Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 54 min czytania

Fragment Starożytnych

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Obcy, najazd, walka I - W galaktyce istnieje wiele światów. Niektóre z nich były kiedyś zamieszkane, na niektórych dopiero rodzi się życie, są nawet takie gdzie życie dopiero się pojawi. Jest taki świat, na którym życie istniało już od bardzo dawna. Starożytna, tajemnicza rasa władała tą planetą, którą obecni zwą Ragsh. Dziś jednak starożytni zniknęli, a teraz młody gatunek rządzi się na niej swoimi własnymi prawami. Gdzieś na tym świecie stoi samotna wieże, monumentalny ślad dawnych czasów, niemy świadek potęgi i upadku wielkiej cywilizacji, której współcześni nadali nazwę Mudan. Wieża ta została w niezwykły sposób uczyniona twierdzą kluczy i drzwi. Wewnątrz niej znajdują się portale do innych światów, często odwiedzanych przez Mudan. Od czasu, gdy starożytni zniknęli, zabierając ze sobą tajemnice, większość portali stała się jednostronna, tj. Ragshanie mogą przechodzić przez te bramy w obie strony, ale nikt z zewnątrz nie może dostać się na Ragsh. Zdarza się jednak, że w świecie, do którego dany portal prowadzi pojawi się istota, która ma w sobie moc starożytnych, jest podłączona w jakiś sposób do serca planety. Wtedy portal taki otwiera się w obie strony i z tego świata mogą przybywać nie-Ragshanie o ile oczywiście znają położenie portalu. Od wielu lat Ragshanie przechodzą przez aktywowane portale i uśmiercają istoty obdarzone niezwykłymi mocami starożytnych, pilnując, aby wszystkie portale były zamknięte. Badacze, którzy są na tyle odważni bądź głupi by szukać powodów takiego działania, natrafiają albo na śmierć ze strony agentów Rady, albo docierają do strzępów historii, którą skrywa w sobie tajemnicza wieża. Jak głosi legenda rasa Mudan zniknęła gdy wszystkie wrota były otwarte w tym samym momencie. Niektórzy naukowcy łączą te wydarzenia z niemal całkowitym zniknięciem życia na Ragsh. W pewnym momencie historii większość zwierząt i roślin po prostu wyparowała nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Bardzo rzadko można spotkać tzw. białe cienie, wypalone w zakamarkach opuszczonych jaskiń lub głęboko w lodowcach. Obecnie funkcję najwyższego opiekuna wieży pełni Dorn Sen, Siódmy z Czternastu. Ragshanin z wybujałymi ambicjami, przesadnym poczuciem własnego ego, lecz wiernie oddany Radzie. Doskonale radzi sobie w takim zamieszaniu jak teraz. Pierwszy raz od wielu pokoleń niemal jednocześnie otwarły się cztery portale. Nie był to powód do większych zmartwień, gdyż znanych wrót w wieży było około tysiąca, ale jednak Rada wydała co do tego bardzo rygorystyczne zalecenia. Agenci byli już w trzech światach, szukając nosicieli energii starożytnych, a w wieży trwała ostatnia odprawa. Jak zwykle był przy niej Opiekun, kilkunastu inżynierów, żartobliwie nazywanych światowcami, oraz agent. Tym razem agentem tym był Lit Vora, jeden z bardziej doświadczonych łowców, wielokrotnie zresztą odznaczany. Stał ubrany w specjalnie spreparowany kombinezon podający mu odpowiednią mieszankę azotową. Trwało programowanie holografu. Pomieszczenie było w zasadzie potężnym laboratorium komputerowym, wszędzie przetwierali się Ragshanie, a w środku stał duży holoprojektor. Opiekun przemówił do Lita. - Spójrz łowco. - Wskazał na obraz niebieskiej planety. - To jest twój cel. Ziemia... - Lit wpatrywał się w niewielki glob. - W świecie czterdzieści siedem panują następujące prawa fizyczne. - Rozpoczął jeden z techników. - Przyśpieszenie Rotera wynosi jedną czwartą tau, w skład atmosfery... - Przestań. - Lit brutalnie przerwał mu wypowiedź. - Nie interesuje mnie to... Powiedz lepiej, jaka jest atmosfera? - Technik nieco się zdziwił, ale kontynuował wypowiedź. - Podobna do naszej, trochę więcej substancji aktywnych. Nasze płuca reagują na to większą wydolnością. - I to mi wystarczy. - Stwierdził znudzony, gdy odpinano mu kable programatora. - Włącz hologram. - Rozkazał Opiekun. Powierzchnia ciała Lita zamigotała, wydawało się, że zmalał. Zniknęły drugie ręce. Ubranie stało się syntetyczne i niezbyt stylowe. - Nasz wywiad donosi, że tak wyglądają przeciętni Ziemianie... - Łowco. - Gdy opiekun mówił wszyscy automatycznie zamilkli. - Do tego zadania otrzymasz broń klasy pierwszej. - Lit się zdziwił, lecz nie dał tego po sobie poznać. - Wolno ci też wziąć jeden ze swoich mieczy. Potraktuj to jako zaszczyt. - Ragshanie z kasty łowców zawsze namiętnie polowali przy użyciu swoich mieczy. - Czemu to zacny Opiekunie mogę wziąć swoją rytualną broń? - Pozwalam ci na to Łowco, gdyż straciłem na tym świecie zbyt wielu agentów. Idź teraz. Czeka na ciebie zadanie... - Lit ukłonił się i ruszył w stronę swojego sanktuarium. Prowadził go jeden z techników, lecz wciąż czuł na sobie wzrok Opiekuna. Przeszli przez labirynt tuneli i wind. Zgodnie z tradycją Lit samotnie wszedł do swojej kryjówki i wyszedł z niej bez żadnych widocznych zmian. Sztuka kamuflażu broni wywodziła się jeszcze z zamierzchłych czasów, jeszcze przed opanowaniem techniki atomu. Technik dalej prowadził go w milczeniu aż stanęli przed portalem. Wyglądał jak falujące lustro, które częściowo odbijało tą stronę a po części pokazywało, co znajduje się za nim. Obraz z drugiej strony był nieco niewyraźny, mieszały się w nim kolory, zielony i brązowy zlewały się w jedno, jedynie góra była niebieska. Strażnik wpierw się ukłonił i rozpoczął rozmowę. - Silny smog uniemożliwia nam namierzenie celu dokładnie. Znowu cywilizacja techniczna. - Pomyślał Lit. - Startowa strefa rozciąga się na dwa garmy. Ale skaner na miejscu się dostosuje do zmian pola i dzięki temu będzie można wytropić cel. - Podał Litowi niewielkie urządzenie, w zasadzie był to sam ekran z naniesioną siatką. Standardowy czujnik dalekosiężny. Strażnik podał mu też broń. Lit obejrzał ją ze wszystkich stron. Była fuzją pistoletu, miecza i bicza. Taki mały niezbędnik. Rzadko spotyka się taką broń, gdyż jak głosi plotka, jeden Ragshanin uzbrojony w to maleństwo może spokojnie rozbić w pył legion wojska. Strażnik chwycił za puchar, który stał obok portalu, Lit odruchowo sięgnął po drugi. - Za tych, którzy nie wrócili. - Stwierdził strażnik podnosząc kufel do góry. - I za tych, którzy nie wrócą. - Wychylili zawartość i Lit roztrzaskał swój kufel o ziemię. Bez rozglądania się wszedł w portal. Wydawało mu się, że idzie przez bagno. Poruszał się bardzo powoli, ale widział jak gwiazdy mijają go szybciej od światła. Po chwil stał już w lesie. Pociągnął nosem, lecz nie czuł żadnych nietypowych zapachów. Tu były tylko drzewa, może inne niż na Ragsh, ale tylko drzewa. - Gdzie ta cywilizacja? - Głośno się zdziwił. Dotknął liści i poczuł pod palcami rosę. Skaner zasygnalizował gotowość do pracy. Hologram ukrywał nawet to, co miał przypięte przy pasie, więc gdy po niego sięgnął skaner dosłownie pojawił się w powietrzu. Wskazywał ćwierć garma. Czyli jakieś piętnaście minut marszu. Szedł nawet trochę dłużej, gdyż przyglądał się otoczeniu. Zastanawiał się, jaka to niezwykła zwierzyna może kryć się w odmętach tej kniei. Zmartwił się, gdyż powoli zaczął zauważać ślady cywilizacji. Jakieś porozrzucane chaotycznie śmieci, sztuczne karmniki i wydeptane ścieżki. Nawet zapach zaczął się zmieniać. Gwiazda, która dawała całe światło tej planecie, powoli chyliła się ku zachodowi. W pewnym momencie wszedł na teren, który nieco przypominał mu stare parki na Ragsh. Zauważył nawet coś, co było jedynie nędzną imitacją olbrzymich teatrów z jego rodzimej planety. Niechlujnie zaprojektowana i pomalowana w obrzydliwe wzory. Na samym szczycie siedziało dwoje Ziemian. Skaner wskazywał, że jedno z nich jest tym właściwym. Ruszył w ich stronę. Pokonywał po dwa, trzy stopnie na raz, gdyż tutejsza lekka grawitacja była niczym trampolina w stosunku do warunków z domu. Przyglądał się im, lecz stali w taki sposób, że skaner nie mógł wskazać jednoznacznie właściwego celu. Postanowił się zabawić. Dotknął niewielkiego urządzenia za uchem i po symfonii pisków powoli zaczynały do niego dochodzić przetłumaczone słowa. Po chwili intertranslator działał w pełni sprawnie. Mógł mówić i słuchać języka Ziemian. Zauważył ich spojrzenia, które padły na niego. Teraz rozpoznał, że były to ssaki. Jeden osobnik był samcem a drugi samicą. Oczy samicy były dziwne, ale samiec wydawał się jeszcze bardziej nieokreślony. Patrząc w oczy tegoż samca poczuł narastającą nienawiść i uczucie, którego nie czuł już dawno temu, ten niezwykły moment na polowaniu, gdy łowca staje się zwierzyną. Wszedł i usiadł jakiś kawałek obok nich. Czuł na sobie ich wzrok. Ukradkiem zerknął na skaner, który przełączył na dokładne badanie. Pojawiły się na nim trzy odczyty. Jeden był jego, co szybko rozpoznał, drugi był samicy, która okazała się być celem, lecz trzeci wprawił go w osłupienie. Jeszcze nie widział takich wyników. Nawet najstarsi z rady nie mają takich fal, gdyby nie bliska zeru wartość odczytu cechy Mudan pomyślałby, że to jest jeden ze starożytnych. Z całą pewnością tak nie wyglądali. Byli może trochę niezwykli, przynajmniej jak na okazy z którymi Lit toczył walkę. On był niemal w kompletnej czerni a ona nosiła się na czerwono, zupełnie jakby należeli do jakiś kast. - Zamyślił się Lit. Zdziwiło go też to że samiec nosił na sobie skórę z jakiegoś lokalnego zwierzęcia. Nie pasowało mu to do technologicznych czasów... Starał się przysłuchać ich rozmowie. Ale gdy w końcu na chwilę zamilkli postanowił działać. - Muszę ci coś powiedzieć. Ja... - Powiedział samiec, lecz nie skończył, gdyż ujrzał jak miotacz pojawił się w dłoni Lita. Wydarzenia potoczyły się jak w zwolnionym filmie. Lit zdążył wycelować w samicę i pociągnąć za spust. Jakimś cudem samiec zdążył odepchnąć samicę i przyjął cały strzał. Co zdziwiło Lita samiec nie wyparował tylko zerwał z szyi płonący medalion, który skrzył się niczym supernowa. Gdy medalion wylądował na ziemi eksplozja zmusiła go by zamknął oczy. Gdy je otwarł zobaczył jak samiec pełen wściekłości biegnie w jego stronę. Nie chcąc ryzykować wystrzału, wyprowadził cios w brzuch samca, przez co ten zwolnił tempo, ale impet pozostał. Choć samiec był mniejszy od Lita to jednak jego rozpędzona masa przewróciła ich obu na ziemię. Lit z całą pewnością by wygrał ten pojedynek, gdyby nie to, że zachował się jak amator. Nie wiedział, co było za nim i lecąc w tył nie próbował się asekurować. Gdy uderzył głową w metalowe rurki stracił przytomność. Ocknął się, kilkanaście minut później. Głowa mu pulsowała a świat wokół wirował. Rozejrzał się po okolicy. Ani samca ani samicy nigdzie nie było. Zabrali również broń i skaner. Był to dla Lita dyshonor. Pokonała go jego własna zwierzyna. Stwierdził, że i tak obróci to na swoją korzyść. Wyciągnął swój miecz. Jego powyginana, lekko niebieskawa powierzchnia błyszczała się nawet przy tak niedużej ilości światła. - Polowanie czas zacząć. - Powiedział i wciągnął powietrze głęboko do płuc. Zakodował w pamięci oba zapachy, które wciąż go otaczały. Oba wyraźne i banalnie proste do wyśledzenia. Zatknął miecz za pasem, rozejrzał się wokół i ruszył za zapachami. Z każdym krokiem zapach gęstniał, ale zwiększała się też ilość innych Ziemian, więc przez chwilę zwolnił pogoń. Musiał nawet się wrócić. Ale szybko odnalazł właściwy trop i podążył jego śladem. Miasto zgęstniało. Wzrostem wystawał, co najmniej o głowę nad tubylców, lecz oni widząc jego holograficzną powłokę nie zwracali na niego większej uwagi. W oddali dostrzegł tych Ziemian, których ścigał. Rozmawiali, zupełnie się nie przejmując pogonią. Może nawet o niej nie wiedzieli. - Ostania myśl zdziwiła Lita. Ta odległość nie przeszkadzała mu ich słuchać. Rozmawiali o nim, ale po chwili znów przerwali. Wzmacniacze pracowały doskonale. - Co chciałem mi powiedzieć? - Spytała samica. - Ja... Chciałem ci powiedzieć, że... - Samiec przerwał. Litowi zdawało się, że samiec go wyczuł. Wepchnął samicę do alejki, która odchodziła od głównej ulicy i krzyknął na nią by uciekała. Stanął przed wejściem i wpatrywał się w hologram. Momentami Litowi zdawało się, że samiec spogląda mu w prawdziwe oczy, choć od razu wmawiał sobie, że to nie prawda. Dobiegł w końcu do samca, który przybrał bojową pozycję. Zauważył swoją broń zatkniętą za pasem. - No i co sukinsynu?!? - Samiec rzucił w jego stronę, próbując odciągnąć jego uwagę od celu. Lit był zbyt doświadczonym łowcą by dać się złapać na taką sztuczkę. Ucieszył się jednak, że samiec jej spróbował. Będzie w końcu jakimś wyzwaniem. Warknął tylko w jego stronę, dając mu do zrozumienia, że zajmie się nim później i przeskoczył nad nim. Biegł aleją, która kończyła się rozwidleniem. Dobiegł do niego, pociągnął nosem i rzucił się w prawą stronę. Po chwili zauważył jak samica ucieka przez kolejny zakręt. Wyciągnął miecz. Gdy za nią biegł odmawiał w umyśle starą modlitwę. Gdy skręcił za nią aż się ucieszył. Z tego zaułka nie było wyjścia. Wysoka metalowa siatka stanowiła drogę nie do przejścia, a wszystkie drzwi były najwyraźniej zamknięte. Połasił się nawet na śmiech. - Ha, ha... - Powolnymi krokami zbliżał się do swojego celu. Samica opierała się o jedną ze ścian. Był od niej na długość miecza, ale wtedy coś kazało mu spojrzeć poprzez siatkę. Tam stał samiec trzymając miotacz w dłoniach. Lit dostrzegł, że ma palec położony na spuście, wykona tylko drobny ruch i strzeli. Odsunął się od samicy. Wbił miecz w ziemię i dotknął pasa. Samica krzyknęła, gdy zniknęła iluzja. Spojrzał jeszcze raz na samca, potem na samicę i znowu na samca. Krzyknął wniebogłosy i chciał rzucić się w stronę samicy. Samiec był szybszy. Siatka spłonęła od razu. Lit się zatrzymał. Najpierw zniknęła skóra, zaraz potem mięso a na końcu kości rozpadły się w proch. Samiec podszedł do samicy, pomógł jej wstać. Spojrzeli na niewielkie urządzenie, które właśnie zaczęło emitować dość wysoki dźwięk. Samiec je rozdeptał.

II - Nikt tak na dobrą sprawę nie znał całej historii Wieży, same legendy były sprzeczne. Jedne mówiły, że Wieża była budowlą stricte magiczną, co potwierdzały tajemnicze znaki i same portale, inne z kolei głosiły, że budynek ten miał nieco inne przeznaczenie, a portale pojawiły się dopiero później. Na tym świecie było kilka dużych kontynentów, sama planeta była zresztą sporych rozmiarów. Obecnie dominująca cywilizacja rozwinęła się na innym kontynencie i gdy zaczęła odkrywać ruiny starożytnych ich rozwój gwałtownie przyśpieszał. Niektórzy filozofowie Ragsh mówili, że ten rozwój nastąpił zbyt szybko, głosili tezy mówiąc o zbyt prymitywnej cywilizacji dla takich technologii. Faktem było jednak to, że nauczyli się wykorzystywać to, co starożytni zostawili im w spadku. W pewnym momencie nawet nauczyli się to wytwarzać i rozwijać. Wieża była takim przykładem. Sam kolosalny budynek Wieży miał wiele niezrozumiałych tajemnic, takich, które przyczyniły się do rozwoju całej cywilizacji. Na przykład system zaawansowanej kanalizacji przetwarzającej odpady był czymś wręcz doskonałym. Zadziwiały też uniwersalne toalety, które przetrwały nawet próbę czasu. Wieża była tak zbudowana, że praktycznie nie wymagała konserwacji. Z badań, które nad nią prowadzono wynikało, że naprawia się sama i posiada pewną dozę własnej inteligencji - Wieża musiała zaakceptować nowy sprzęt i gdy to zrobiła, praktycznie naprawiała go sama. Pracownicy fizyczni nie mieli wiele do roboty. Było też coś zachwycającego. W kilku pomieszczeniach można było odczuć drżenie. Choć minęło tyle lat to wciąż odrywano nowe pomieszczenia i tunele, sam budynek miał trzysta dwanaście pięter nad ziemią i nie wiadomo dokładnie ile pod nią. Znane były dopiero cztery takie pomieszczenia. Dwa z nich opanowali badacze prowadząc w nich różne eksperymenty. W trzecim mógł być tylko Opiekun, często w nim medytował, a czwarte pomieszczenie było najbardziej tajemnicze. Ragshanie byli w nim tylko raz, później Wieża nie pozwalała do niego wejść tworząc nowe przeszkody, gdy tylko usuwano stare. Odkrywano również, że niektóre z pomieszczeń, jak również to, zmieniały swoje położenie w budynku. Dorn Sen siedział w swoim medytorium, próbował się skupić na obrazach, jakie dochodziły do jego umysłu. To niewielkie pomieszczenie miało niezwykłe właściwości, których nawet nie próbował zrozumieć. Miał jedynie nikłe podejrzenia, co do natury zjawisk w nim zachodzących. Zauważył kilka drobnych zmian, które w nim zachodziły pod wpływem medytacji w tym pomieszczeniu. Stał się nieco bardziej aktywny, choć dużo czasu poświęcał na rozmyślanie. Jego mięsnie wzmocniły się a i umysł stał się silniejszy. Czuł bardzo silny związek z Wieżą. Jego rozmyślania przerwał obraz, który wszedł do jego umysłu z konturami tak wyraźnymi, że aż bolesnymi. Widział jeden z wielu starych symboli Mudan. Mudanie wierzyli kiedyś w wielu bogów, którzy mieli przybyć z innych światów by pomóc w rozwoju ich własnej cywilizacji. Choć ich nazwy zatarły się w historii, część legend przetrwała. Symbol, który widział oznaczał boga piorunów, jednego z najważniejszych w starym nieboskłonie. Ów bóg chronił cały lud Mudan przed strasznymi potworami z innych światów. Jego potężna siła i wewnętrzna siła koncentrowała się w magicznym młocie, który otrzymał od podziemnych istot z innego świata. Ten symbol był odzwierciedleniem tegoż młota. Sen oddał się całkowicie obrazom zalewającym jego umysł. Magiczny symbol zawieszony w wielkiej otchłani, delikatnie wibruje. Pojawia się Ragshanin, Lit Vora, strzela w symbol z broni, którą Sen mu dał. Symbol pochłania energię wystrzału. Zmienia się. Oddaje zmienioną moc istocie, która go nosi na szyi, Sen rozpoznaje w istocie Ziemianina. Potem, znów w samotnej przestrzeni wybucha. Sen budzi się cały spocony. Orientuje się, że to co widział nie było jedynie senną marą a czymś więcej. Nieco rozkojarzony wraca do swojej kwatery. Siada w wygodnym fotelu i stara się zebrać myśli. Z kontemplacji wyrywa go dźwięk komunikatora. Charakterystyczny odgłos mówi mu, że jest to ktoś ważny, ktoś z Rady. Zrywa się na nogi i prostuje przed ekranem i włącza odbiór. Na ekranie pojawia się Najstarszy. - Młody Opiekunie... - Mówi w dziwny sposób, nieco urywanymi słowami. - Właśnie odczuliśmy coś dziwnego... Czy w Wieży wszystko jest w porządku? - Sen wahał się przez chwilę, ale w końcu złożył zdanie. - Nie wiem panie. Miałem wizję w astralnym pomieszczeniu... - Znów na ułamek przerwał. - Widziałem... - Najstarszy się wtrącił. - Wiemy, co widziałeś młody Opiekunie. My, Wysoka Rada, też to widzieliśmy. - Rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Komputer wyświetlił identyfikację jednego z techników. - Przepraszam na moment panie. - Powiedział Sen i zwrócił się do drzwi. - Odejść! - Rozkazał. Z drugiej strony doszedł go nieco zdenerwowany głos technika. - Wielki Opiekunie, wybacz, że ci przerywam twoje zajęcia, ale doszedł do nas sygnał śmierci... - Co?!? - Krzyknął Sen. - Wpuść go młody Opiekunie. - Przemówił obraz Najstarszego. Sen przyjął rozkaz. - Wejść! - W drzwiach stanął technik, jeden z wielu odpowiedzialnych za transmisje danych. - Mów. - Wybacz panie, że przerywam... - Gdy technik zobaczył, z kim rozmawia Opiekun padł na kolana i zaczął mamrotać modlitwę do Rady. - Powstań młody techniku... - Ponownie przemówił Najstarszy. - Powiedz co miałeś do powiedzenia, My cię słuchamy... - W... Wie... Wielka Rado... - Dukał technik. - Z czterdziestego dziewiątego świata doszedł do nas urwany sygnał śmierci. - Identyfikacja? - Spytał Opiekun. - Tak panie. - Odparł technik. - Starszy agent Lit Vora. - Technik nie potrafił się zdecydować czy ma wyjść czy nie. Opiekun zauważył to wahanie. - Wyjdź. - Stwierdził krótko i nie odzywał się aż do momentu zasunięcia się drzwi. Spojrzał na ekran i zobaczył twarz Najstarszego, na której nie było widać żadnej zmiany, nawet cienia emocji. Jakaż to doskonałość, jaka samokontrola. - Podziwiał w duchu Sen. - Opiekunie... - Głos Najstarszego był spokojny. - Wybacz panie. - Sen zamyślił się nad sytuacją. - Proszę o wyrażenie zgody na wysłanie oddziału Cieni. - Najstarszy cofnął się od ekranu o kilka centymetrów. Sen tylko po oczach mógł powiedzieć, że Najstarszy myśli. - Zgadzamy się. Informuj nas na bieżąco. - Sen ukłonił się. - Tak jest panie. - Ekran zgasł. Sen stał przez chwilę myśląc, ale wybudził się z letargu. Przez konsolę wywołał dowódcę oddziału Cieni, który stacjonował w Wieży. - Caro, zbierz oddział, mam dla was zadanie. - Wyłączył ekran i zaczął się zastanawiać. Przywoływał swoją wizję w pamięci i starał się ją analizować. W końcu sięgnął po jedną z książek i zaczął czegoś szukać. Znalazł to, co chciał i to go trochę wystraszyło. Czyżby kolejna starożytna legenda miała się ziścić? - Skołatane myśli buszowały po jego głowie. Czytał z zapartym tchem kolejne wersy legendy. Zatrzymał się przez chwilę na jednym fragmencie. "Łowca wyszedł ze świata naszego Magiczną mocą dysponując Zmienił wygląd ciała swojego Niczego dziwnego nie czując.

I spotkał on wyznawcę starego Boga. Który silny opór mu stawił. Gdy go zobaczył, ogarnęła go trwoga Już nigdy nie będzie się bawił.

Starzy bogowie zainterweniowali Wciąż silni w potęgę. Od dawna rzeczy nie zmieniali Ponownie utworzyli magiczną wstęgę..."

Dalej był już tylko bełkot o tajemniczych prorokach i zagładzie wielu ze światów. Sen odłożył książkę próbując znowu się skupić na zadaniach, które leżały na jego barkach. Kilkadziesiąt minut później był już w sali odpraw a wraz było dwóch Ragshan, jeden technik i Jean Caro. Technik przygotowywał monitory. - O godzinie osiemnastej dwadzieścia cztery otrzymaliśmy sygnał z killswitcha starszego łowcy Lita Vora. - Mówił spokojnie Sen. - Duży smog zakłóca transfer z skanera i dlatego mamy tylko wizerunki, które Vora zdołał wzmocnić przez swoje wewnętrzne baterie. - Na ekranie pojawiły się wizerunki dwojga Ziemian, Caro nieznacznie kiwnął głową a Sen zamarł. Jedną z tych istot już widział. W wizji. - Coś się stało? - Caro zauważył konsternację Opiekuna. - Nie... Tak, ale po kolei. Vora miał zlikwidować nosiciela znaku starożytnych, czyli pokazaną samicę. - Obraz Ziemianki zwiększył się na cały obraz i zaczął się obracać. - Coś poszło nie tak i Vora nie zdołał jej usunąć. Co więcej miał przy sobie miotacz trzeciej generacji klasy pierwszej. - Yhm. - Przytaknął Caro. - Rozumiem. Opiekun wykonał nieznaczny gest ręką. Technik ukłonił się i opuścił pomieszczenie - ? - Caro wyraźnie się zdziwił. - Jest jeszcze coś. - Opiekun pozwolił sobie na zdenerwowanie. Z Caro znał się już od wielu lat i od bardzo wielu lat uważali się za przyjaciół. - Caro, ten samiec. - Na ekranie pojawił się ponownie obraz samca. - Ja go widziałem w wizji. On... - Urwał. - Jemu chyba pomagają starzy bogowie. - Nie rozumiem, jacy starzy bogowie? - Brakuje mi czasu by ci to wyjaśnić... Oficjalnie priorytetem waszej misji to zlikwidowanie nosiciela, ale ja mówię ci to jak przyjacielowi. Najpierw usuńcie tego samca, potem to będzie jak spacer po parku. On jest groźny, bardzo groźny, choć może nawet o tym nie wie. - Dobrze. - Oparł Caro. - Dziękuję. Mój oddział jest gotowy, możemy wyruszać w każdym momencie. - Znasz już dane z pierwszych dwóch skanów? - Spytał Sen. - Tak. - Pozostaje mi tylko życzyć ci szczęścia. - Dziękuje Opiekunie. - Caro wstał. - Jean... - Sen niepewnie zaczął. - Tak? - Bądźcie ostrożni. - Caro tylko kiwnął głową złożył wszystkie cztery ręce w gest czci i wyszedł z sali. Musiał przygotować swoich chłopców.

III - Caro stanął przed wejściem do sal żołnierzy. Zebrał ostatnie myśli i wszedł. Wszyscy obecni wstali i zasalutowali w klasyczny sposób. - Spocznij. - Rozkazał Caro i rozejrzał się po wszystkich żołnierzach. Miał do dyspozycji jeden z najlepszych oddziałów na całej planecie a i tak miał złe przeczucia. Tylko na nich rzucił okiem a już wiedział wszystko, co chciał. Od prawej. Najpierw bliźnięta. Najlepsi snajperzy chyba w całej galaktyce, Anram i Marna, rodzeństwo, które przypadkowo nie zostało zróżnicowane w stadium zarodkowym. Ich połączenie psychiczne było tak silne, że często nie musieli używać komunikatorów. Z Marną flirtował Mark, demoekspert i jeden z najlepszych robotyków w całej armii. Potem kolejno Grantz i Wil, dwaj uderzeniowcy, Spearmaker i Accu, czyli przenośnie laboratorium i szpital. No i najważniejszy, często nazywany Sarge. Po chwili zastanowienia Caro stwierdził, że nie ma chyba rzeczy, której Sarge by nie robił. - Odebraliście instrukcje? - Spytał. - Tak kapitanie. - Odpowiedział Sarge, oczywisty lider zespołu, stojący tuż pod Caro. - Dobrze. Usunięcie nosiciela ma priorytet jeden... Likwidacja samca oznaczonego kryptonimem FEN ma poziom zerowy. Jakieś pytania? - Dlaczego? - Choć twarz Sarga była rozbawiona to jednak pytanie zabrzmiało w pełni poważnie. Caro przyjrzał mu się przez chwilę. - FEN dysponuje miotaczem klasy pierwszej i najprawdopodobniej wie jak jej używać. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zabił już z naszych. - Kogo? - Spytała Accu. - Łowcę, Lita Vora. - Caro zauważył jak Accu posmutniała. - Znałaś go Accu? - Spytał. - Tak kapitanie... - Odpowiedziała po chwili. - Był moim Darn'Ur. Przyobiecanym samcem. - Rozumiem. Jak chcesz możesz zrezygnować z misji. Nie chcę żeby cokolwiek zakłóciło jej bieg. - Nie panie kapitanie, chcę iść... - Accu otrząsnęła się i nie było widać już śladu po emocjach na jej twarzy. - Jeszcze jakieś pytania? - Ostro spytał Caro, lecz w odpowiedzi otrzymał tylko przeczące kiwanie głowami. - Dobrze. Marna i Anram. Bierzecie jetpacki, a ty Mark... - Mark odchylił dwie klapy munduru, pod którymi wisiało kilkanaście rurek granatów. - A zresztą. Mogą się przydać. Idziemy. Wyszli z campusu i parę chwil później stali przed portalem. Portale czasami przydarzały się w różnych miejscach, na przykład w wejściu do toalety, ale akurat ten wygenerował się na ścianie, w bardzo dogodnym miejscu. Przed nim stały skrzynie z zaopatrzeniem. - Wszyscy gotowi? - Oddział kiwnął porozumiewawczo. - Dobra. Grantz, Wil i Marna, wy idźcie pierwsi. Poprawili broń i weszli. Caro odwrócił się do Anrama wyczekując jego reakcji. - Można przechodzić. - Stwierdził brat. - Bierzemy skrzynie i idziemy. - Wydał rozkaz. Chwycił jedną skrzynię i po chwili otaczały go drzewa. Postawił skrzynię na ziemi i wyciągnął skaner. - Panie kapitanie... - Sarge mówił bez wyrazu. - Chyba powinien pan na to spojrzeć. - Caro odwrócił się w stronę wskazywaną przez Sarga. Widok przerósł jego oczekiwania. Drzewa i ziemia zaczęły się zespalać tworząc stały portal. - Sarge, rozpakuj prezenty, ustaw wizję. Musimy nawiązać połączenie z Wieżą. - Skierował skaner w stronę nietypowej budowli. Wskazania doszły do dwunastu procent. Caro wiedział, co to oznacza. Jeśli się nie pospieszą to portal się zestali i samo wyeliminowanie nosiciela nic nie da. Trzeba będzie użyć broni masowej zagłady. Ale to dziwne żeby to zdążyło tak szybko się zespolić. - Pomyślał. - Mark, wypuść szperacze. - Pomimo nocy szperacze były wyposażone w doskonałe sensory, szukając identyfikacji cieplnej, były w stanie rozpoznać cel z odległości nawet kilometrów. - Jaki region ustawić? - Zacznij od dwóch kilometrów od ostatniej znanej pozycji łowcy. - Gdy

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Fragment Starożytnych — czytnik · opowiadania