Historia · 8 min czytania
GALEON- prorolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zagubieni w tafli Atlantyku… Zapomniani na setki lat… Ich aspiracje pociągnęły załogę na dno… Krzyk i czerń nocy nad oceanem… To prawdziwa historia.
I
Rok 1630. Jeden z portów na Karaibach.
- Gdzie do cholery jest cieśla? Poszukaj tego głupca i powiedz, że go wzywam. Musze z nim pomówić.- groźny, męski głos swoim dźwiękiem i tonem rozdzierał ściany namiotu chroniącego przed promieniami słonecznymi. Lato było niemiłosiernie gorące. Cóż. To Karaiby. - Już go wołam panie grando- jeden z robotników ukłonił się przed mężczyznom niedbale i pobiegł do warsztatu ciesielskiego. Konstrukcja wznoszącego się ku niebu galeonu pobudzała wyobraźnię, a gdy kontem oka zerknęło się na projekt umieszczony na dużym płótnie wyobraźni puszczały wodzy, by galopowała daleko i pozwoliła zatopić się w marzeniach. Z lasu amerykańscy niewolnicy przeciągli do portu drewniane kłody, który już niedługo miały trafić na burtę wspaniałego transatlantyku. Szkielet powoli zostawał zakrywany przez setki przybitych desek. W kotle podgrzewana była smoła, która miała posłużyć do zatkania szpar. Prace wrzały, a galeon z każdym dniem był coraz to bardziej majestatyczny, gotowy do podróży przez Atlantyk, ocean, który pochłonął niezliczone rzesze statków z Europejczykami chcących podbić kolejny skrawek Nowego Świata dla swego państwa. - Pan Vancetti cię wzywa- głos młodzieńca wyrwał cieślę z pracy. Leo całym sobą oddawał się rzeźbieniu galionu, dumniej rzeźby na dziób statku. Wyrwany staruszek z zajęcia wyprostował się i spojrzał na chłopaka. - Szlachta się buntuje?- powiedział drwiącym głosem. Chłopak, który stał naprzeciwko niego mimo różnicy wieku był jego przyjacielem, przynajmniej tutaj, w Ameryce. Dwuletni pobyt na wyspach złączył ich tak bardzo, że inni widzieli w nich ojca i syna. - Tutaj chyba nie ma z czego żartować, Leo. Jest chyba poważnie zdenerwowany. - A, tylko by rozkazywał stary głupiec. - Tak samo powiedział o tobie. Stary głupiec. On tak powiedzieć może, ale dla ciebie lepiej, byś niemiał ust, niż gadał takie rzeczy. Dobrze wiesz, że to dzięki niemu jeszcze jakoś żyjemy na tym świecie. To on nas zatrudnił, podczas gdy inni traktowali nas jak bezużytecznych śmieci. To właśnie on wyciągnął do nas pomocną dłoń. Pamiętasz Borysa? Odmówił, godność jego rodu mu nie pozwalała. I jak skończył? Leży gdzieś na zapomnianym cmentarzu i został nawet zapomniany przez samego Boga.- zapominając o wnerwionym szlachcicu wolnym krokiem ruszyli w kierunku namiotu. - Masz rację, William.- po chwili milczenia przyspieszyli kroku. Jak zwykle w takich sytuacjach człowiek nie wie co powiedzieć, jak zacząć rozmowę. Szli dalej. Przeszli koło galeonu, na którego nawet nie zwrócili uwagi. Leo spróbował przerwać cieszę rzucając pytanie, jak karty na stół bez większego zastanowienia. - Tęsknisz za rodziną?- zadał banalnie proste pytanie, które jednak okazało się trudnym w odpowiedzi dla Williama.- Tęsknisz?- zapytał ponownie w dalszym ciągu nie uzyskując odpowiedzi. Chłopak udawał, że nie słyszy, jednocześnie szukał jednak słów, które być może by go usprawiedliwiały. Nie chciał, by inni wtrącali się w jego życie rodzinne. - Tęsknisz?- Leo zapytał kolejny raz, tym razem twardym tonem. Nadal nie słyszał odpowiedzi. A William w dalszym ciągu myślał do czego tak naprawdę ma tęsknić. Do zubożałych slumsów, cuchnących dzielnic największych miast? Do starego ojca, który zostawił swoją rodzinę, by wyruszyć w podróż za złotem, z której nigdy nie wrócił? Do trójki młodszego rodzeństwa, którym musiał się opiekować, póki nie stali się samodzielni i opuścili go zostawiając tylko żar niewdzięczności? Matka zmarła dawno, jak miał zaledwie parę lat. Pamięta ją w krótkich przebłyskach pamięci. Więc do czego miał tęsknić? Do pustego domu? W końcu zdecydował się na odpowiedź.…