Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 16 min czytania

Furia cz. I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{b}Prolog{/b}

Spojrzał w dół na swoje dłonie skrępowane więzami, dłonie mordercy… Jechał zamknięty w wozie, w jakim zazwyczaj przewozi się kryminalistów, których nie brakowało w tych zdegenerowanych czasach. Ale nie chciał myśleć o sobie jako o zbrodniarzu, przecież cóż takowego uczynił - odpłacił jedynie za krzywdę której doznał. Wet za wet. Rozmyślał tak przez długi czas, tego mu przynajmniej nie brakowało, dobrze wiedział, że wiozą go do kopalni, na południe. I wiedział, że prawdopodobnie stamtąd nie powróci. Przed oczami znów stanęła mu matka. Jeszcze przed paroma godzinami radosna i wesoła. Budziła syna do pracy, w tym roku pomagał przy zbiorze jabłek. Jego matka , Loriane, opiekowała się przyzamkowym ogrodem- naprawdę pięknym ogrodem trzeba przyznać. Zajmował ogromna powierzchnię, mieściło się w nim nawet małe jeziorko. Dookoła niego rosły smukłe topole i kwietniki na których rosły chyba wszystkie znane rodzaje kwiecia. Przez ogród biegły białe alejki, nad niektórymi drzewa tworzyły zielony baldachim przysłaniając niebo. Wszystkie te urocze dróżki prowadziły do serca ogrodu- krzewu dzikich róż. Krzew ten zasadził podobno założyciel grodu, który liczył sobie przecież setki lat. Kwiaty były w pełni rozkwitu przez cały rok, trzeba było przestrzegać tylko jednej nienaruszalnej zasady - zawsze wieczorem od pierwszego dnia jesieni do ostatniego wiosny nakrywać drzewko różane szklaną kopułą. Róże były niezwykle wrażliwe na zimo. Dlaczego to było takie ważne? Ponieważ kwiaty te były oczkiem w głowie władcy państwa Fangornu. Zawsze w ostatnich dniach jesieni ścinał jeden pączek z krzewu złotymi nożycami. Nikt nie wiedział dla czego, ale oczywiście plotka towarzyszy ludziom od zarania dziejów. Głosiła ona, że król tworzy z nich pewien rodzaj naparu, który utrzymuje go przy zdrowych zmysłach, odpędzając chorobę o której głosiła Księga. Czy to prawda nikt nie wiedział z pewnością. Tego dnia właśnie matka Silasa miała doglądać róży. Silas wracał z sadu niosąc kosz pełen złocisto-czerwonych jabłek. Podarku od pracodawcy. Miał zamiar dać matce parę z nich aby mogła chwilę odpocząć przy ciężkiej pracy. Nie miał okazji… {i}Silas biegnie aleją, pęd rozwiewa jego białe włosy sięgające do ramion. W dłoni ściska koszyk z owocami. Jest już blisko placu z różami, miejsca gdzie spodziewa się spotkać matkę. Nagle słyszy trzask bicza i krzyk. Staje, ręce odmawiają posłuszeństwa, kosz wypada mu z dłoni a jabłka toczą się po trawie odbijając reflek ostatnich jesiennych promieni słońca. - Nie, błagam!- słyszy wołającą swą matkę. To wyrywa go z odrętwienia, biegnie ile ma sił w nogach i wpada na plac. Widok na moment znów go zamurowuje. Widzi swą matkę klęczącą przed Thorhallem, władcą Fangornu. Znów przyjechał ściąć różę, tylko że teraz nie ma czego ścinać. Kopuła nakrywająca kwiaty jest rozbita. Róże nie żyją- bez osłony zamarzły w chłodną jesienną noc. Na twarzy króla wyraźnie widać wściekłość, w dłoni dzierży bicz zakonczony metalowymi kulkami z malymi kolcami. Podnosi rękę i zadaje z ogromną siła cios matce Silasa. O nic nie pyta, od razu wymierza karę. Loriane przewraca się, z jej twarzy i tułowia leje się krew. Pan i władca szykuje się do zadania kolejnego, tym razem prawie na pewno śmiertelnego ciosu. Silas nie wie co się stało, po raz pierwszy w życiu poczuł coś takiego. Rzucił się na Thorhalla i wyrwał mu broń, król nie miał szans na obronę, młodzieniec był za szybki, przerażająco szybki. Nie czuje ani strachu ani gorąca jakie czuł przed chwilą. Pozostał tylko chłód. Mimo siedemnastu lat był niesamowicie silny, oraz wysoki, miał ponad sześć stóp wysokości. Można by myśleć, że ma to po ojcu, Loriane była drobna osóbką, tylko że nie znał swego ojca. Matka powiedziała, że zmarł na czerwoną zarazę gdy był niemowlęciem. W ułamku sekundy powala władcę na ziemię i zaczyna dusić, widzi jak jego oczy zwężają się ze strachu, czuje zbliżająca się śmierć. Nagle Silas zostaje powalony z brutalną siłą na plecy - gwardia pilnująca króla oczywiście. W jednej chwili odbija się od kamiennej posadzki i rozbraja stojącego i zaskoczonego gwardzistę. Następnie przebija go jego własnym mieczem, po czym uderza od góry w głowę z taką siłą, że rozcina ją na dwie połowy. Krew i tkanka mózgowa osiadają na jego lnianej koszuli. Nagle coś ścina go jednak z nóg. Bicz Thorhalla. Pada łamiąc sobie nos o kamienie. Na dziedziniec wpada jeszcze siedmiu gwardzistów i obezwładniają Silasa. Leży skrępowany na zimnym placu z wzrokiem skierowanym na swą ukochaną matkę, leżącą w kałuży krwi. Król podchodzi do niej. -Oto kara za zniszczenie najważniejszej rzeczy w całym mym państwie - mówi. -Ale… ja…nie…- próbuje coś powiedzieć Loriane.. -NIEEEEEEEE!- słychać przeciągły krzyk młodzieńca, gdy Thorhall podnosi miecz i nagle go opuszcza czyniąc Silasa sierotą… -A teraz ty psie- zwraca się do młodzieńca. Jednak gdy kieruje spojrzenie na siedemnastolatka, Silas rejestruje coś przedziwnego. Na twarzy starego króla maluje się strach zmieszany ze zdziwieniem. Thorhall zobaczył w jego oczach płomienie, ten iskrzący, złowrogi blask go przeraził. -To nie może być prawda…-wyjąkuję- Wtrąćcie go do kopalni teodytu na południu - krzyczy do strażników - tylko ma dojechać żywy - dodaje i wybiega zostawiając Silasa z gwardzistami i jego nieżyjącą matką. {/i} Tak więc dlatego siedzi zamknięty w tym ciemnym i śmierdzącym wozie razem z pięcioma innymi przestępcami czekając aż dojedzie do Willgam- miejsca gdzie mieści się kopalnia teodytu. Całą drogę myślał o matce i o tej parszywej kupie gówna która ją zabiła. Niedobrze, dotąd zawsze był spokojny i opanowany - wpływ nauk matki - ale teraz miał powody żeby się denerwować, i obiecał sobie że Thorhall za wszystko mu kiedyś zapłaci. Oczywiście najpierw musi przeżyć w kopalni…

{b}Rozdzial I{/b} Kajobraz 120 mil za Fangornem zawierał w sobie rodzaj prymitywnego piękna. Na wschodniej stronie traktu biegnącego na południe rosła od niepamiętnych czasów wielka puszcza. Ludzie niechętnie się tam wybierali, a jeśli już musieli to nie wchodzili za daleko, na pewno nie tam gdzie promienie słońca ledwo przebijały się przez wspaniałe korony drzew. W licznych karczmach słuchano wielu opowieści o cudach i dziwach które się w tej puszczy znajdowały. Niekoniecznie w nie wierzono, zwłaszcza jeżeli opowiadający ledwo trzymał się na krześle. Jednak las od dawna emanował pewną tajemnicą, i według ludzi żyjących nieopodal niego - niewyjaśnionym złem. Z drugiej strony drogi stworzonej przez dziada obecnego władcy rozciągały się pasma skalne. Skały wysokie nawet na 250 stóp nie były jednolite. Ich wapienne wnętrze w granitowej powłoce kryło liczne jaskinie i rozpadliny. Kto wie co jeszcze się w nich gnieździło… Mimo tak nieprzyjaznych odczuć zarówno skały jak i las w kontraście z pięknym zachodem słońca i czerwono - błękitnym niebem miały w sobie coś urzekającego, nasuwające na myśl czasy przed powstaniem Fangornu i innych grodów. Czasy niekoniecznie gorsze… Obecnie Wielki Trakt nie był już wykorzystywany jako droga handlowa. Zbyt wiele gromad rabusiów czatowało na nieostrożnych kupców. Bezpieczne były tylko krótkie odcinki przed i po przejeździe z większych miast. Obecnie szlak służył do przewożenia więźniów w obskurnych zamkniętych wozach z kratami. Jechali w jednostronną podróż do kopalni, do Willgam. Wozy rzadko jechały z obstawą jak ten który właśnie wynurzył się zza cienia rzucanego przez skały i jechał na południe. Eskortowany był przez ośmiu konnych którzy otoczyli wóz pierścieniem. - Uwaga!- przerażony głos strażnika kierującego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%