Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 10 min czytania

Fragmenty Pana Jana

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zaczęło zmierzchać kiedy Pan Jan składając czarny parasol, dotarł do grynszpanowej kamienicy, położonej w północnej części miasta. W równie szarej jak okolica skórzanej walizce, która po strzepnięciu wody z parasola ponownie zatrudniała jego lewą rękę, spoczywały dokumenty świadczące o tymczasowości zaplanowanej wizyty. Na trzecim piętrze budynku staromodny dzwonek wydał z siebie ptasi trel, Pan Jan ściągnął kruczoczarny kapelusz, przetarł dłonią usta, po czym zastygł w pełnej dostojeństwa i obowiązku pozie. - Proszę wejść! - przecisnęło się przez drzwi. Pan Jan zostawił na klatce rozłożony parasol, wytarł deszczówkę z podeszew, przestąpił próg i przystając w oczekiwaniu na dalsze instrukcje, zatopił obcasy w puchatej wykładzinie przedpokoju. Korytarz w ciemnozieloną tapetę wypełniały skoczna, żydowska muzyka i woń kadzidła wzlatujące aż pod sufit, gdzie poniżej gipsowych zdobień trwało musze krążenie. Solo chasydzkiego klarnetu odbite od uchylonych drzwi na końcu korytarza, nabierało wyrazistości, klarowności, figlarności. Chwilowo nikt nie szedł w ślady instrumentu, więc Pan Jan w napływie prywatności rozpoczął manewr drapnięcia swędzącej rzepki kolanowej, ale coś skrzypnęło i zatupało w bocznym pokoju, na powrót usztywniając jego sylwetkę. Wpojona bowiem przez biuralizm sumienność wobec służby, wywoływała w nim grozę przed unikaniem zobowiązań, przeradzającą się w panikę na myśl o możliwości ich nie realizacji. Zniecierpliwiony niepewnością zrobił pół kroku o mały włos nie zderzając się z wybiegającym mu na spotkanie, wąsatym podrostkiem. - Proszę wybaczyć! To z winy butów!!! – tłumaczył się pokazując palcem na za duże obuwie, ubrany w ogrodniczki i gumowe rękawice, podstarzały karzeł. Przedstawił się: - Stach, ale pana brat woła na mnie łapka - podniósł uśmiechem wąs, wyciągnął w górę embrionalną, nierozwiniętą kończynę, zdeformowaniem tłumacząc swoje przezwisko. Mleczna guma rękawicy na zniekształconej rączce, wywołała śladowe wzdrygnięcie. Stach uśmiechnął się usatysfakcjonowany wywołaną reakcją i wrócił na ścieżkę formalną: - Pana płaszcz, kapelusz, obuwie. Pan Jan zdjął buty i zaskamlał uderzony wyrwą w brylującej, jak dotąd, elegancji. Ryczący, rozpasany niedokrwistością paluch wylazł skarpetą, zatrzymując właściciela w pełnym zakłopotania zgięciu. Prostując plecy postanowił przez resztę wizyty trzymać bladość w bolesnym podkurczu, drętwiejącym zawinięciu, podwinięciu. Stach, nie bez związku z sytuacją, odwrócił się, wąsem strzygąc, nadmiernie badał wilgotność płaszcza. - Zanim pan sfinalizuje kontrakt, odzienie będzie suche i gotowe do drogi - nawiązał. - Pański brat oczekuje w sypialni. Przedpokój był dłuższy, niż mogłoby się wydawać, stojąc w progu mieszkania. Pan Jan zdążył połączyć liniami piegi na łysinie Stacha i zwielokrotnić powstałe figury geometryczne w mijanych lustrach. Para zatrzymała się przy mosiężnym dzwonku z plecionym sznurem. - Proszę zaczekać, zaanonsuję pana przybycie. Stach pociągnął za dzwonek i zniknął w wejściu sypialni. Melodia ustała, w powietrzu pojawił się odgłos górskiego strumyka łamanego kaskadą. Pan Jan poczuł w nozdrzach doskonale znany mu zapach farmaceutyków, którym przez lata pracy zdążyły nasiąknąć jego trzy służbowe garnitury. - Proszę zasłonić lustra - zwrócił się do wychodzącego z sypialni Stacha. - Slużę. Owalna, przestronna sypialnia miała barwy dojrzałego, niezerwanego migdału, na mistrzowsko zdobionych meblach, dogasały spopielone kadzidełka, w tle szumiała fontanna. Ściany przyzdabiały dziwaczne malowidła ze zniekształconymi, pozbawionymi twarzy kobietami. Po środku tureckiego dywanu, przy przepastnym, indyjskim łóżku z ręcznie wykańczanym wezgłowiem, leżał smutny, patetyczny dog. Wystrój psuły apteczne powietrze i skomplikowana aparatura, z mackami kabli wchodzącymi pod kołdrę pacjenta. Odbiorca leżał na boku, głaskał powietrze nad srebrną tacą z pustymi fiolkami po morfinie, jednak gdy tylko poczuł na sobie wzrok, wskazał na przygotowane dla gościa kolonialne krzesło. - Zanim zaczniemy, niezbędny jest pański podpis i dopełnienie procedur - powiedział Pan Jan po zajęciu wskazanego miejsca i rozpięciu, służącej mu od lat, teczki. Wyciągnął plik dokumentów, parę eleganckich piór, słoiczek z atramentem oraz drewnianą pieczątkę. - Wygląda pan zupełnie jak On. Gratuluję - winszował wątłymi, ochrypłymi słowami, obserwujący przygotowania, właściciel domu. - Czy pan nas liczy? - zapytał. - Niewolno udzielać mi tego typu informacji. Klauzula tajności - rozłożył ręce w geście niemocy Pan Jan i zaczął nabijać, niczym strzykawki, przygotowane do podpisu pióra. Po chwili wytarł stalówki wyciągniętą ze spodni chustką i rzekł: - Mam przy sobie pański, wypełniany telefonicznie, formularz. Teraz przeczytam zawarte w nim informacje, w celu potwierdzenia zgodności ze stanem faktycznym - oparł się…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Fragmenty Pana Jana — czytnik · opowiadania