fantastyka · 18 min czytania
Fragment starego tekstu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
... Po dwóch dniach podróży, zmuszeni byliśmy przywdziać znacznie cieplejsze okrycia. Fale jęły smagać okręt coraz to bardziej srogimi piórami, rozkołysane, jak mniemam, za sprawą nieustannie wzmagającego się wiatru. Nie do pomyślenia było wspinanie się na żagle, a co dopiero na górne gniazdo. I tak nieustannie drałowaliśmy pod pokładem, bo wiatr zmieniał się, a żagle trzeba było przestawiać. Co poniektórzy pod pokładem toczyli spory we względzie naszego kursu, boć nikt a nikt nie był pewien, czy aby zmierzamy w dobrym kierunku. Wszyscy wydawali się zmęczeni, noce stawały się niespokojne, krzyki nie ustąpiły. Wyznać winieniem, iż takowe zajścia nigdy wcześniej nie zdarzyły się nijakiemu człowiekowi, toteż uznaliśmy, że zapadliśmy na nieznaną chorobę, której reguły leżały w napędzaniu do rozumu nocnych myśli, czyli snów. W owych czasach ludzie nie chorowali niemalże przenigdy, zdarzało się to bardzo rzadko, a za to często u zwierząt. Tak oto owe nocne myśli nazwaliśmy snami, a obce były rodzajowi ludzkiemu, przerażonemu, koszmarami wzbudzającymi w sercach trwogę i szybkie jego bicie. Nawet pary, niejako wcześniej nie odstępujące siebie na krok, zdawały się tracić swe więzi z wybrańcami. I stali się przeto ludzie mniej życzliwi, a i rzadkością stały się chwile żartów i radości. Z lekka, nawet Qiav wydawał się jakowyś przemieniony. Nie przejawiał chęci do rozmowy, zamykał się w koi, a jego oblicze przypominało obeschnięte liście, co rusz to powtarzał, że boli go głowa i nie ma ochoty na nic. W nocy wiatr z lekka się uspokoił, tedy mogliśmy spojrzeć z ulgą w gwiazdy. Kilku marynarzy gromadziło pomiary gwiazd, celem wyrównania kursu Agkork. Do świtu brakowało może godziny, a Qiava czekała jeszcze nocno-poranna służba przy sterach, lecz zanim owo nastąpiło mogliśmy spokojnie pogaworzyć. - Hej, Qiav – zacząłem – Zali owe bóle ustąpiły ci z głowy?– zapytałem. – Bowiem wiedzieć musisz, co mnie już ustąpiły, kiedym zaczął wspominać rodzinę. - Zaiste – odparł – Ja to i nie wiem Uri, boć czuję jakoby mnie jakowaś mgła spowiła, co mi widzieć nie daje. I myślom kształtu nadać nie jestem zdolny, boć mnie ciągają po jakowychś rubieżach. A tam mnie trwoga nachodzi. - Hej – krzyknął Nudan - bracia, wasz czas na dzierżenie sterów. - Tak Panie – odparł Qiav. – Pójdźmy zatem. Weszliśmy na mostek ledwie znajdując drogę pośród ciemności, a to za sprawą wygasłego kryształu, który nie oświetlał już pokładu, bowiem przestał świecić następnego dnia po tym, jak szlachetni zapowiedzieli powrót. Pozostawiłem go samotnie utrzymującego kurs Agkork i udałem się do koi. Lecz mój sen nie trwał nazbyt długo. Qiav szturchnął mnie mocno. - Uri – zaczął – wspomóż mnie, boć ster się przyblokował. - Jakże to?! – zabełkotałem przebudzony. - Ster się przyblokował – ciągnął w zadyszce – a i nikt pomocy nie chce mi udzielić, boć wszyscy posnęli i chęci do pomocy u nich nie ma. - Zatem idę – odparłem. Przyodziałem się w pośpiechu, a przy wychodzeniu wparowałem do poniektórych koi, lecz nikt chętny się nie odnalazł do pomocy. Jeno tęgi konoris westchnął i ruszył ospale. - Cożeś to uczynił bracie – warknął będąc na pokładzie, po czym spojrzał na ster. - Nic a nic panie – odprał uniżenie Qiav - przecie jeno trzymam stery. - A niech to – rzekł – a by to tak piorun strzelił, że też tutaj się takowa niemożność okazała. Wdział grubą kamizelę i szykował się do zejścia w dół. Żagle stały nieruchomo, bo okręt odchylił się od wiatru. - Eeeee ! – wybełkotał konoris – Toć tam nic nie widać! Nim zdążył wypowiedzieć ostatnie słowo, usłyszeliśmy potężny, głęboki ryk, co rozległ się kole żaglowca jakoby był się wydostał z paszczy stumilowego potwora. Nikogo za wyjątkiem nas nie było w tej chwili na pokładzie. Zamarliśmy. Chwila ciszy i drugi ryk, tak potężny, że pokład zadrżał w jego otchłani. Qiav odruchowo chwycił mnie za rękę, a była zimna jak lód. Zwinnym, niewładnym ruchem pochwyciłem linę odrzuconą z obsuwającego się masztu, przylgnąłem do niej jak do matczynej piersi. Naraz poczuliśmy gwałtowne uderzenie w lewą burtę, potem trzask łamanego drewna i niebywały huk. I naraz trzeci głęboki ryk i powtórne wstrząsające uderzenie. Na naszych oczach Agkork przełamywała się na dwie części, a my dyndaliśmy uczepieni zwisającej jeszcze z masztu liny. Przeraźliwy huk zgniatanego i łamanego drewna przeszył nasze uszy. A w mroku dostrzegłem jedynie zarys ogromniastego łba, który wżerał się w pokład niczym krokodyl. W bladym świetle księżyca ujrzałem jak wznosi się na kilkanaście stóp i ciężarem łamie kadłub. Ludzie ze środkowych koi wylatywali jak wióry, gdy potwór jął grzmocić okręt z dołu. I rozpoczął się wrzask ranionych uderzeniem ludzi. Potwór wgryzał się w środek Agkork pożerając tym samym wypływających z niego przerażonych ludzi, konoris i egosów. Widzieliśmy to na własne oczy, jak ludzie konali wołając o pomoc w bryzgach krwi. Rozpoczął się krwawy akt, rozgrywający się pośród krzyków i nawoływań, trzasku łamanych kości. Ludzkich ciała, konające w sekundzie pośród pisku i zgrzytu kadłuba, a my nic nie mogliśmy zrobić. Drżeliśmy porażeni jak od pioruna. Wyłupiłem oczy i patrzyłem. Ludzie wołali elousieu, krzyczeli swoje imiona. Potworny wrzask, choć to nie docierało do moich uszu, byłem zesztywniały. - Pomocy ! ludzie ! Maristug ! Anemonie ! – słychać było krzyki kobiety. Maszt jeszcze stał, a przez to utrzymywaliśmy się na pokładzie. Po niewczasie, jednako okręt począł się zanurzać, a zaraz za tym żagiel poległ w wodzie. Przyjaciel nadal trzymał się mnie mocno, gdy znaleźliśmy się w lodowatej wodzie. Nie byłem świadom tego co działo się kole mnie, byłem do tego nie zdolny i gdy okręt zaczął z bulgotem zanurzać się w morską toń, nadal trzymałem się sznura, aż dziw. - Dzierż owo! - usłyszałem jakiś głos, który mnie oprzytomniał. Ktoś podał mi mocną rękę. Oto dzielny konoris ruszył nam na pomoc. Pochwycił nas mocną ręką, a niewiele brakowało aby sznur pociągnął nas pod wodę. - Zbliżcie się – szepnął drżącym głosem - Trzeba wam dzierżyć owego drąga i ani ruchu. Drąg utrzymywał nas na powierzchni w bezruchu. Po zatonięciu okrętu, zrobiło się cicho, a ziąb był tak przeszywający, że czułem jakby nogi mi odpadły. W ciemnościach odzywały się głosy, bowiem poniektórzy unosili się jeszcze na powierzchni, samotnie czekając na świt. Wnet jednak odezwały się przeraźliwe krzyki i wołanie o pomoc. Co rusz ciemność jęły przecinać przeraźliwe jęki konających w paszczy owego potwora, co atakował teraz z głębin. Czekałem na swoją śmierć, przed oczyma jawiło mi się własne ciało bryzgające krwią, rozrywane przez szczęki potwora na drobne kawałki. Nie mogłem otrząsnąć się z owych wyobrażeń pełnych trwogi i rozpaczy, jakby w głowę wbijał mi ktoś wielki żelazny pal. Wprost przed mymi oczyma widziałem już jedynie śmierć. Qiav grał zębami jak na kowadłach, jeno konoris trwał w ciszy i ostrzegał co by się nie ruszać. Gdy zrobiło się nieco jaśniej, Gorlojk podpłynął do dryfujących bezładnie grubych bali, wślizgnął się na nie i począł z wolna wiosłować ku nam, posługując się krótką dechą. Qiav wyglądał jakby był już trupem. Konoris szeptał z oddali, co by się nie ruszać i jak mniemam jedynie on był teraz przy zdrowych zmysłach. Wykaraskaliśmy się na owe bele, przypominające fragment poszycia i poczęliśmy cicho nawoływać, czy aby ktoś nie został przy żywych. Gdzieś w oddali ktoś się odezwał i jął drałować z pełną werwą. Naraz wielki łeb wynurzył się przed łodzią i wchłonął ową postać, która nie wydała nawet jęku, a my opadliśmy zmrożeni na łódź. Qiav trząsł się jakby konał, a ja nie mogłem złapać równowagi, ręce nie chciały mnie słuchać, nogi plątały się w sznurach. Gorlojk podał nam ostre noże elousieu, po czym zdzielił nas po twarzach, aż oprzytomnieliśmy odrobinę. Po godzinie, gdy nastał już brzask, potwór zdawał się był odpłynąć, toteż głośniej poczęliśmy nawoływać, jednak już nikt się nie odezwał. Z rana okazało się, że przeżyliśmy jedynie my trzej, a i to dzięki sile Gorlojka, który zdołał w ciemnościach skompletować parę drewnianych kłód, wiążąc je liną jak tratwę. Ów obraz, który ujrzeliśmy nazajutrz był niezmierzonym pobojowiskiem, urastającym we mgle do istnej nekropolii, wszędzie pływały fragmentów poszycia, resztek żagli, zawartość ładowni, beczki, skrzynie, wyszczerbione beli i ludzkich ciał. Tak również, ludzkich ciał lub też ich fragmentów splątanych w linach. Umieraliśmy z zimna, trzęśliśmy się w obliczu otaczającego nas pustkowia wzburzonych fal. - Uri – krzyknął Goro – natrzyj mu nogi, a i sobie. - Tak panie – mimowolnie odparłem. - Uristiah – ciągnął dalej Goro – Trzeba nam więcej kłód do siebie przygonić. Boć to za…