Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Podróże · 6 min czytania

Freak

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Było to wczesną wiosną dwa tysiące szóstego roku. Pracowałem wówczas w Anglii jako kitchen porter w hotelowej restauracji, na co przystałem zrezygnowany, usilnie starając się zapomnieć o skończonych studiach i zdanych certyfikatach językowych. Krótko mówiąc myłem naczynia.

Południową Anglią targał niemiłosierny wiatr, z którym co rano zmagałem się heroicznie, dojeżdżając rowerem na stację kolejową. Następnie umieszczałem rower w pociągu i dzięki temu byłem w stanie dotrzeć do hotelu w czasie tylko nieco absurdalnie długim. Niestety z tego powodu byłem zmęczony właściwie zanim zdołałem rozpocząć pracę. Ale to tak na marginesie, bowiem nie mycia naczyń dotyczy niniejsza opowieść.

Tego ranka, o wpół do szóstej, wszedłem do pociągu i umieściwszy rower w przejściu, tak by nikomu nie przeszkadzał, zająłem miejsce, mając drogocenny pojazd na oku i z lekkim uśmiechem na ustach oddałem się obserwacji mijanych połaci pięknej, angielskiej ziemi, oświetlanych promieniami wstającego słońca.

Tymczasem do pociągu wszedł jeden z tych „Angoli”, odpowiedników amerykańskich White Anglo-Saxon Protestant. Było ich wielu, podobnych do siebie, odzianych w granatowe garnitury, z neseserem w ręku, nieznacznie ocierających pot z czoła, trzymających chude kolana blisko siebie, w przykrótkich spodniach odsłaniających skarpetki w białe romby, dojeżdżających do pracy gdzieś pośród przepastnych dzielnic Londynu. Zadowoleni z życia Anglicy w średnim wieku, o średnim statusie społecznym, zarobkach i ambicjach. Granatowy garnitur najwyraźniej spostrzegł jakiegoś znajomego i usiadł tuż za mną. - You OK.? – usłyszałem natychmiast. - Yeah, and you? - Oh, yeah, I’m great!

Wyobrażałem sobie jak granatowy garnitur usadawia się obok kolegi, niepostrzeżenie wyjmuje komórkę sprawdzając ewentualne ważne i ważniejsze wiadomości oraz nadludzką siłą woli powstrzymuje się przed wyjęciem z nesesera laptopa. - So, how was your weekend? – był poniedziałek, a więc podobnych słów również się spodziewałem. Choć właściwie, wpatrzony w malownicze pola za szybą, nie zdawałem sobie sprawy, że słucham rozmowy.

- Oh yeah, yeah – to był garnitur. Właściwie nie jestem pewien, lecz jakoś mimowolnie wyobrażałem sobie, że to on opowie zaraz o tym jak spędził weekend. – It was great! Yeah!

Nadstawiłem uszu zastanawiając się, czy tym razem zdołam zrozumieć mającą wkrótce nastąpić tyradę Anglika na temat weekendu. - We... um, we... – zaczął. Ja zaś w myślach starałem się przewidzieć o czym opowie... Football? Cricket? Shopping? Movies? Golf? TV? Pool? Pints? – We… we… we… – powtarzał jednak nie mogąc wydusić z siebie odpowiedzi.

Zająknął się, po czym powtórzył jeszcze kilka razy “we”. A ja, niebaczny, bezrozumny Polak czekałem zniecierpliwiony. Wkrótce później Anglik wydał z siebie ten jakże charakterystyczny odgłos – słysząc go myślisz: „to na pewno śmiech, czemu ktoś miałby płakać”. Lecz po chwili odgłos powtarza się – jest dłuższy i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%