – mruknął Thalon

Drzwi wejściowe uchyliły się i oczom półelfów ukazało się dwóch młodzieńców. Pierwszy z nich był wysoki niczym dąb, a umięśniony lepiej aniżeli niejeden barbarzyńca. Gładkie rysy elfiej twarzy ukazał dopiero, gdy czyste blond włosy zsunęły mu się z twarzy. Drugi całkowicie kontrastował z tym pierwszym. Był co prawda przeciętnego wzrostu, ale w przeciwieństwie do pierwszego także przeraźliwie chudy. Jeśli kiedykolwiek brał udział w jakieś bitwie, musiał być magiem J.

- Spójrz kto przyszedł. – rzekł Thalon do Lacenora. - Aldwyn i Fen? Nareszcie! Już myślałem, że nie przyjdziecie! – Lacenor odezwał się pierwszy do gości - Czy ja kiedykolwiek rzucałem słowa na wiatr? – spytał Fen - Dobra dobra, wiem, że nie. Przyłączcie się do nas. - Karczma chyba przeżywa skromne oblężenie. – stwierdził Aldwyn - O tak... zaiste, skromne !

Tego dnia Thalon kończył piętnaście lat. Oznaczało to, że jest już pełnoletni i dorósł do samodzielnego życia. Jednak w tym roku zamiast prezentów i życzeń, obudził go ojciec i zaprosił do swojego gabinetu. Przenikliwe spojrzenie Dafyna onieśmielało Thalona, którzy próbował umiejscowić swój wzrok gdzieś w kątach pomieszczenia.

- Spójrz na mnie. – rzekł bezceremonialnie Dafyn. – wiesz chyba, że kończysz dziś piętnaście lat i zgodnie z naszym prawem, jesteś już dorosły. - Oczywiście, że wiem. – nieśmiało odpowiedział Thalon, kiedy Dafyn znów utkwił swoje spojrzenie w jego oczach. - To dobrze. Możliwe, że te urodziny wydały Ci się jakieś inne... pamiętasz, zawsze byłeś witany życzeniami i prezentami, przychodzili do Ciebie znajomi... - No... rzeczywiście.

Thalona zaczęło denerwować gadanie ojca o wszystkim i niczym. Chciał się jak najszybciej dowiedzieć, co takiego się stało, bo sytuacja rzeczywiście nie wyglądała na normalną.

- Opowiadałem Ci kiedyś, że za młodu byłem czynnym wojownikiem, prawda? - Tak... - Podczas jednej ze swoich wypraw byłem zmuszony walczyć z pewnym agentem Zhentarimów.

Thalon słuchał uważnie. Teraz spojrzenie ojca nie onieśmielało go już tak bardzo, jak dotychczas.

- Zabiłem go. Zabiłem go gdyż wiedziałem, że jeśli tego nie robię, to on zabije mnie. – przerwał na chwilę, pociągnął łyk wody i kontynuował – ten człowiek miał przy sobie to.

Dafyn podał Thalonowi pożółkły i bardzo stary zwój. Młody wojownik rzucił na niego okiem i spojrzał Dafynowi w oczy.

- Co to? – spytał - Rozwiń go, a zobaczysz.- odpowiedział Dafyn, a na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech

Thalon rozwinął zwój, otrzepał go od kurzu i uważnie mu się przyjrzał.

- Wygląda jak mapa. – stwierdził - Bo to jest mapa. W miejscu, gdzie widzisz krzyżyk, spoczywa legendarny artefakt – Miecz Wysysania Potęgi. Zawsze chciałem go zdobyć, ale jestem już stary i wątpię, czy w ogóle przeżyłbym podróż na Anauroch... w dodatku dowiedziałem się, że cztery pokolenia temu miecz należał do naszego rodu. Za to ty jesteś młodym, dobrze zapowiadającym się wojownikiem. I tak myślałem... że kiedy mój syn dorośnie, może zechciałby spróbować ten przedmiot odbić? - Jeśli mam wyruszyć na Anauroch... owszem, zrobię to – ale czy jestem już wystarczająco silny, by dać sobie radę? - Nie musisz iść tam sam. Możesz to zrobić z przyjaciółmi, a jeśli będziesz chciał, mogę dać Ci nawet tuzin moich najlepszych wojowników... i tuzin magów. Co prawda niedoświadczonych, ale jednak magów. - Nie chcę iść tam z kimś, kogo nie znam. Wojownicy i magowie odpadają... ale jeśli Fen, Aldwyn i Lacenor zdecydują się ze mną pójść, to owszem, mogę się zgodzić. Pytanie tylko – jak ich przekonać? - Wiesz, synu... jeśli zdobędziesz miecz, bez wątpienia powinien on należeć do Ciebie. Wierz mi, już po kilku walkach tą bronią staniesz się niezwykle silny! A przyjaciele... może skuszą ich tony złota i masa klejnotów, które leżą u stóp Azzirhat? - Raczej nie są przekupni, ale to w końcu moi przyjaciele... jeśli ich poproszę, to na pewno się zgodzą. Ale nie chcę, by zginęli na pustyni z rąk asabi a następnie zostali pożarci przez sępy. - Ryzyko jest zawsze, więc ostateczny wybór należy do Ciebie. Dodam jeszcze, że mapa została znaleziona razem ze zbiorem proroctw mędrca Alaundo, który przewiduje, że w tym roku Anauroch padnie ofiara jakiejś wielkiej magicznej katastrofy. - Hm... sugerujesz, że mam się pospieszyć? - Nie, po prostu chcę Ci powiedzieć, że potem może być już za późno.

Thalon wstał z krzesła.

- Skoro to tak poważna sprawa... to zgoda, zaraz pójdę do Fena i o wszystkim mu powiem. Jeśli dobrze pójdzie, to wyruszymy jutro.

Dafyn skinął głową.

- Co takiego? Myślisz, że ruszę tyłek setki mil na Anauroch w poszukiwaniu byle miecza? Skoro potrzebujesz broni to kup ją u Wenholba, a nie wyruszaj na drugi koniec Torilu! – Fenowi nie podobał się pomysł podróży - Wielka Pustynia jest krajem, który z nami sąsiaduje! Owszem, byłaby to długa i męcząca podróż, ale skoro potrafiliśmy odeprzeć armię orków, to wziąć miecz i wrócić do domu chyba też potrafimy, co? – Thalon mówił bez przekonania – nie był pewny swoich słów. Wiedział, że armia orków to nic w porównaniu z tym, co czeka go na anauroch. - Nie podoba mi się ten pomysł. Pamiętam jednak przysięgę, którą złożyliśmy sobie w dzieciństwie. I mam nadzieję, że ty też pamiętasz – Fen spojrzał na Thalona spode łba - Oczywiście, że pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć - A więc możesz na mnie liczyć.

Fen mówił o przysiędze dozgonnej przyjaźni. Polegała ona na tym, że całą czwórka przyjaciół nacinała skórę nożem i wlewała krew do jednego naczynia. Następnie każdy po kolei kosztował trochę czerwonego płynu. Wyglądało to niesmacznie, ale świadomość dozgonnej przyjaźni trzech wojowników dawała mu motywację do wykonania tego czynu. Aldwyn i Lacenor nie byli aż tak zniechęceni jak Fen i zgodzili się bez namysłu, również uzasadniając swoją decyzję złożeniem przysięgi. Thalon rozpalił ognisko i na ruszcie powiesił mięso ścierwojada.

- Wiecie, że to może być nasza ostatnia przygoda? – zaczął Aldwyn - Zdaję sobie z tego sprawę. Ale każdy kiedyś umrze... czy teraz, czy za dwadzieścia lat... to bez różnicy. – rzekł Fen - Dla elfa nie. – wtrącił się Lacenor – elfy żyją po kilka wieków... a szkoda zmarnować trzysta lat życia dla jednej głupiej przygódki...

Thalon nie był zadowolony, że dyskusja przebiega w ten sposób. Wyobrażał to sobie zupełnie inaczej.

- Spójrzcie na to z innej strony! A złoto? Miecz Wysysania Potęgi? Sława? Wiem, tylko durniom na tym zależy, ale... jeśli ta wyprawa się uda, zapewnimy sobie dostatnie życie – aż do śmierci! – przerwał, po czym spojrzał na Lacenora – dostatnie życie nawet dla elfa. Do śmierci.

Na twarzy Lacenora pojawił się uśmiech.

Wielki Kwartet, jak żartobliwie Thalon nazwał własną drużynę, wyruszył z Evereski jeszcze przed wschodem słońca. Cztery rumaki pędziły przez lasy i puszcze, aż w końcu Kwartet znalazł się na granicy z Anauroch.

- A więc jesteśmy. Przed nami Wielka Pustynia. – oznajmił Fen – dokąd mamy się udać? - Do Azzirhat. – rzekł Thalon – zachodnia strona Wielkiej Góry.

Kwartet podjął podróż. Gorące piaski Anauroch nie sprzyjały końskim kopytom- konie co chwilę się potykały i ugrzęzały w nich niemal po kolana. Sytuacja ta zaczęła denerwować Thalona.

- Nie wiem, czy dobrym pomysłem nie okazałoby się puścić te konie wolno. – powiedział – sami widzicie, jak spowalniają podróż. Szybciej dojdziemy do Azzirhat na piechotę. - Masz rację. Tym bardziej, że to zwykłe szkapy wypożyczone ze stajni. – przyznał Aldwyn - Nie dyskutujcie tyle tylko je wypuśćcie. – rzekł Fen

Aldwyn zmierzył Fena złowrogim spojrzeniem. Wszyscy zsiedli z rumaków. Thalon uwolnił konie od ciężaru siodeł i uzd.

- Założę się, że zdechną z pragnienia. – powiedział Lacenor

Podróż strasznie się dłużyła. Nawet elfie i ludzkie stopy ugrzęzały głęboko w piaskach Wielkiej Pustyni przy każdym kroku. Wszystko byłoby znośne gdyby nie to, że w pewnym momencie rozpętała się burza piaskowa. Drobniuteńkie ziarnka piasku dostawały się pod powieki Kwartetu, ale mimo to nikt nie zaproponował odpoczynku na czas burzy.

Po dwóch dniach podróży Kwartet dotarł do Czarnej Drogi, traktu wiodącego przez całe Anauroch. Połowę trzeciego dnia podążał zgodnie z nim, a po południu skręcił w stronę Równiny Stojących Kamieni. Kwartet minął szereg wielkich głazów stojących na ścieżce. Niecałą milę później wszyscy zauważyli, że ziemia zaczyna dziwnie drgać.

- Co się dzieje? – krzyknął Fen z zaniepokojeniem - Przygotujcie się do walki. – rzekł Thalon i wyjął z pochwy miecz

Tak samo postąpili jego towarzysze. Fen również używał miecza, Aldwyn wolał bawić się sztyletami, podczas gdy Lacenor przygotował łuk, na którego cięciwie ułożył aż trzy strzały. Okrążyła ich chmura dymu, która potem stopniowo ustawała i odkrywała oblicza wrogów. Wszyscy byli humanoidami, o wysokości około dwa i pół metra każdy, z ogonami mierzącymi niemal trzy metry każdy. Ich grube, gruzłowate skóry miały szary odcień, który na brzuchu przechodził w jasnozielony kolor. Oczy bestii były żółte, o pionowych źrenicach, a kończyny wyrastały z ciała pod dziwacznymi kątami. Nikt nie miał już wątpliwości – to asabi. Pierwszy jaszczur rzucił się w kierunku Lacenora, elf jednak zdołał wcześniej zwolnić cięciwę i dwie z trzech strzał trafiły gada w szyję. Kolejne bestie rzucały się na wszystkich członków Kwartetu. Thalon był zmuszony walczyć z trzema jaszczurami naraz. Zamachnął się mieczem i chciał uderzyć w gada, ale chybił. Udało mu się jednak sparować uderzenie włóczni kolejnego przeciwnika i zatopić ostrze w jego szyi. Aldwyn ze swoimi sztyletami nie walczył zbyt efektownie, ale za to efektywnie. Udało mu się powalić cztery jaszczury. Fen walczył bardzo ostrożnie, raczej broniąc się niż atakując, lecz mimo to jego klinga dosięgła gardła jednego z gadów. Uniesieni Aurą Odwagi, która emanowała od Thalona, myśleli, że to już koniec walki. Okazało się, że zostawili jeszcze czterech jaszczurów, z których trójka mierzyła nie dwa i pół, a cztery metry wysokości.

- Co to jest? – Fen nie krył strachu - Żądłogony. Damy radę. – odparł Thalon i rzucił się z mieczem na pierwszego gada

Cięcie trafiło w kolano stwora, zmuszając go do przyklęknięcia. Lacenor zwolnił cięciwę i zatruta strzała dosięga żądłogona, który walczył z Thalonem. Aldwyn ciął sztyletami, jednak sam zyskał paskudną bruzdę na ramieniu po tym, jak jeden z gadów dźgnął go włócznią. Przeszedł do kontrataku i w wyskoku zatopił obydwa ostrza w plecach żądłogona. Fen zabił swojego przeciwnika już na początku całego zamieszania. Został jeszcze jeden asabi, który jednak stchórzył i rzucił się do ucieczki. Zanim zdołał przebiec dziesięć metrów, dosięgła go strzała Lacenora. Gad zapiszczał z bólu i próbował się czołgać. Gdy Thalon podszedł i chciał oszczędzić mu cierpień, ten krzyknął:

- Nie! Nie rób tego! Ghalasek powie Ci o wszystkim! Wszystko powie, ale nie zabijaj Ghalaska, proszę! - A co takiego masz nam do powiedzenia? – Thalon opuścił miecz. - Ghalasek podejrzewa, że przybyliście tu aby wygrabić złoto, zanim wielka katastrofa zniszczy pustynię! – mówił jaszczur piskliwym głosem – tak, na pewno po tu przybyliście, Ghalasek o tym wie! - Wiesz może coś o Mieczu Wysysania Dusz? – spytał Thalon, mimo wszystko gotowy w każdej chwili przebić brzuch asabi’ego ostrzem miecza - O... Ghalasek wie, tak, oczywiście że Ghalasek wie! Ghalasek jest sługą! Pan Ghalaska ma miecz! A Ghalasek jest jednym z tych, którzy go…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%