Fantastyka · 36 min czytania
Gdy gwiazdy upadły
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Robert wciąż wierzył, że jego dusza może jeszcze zostać zbawiona. Pomimo tego co przed chwilą zrobił. Nadal kurczowo ściskał w dłoni zakrwawioną siekierę, wpatrując się w leżącą pod ścianą postać. W ciemności z trudem dostrzegał sylwetkę młodej dziewczyny. Miała na sobie zniszczone, poszarpane ubranie, a ciało pokrywał wielodniowy brud. Cała była we krwi. Liczne rany postrzałowe barwiły na czerwono brudne ubrania. Jej prawy bok przygniatał zawalony strop. Wydawała się bezbronna, ale Robert wolał nie ryzykować. Odrąbał jej lewą dłoń. Reakcja dziewczyny sprawiła, że gardło ścisnęło mu się z przerażenia. Leżała w kałuży własnej krwi, śmiejąc się opętańczo. - Będziesz się tak na mnie gapił? – syknęła. – Jeśli podoba ci się moje ciało to strzel mi w głowę, a później gwałć je do woli... Do czasu aż cie nie znajdę i nie zabiję, za to co mi dzisiaj zrobiłeś. Potraktuj to jako mały prezent… Robert nie odpowiedział. W ciemnościach nie mógł być tego pewien, ale czuł jej wzrok na sobie. Zastanawiał się czy to, co leżało u jego stóp, wciąż było człowiekiem. Nazywał ich Naznaczonymi, bo wszyscy mieli wyryte symbole na czołach i dłoniach. Wszyscy byli szaleni. Ludzie mówili, że w chwili przyjęcia piętna człowiek traci duszę, a ciało zamieszkuje demon. Ciężko było się nie zgodzić. - Drżą ci ręce? Trochę późno odezwało się twoje sumienie… - Milcz, na Boga! – ryknął Robert, ściskając mocniej siekierę. Po chwili zrozumiał, że taka groźba niewiele da. Ona chciała, by ją zabił. - Na kogo?! Nie zauważyłeś, durniu, że wyjechał kilka lat temu na wakacje? Na bardzo długie wakacje! Ziemia jest teraz nasza, sukinsynu! Słyszysz?! Nasza! – wrzeszcząc uderzała o ziemię kikutem lewej dłoni. Robert nie znał się na medycynie, ale sama myśl, że dziewczyna jeszcze żyła przyprawiała go o dreszcze. Kilka postrzałów z pistoletu, odrąbana dłoń… Traciła coraz więcej krwi, a mimo wszystko miała jeszcze siłę mówić i szarpać jak szalona. - On wróci… - tylko tyle zdołał z siebie wydusić. Jego myśli były zbyt chaotyczne by zdołał z nich teraz wyrwać choć jedno sensowne zdanie. Kolejna salwa śmiechu. Krew z odrąbanej ręki ochlapała brudną twarz Roberta. W głębi ducha zgadzał się z tą dziewczyną… Z tą istotą, która zamieszkiwała ciało dziewczyny. Wiedział, że boskie oblicze odwróciło się od ludzi sześć lat temu. Sam pamiętał jak trzydziestego pierwszego grudnia dwa tysiące dwudziestego roku bawił się na studenckiej imprezie. Pijani ludzie weszli w rok dwa tysiące dwudziesty pierwszy, pewni, że będzie on jak każdy inny. Drugi stycznia w mediach pojawiły się plotki o projekcie Abbadon. Niedługo później Ziemia zamieniła się w piekło. Głośne tupnięcie skutecznie wyrwało Roberta z zamyślenia. Dziewczyna, rzucała się na wszystkie strony, szukając szans na uwolnienie z pułapki. - Zabij mnie! Będę wrzeszczeć. W końcu ktoś to usłyszy, pizdo... Wtedy nie będziesz miał tyle szczęścia co ze mną! Krzyki dziewczyny doprowadzały Roberta do szału. Marzył o tym by wbić jej ostrze siekiery prosto między oczy i rozkoszować się ciszą, która nastanie. Bał się jednak, że to uwolni demona, który wkrótce go dorwie. Były to tylko jego przypuszczenia, ale przez ostatnie sześć lat zobaczył tyle niesamowitych i przerażających rzeczy, że wiara w demoniczne byty była bardzo racjonalna. Kolejnego wrzasku już nie wytrzymał. Nawet nie kontrolował tego odruchu. Naprawdę bardzo potrzebował tej ciszy. Gdyby tego nie zrobił, kolejne słowa potwora odebrałyby mu resztkę zmysłów. Drewniany trzonek topora trafił prosto w policzek. Cios był na tyle mocny, że wybił szczękę i rozkruszył zęby. W ciemności nie było tego widać, ale Robert wyobrażał sobie, jak jej język wisi teraz bezwładnie, trzymając się na strzępach skóry. Jego uszu dochodził tylko dziwny charkot. Nieprzyjemny, ale mniej męczący. No i miał jeszcze trochę czasu nim potwór zdechnie na dobre, wydostając się z ciała. Czas uciekał, a w każdej chwili mógł zjawić się tutaj inny Naznaczony. Nie mógł ryzykować, drugi raz szczęście może mu nie dopisać, tak jak kilkanaście minut temu, gdy niestabilna konstrukcja zawaliła się na dziewczynę. Teraz dopiero zaczynało do niego docierać, że mógł być to prawdziwy cud. Sam nie dałby rady. Naznaczeni byli silni, szybcy i nie odczuwali bólu. Zabicie ich było poważnym wyzwaniem. Robert sam nie był pewien kiedy pierwszy raz o nich usłyszał. Najdalej rok temu, choć podejrzewał, że swój początek mieli już w dramatycznych wydarzeniach z roku 2020. Właśnie wtedy USA zakończyło budowę myślącej maszyny o imieniu Abbadon. Projekt był wielkim sukcesem. Program potrafił sam się korygować, uczyć i poznawać otoczenie, wyciągając wnioski. Nikt nie był pewien kiedy Abbadon zdecydował, że jego celem jest samozniszczenie i pociągnięcie za sobą do piekła swych stwórców. Faktem było, że Amerykanie sami w siebie wystrzelili wszystkie swoje głowice nuklearne. USA zamieniło się w strefę martwej ciszy, a kilka dni później w całej Europie wybuchły epidemie zabójczych chorób. Nikt nawet nie przejął się gdy Rosja postanowiła zdobyć całą Azję, a gdy skończyła – wypowiedziała wojnę reszcie pogrążonego w chaosie świata. Zvier, nowy wódz, który pojawił się dosłownie znikąd, stworzył nowych, idealnych żołnierzy, Naznaczonych. Podniósł z ziemi swój plecak, wsuwając ramiona w szelki. Był bardzo ciężki. Wewnątrz brzęczały puszki. Była to cała żywność, jaką zdołał ukraść. Teraz musiał dostarczyć ją do sztabu… Jak niektórzy nazywali zwykłą norę gdzie kryli się podobni mu idioci, którzy nie zechcieli poddać się nowemu porządkowi, wszczepiając sobie chip w nadgarstek oraz tatuując na czole znak, który gwarantować miał spokojne życie. O ile nie zostaniesz wybranym na Naznaczonego. Przez okno wpadła odrobina upiornego, czerwonego światła. Znak, że właśnie zaczęła się noc. Ciężko było się do tego przyzwyczaić. W 2003 roku słońce zaczęło zamieniać się w czarną plamę na niebie, niedługo później, wbrew fizyce, księżyc nabrał krwawej barwy, a gwiazdy zaczęły gasnąć. Ziemię ogarnął wieczny mrok, jedynym światłem był blask przeklętego księżyca, pojawiającego się w nocy. Karmazynowy snop wpadał przez zniszczone okno, prosto na ciało dziewczyny. Wciąż żyła, ale była tak zmasakrowana, że bardziej przypominała ochłap mięsa, niż ludzką postać. Demon bezradnie spoglądał jej oczyma, nie mogąc zmusić tego ciała do żadnego ruchu. Nie to jednak przykuło uwagę Roberta. W połowie drogi między nim, a dogorywającym przeciwnikiem błyszczało coś co przypominało kształtem maczetę. Ostrze wyglądało jak ze szkła, mieniło w szkarłatnym blasku księżyca. Chłopak wolnym krokiem podszedł i podniósł broń. Była lekka jak długopis, ale Robert widział jak Naznaczeni tną tym ciało i kości niczym papier. Nie potrafił zrozumieć kto w tym całym chaosie miał jeszcze czas na badania nad nową bronią, ale opętani żołnierze Zviera nosili ten oręż już od kilku miesięcy. Oglądając błyszczące ostrze Robert dostrzegł w nim swoje własne odbicie… Od dawna nie widział żadnego lustra. To co zobaczył wzbudziło w nim lęk. Brudne włosy kleiły się ze sobą, a twarz była szczelnie owinięta grubą warstwą bandaży, które były czarne od wszechobecnego syfu. Już nawet brudna i zapuszczona dziewczyna, wyglądała znacznie lepiej od niego. Pamiętał siebie jako przystojnego studenta. Ale kiedy sześć lat temu epidemie zaczęły wybijać populację Europy i go spotkała kara boska. Nigdy nie dowiedział się co mu dolega, ale całe ciało pokryły mu wrzody, a każdy mocniejszy bodziec sprawiał ból. Szczególnie był wrażliwy na światło. Jego skóra łuszczyła się i odpadała. Koniec końców nawet nie znalazł lekarza, który by mu pomógł, bo większość z nich sama umierała w męczarniach lub bezradnie spoglądała na setki ludzi, zdychających na obce im zarazy. Wielu bliskich Roberta, w tym jego dziewczyna oraz rodzice, zmarło w kilka miesięcy. Cena noszenia szczelnych ubrań i przyciemnianych gogli wydawała się przy tym mało wygórowaną stawką. Z czasem przyzwyczaił się nawet do bólu i smrodu swojego gnijącego ciała. Nigdy nie przyzwyczaił się jednak do głosów. Zaczęło się w okolicy roku 2021, gdy USA już nie istniało, Afrykę i Europę zdziesiątkowały głód i choroby, a nowe mocarstwo ze wschodu postanowiło podbić świat. Początkowo Robert myślał, że to zwykłe koszmary. Ale to ciągnęło się miesiącami. Każda godzina snu była piekielną męczarnią. W końcu zrozumiał, że senne głosy dręczą nie tylko jego, ale wszystkich którzy przeżyli. Podobno jedynie Zvier potrafił przed tym uchronić. Każdej nocy, gdy człowiek zamykał oczy, słyszał głos męczenników, którzy domagali się jego śmierci, klnąc go i strasząc. Każda noc zamieniała się w sąd, który spychał umysł w przepaść szaleństwa. Wielu ludzi poddało się temu, stając się wyniszczonymi szaleńcami. Setki popełniały samobójstwa, by tylko uwolnić się od oskarżeń, którymi zasypywano ich co noc. Robert żył, ale zasypiał tylko wtedy gdy był bliski omdlenia z wycięczenia. Nagle poczuł jak z sufitu coś się posypało. Wolał nie sprawdzać czy to wiatr czy piętro wyżej pojawiło się wsparcie dla Naznaczonej. Musiał jak najszybciej się stąd wynieść. Spojrzał krytycznie na siekierę, którą trzymał w lewej dłoni i uznał, że właśnie zdobyta broń będzie znacznie skuteczniejsza. Żal mu było rozstawać się z wysłużonym narzędziem. Była jednak stara i mocno wyszczerbiona, a do tego ciężka. Zdecydowanie za ciężka by być przydatną w walce z Naznaczonymi, demonami wykorzystującymi do granic możliwości swoje ludzkie powłoki. W tych czasach nie można było sobie pozwalać na sentymenty. Starannie odłożył przesiąknięty potem i krwią trzonek, a do plecaka przypiął półprzezroczyste ostrze. Pośpiesznym krokiem wydostał się z budynku, zostawiając dogorywającą dziewczynę. Miał nadzieję, że zmarła w chwili opętania i nie musiała czuć bólu, który zadał jej ciału.
Ω
Miejsca takie jak to zawsze były dla Roberta wyjątkowo przygnębiające. Spoglądał na opustoszałe witryny, przypominając sobie wielkie pawilony pełne życia i zabieganych ludzi. Bardzo brakowało mu gwaru rozmów, kłótni, płaczących dzieci… Tak, dzieci. Kiedyś krzyk rozhisteryzowanego bachora potrafił doprowadzić go do szału. Na samą myśl poczuł łzy nabiegające do oczu. Teraz wyściskałby takie dziecko. Lecz jedynym co słyszał był dźwięk potłuczonego szkła, chrupiącego pod naciskiem butów.
Ω
Sztab znajdował się jakieś pięć godzin marszu od ruin centrum handlowego, z którego Robert właśnie się wyczołgał. Kiedyś pokonałby ten dystans w półtorej godziny, ale czasy się zmieniły. Potężne trzęsienie ziemi zmieniło miasto nie do poznania. Wielkie kaniony oderwały od siebie dzielnice, wiele budynków zapadło się, ginąc w chmurach kurzu, inne wypiętrzyły się, stając się twierdzami nie do zdobycia. Robert czasem zastanawiał się czy ta klęska dotknęła cały świat. Tak dawno nie oglądał telewizji. Kiedyś wydawało mu się, że nie można bez niej żyć. Dziwiło go jak łatwo o niej zapomniał. Teraz liczyło się tylko by dotrwać do kolejnego dnia. Człowiek nie miał czasu na nudę. Nawet nie znajdywał wiele czasu by tęsknić za swym dawnym życiem. To nie miało żadnego sensu – wiedział, że ono nie wróci. Nagle Robert usłyszał odgłos gruzu, rozsypującego się pod naciskiem buta. Ktoś przemieszczał się na zewnątrz, w głębokiej wyrwie. Pięć... może sześć kroków niżej. Przed Robertem znajdowała się barierka. Najbezpieczniej byłoby się do niej podczołgać, nie ryzykowałby zauważenia. Ale sunące po ziemi ciało wywoływało tyle hałasu, że zdecydował się na przykucnięcie. Prawą dłoń położył na pistolecie, który nosił przy pasie. Wolał go nie używać. Zostały mu już tylko trzy pociski. - Tutaj ktoś strzelał. – dobiegł głos z kanionu. - Niby skąd to wiesz? Widzisz gdzieś jakieś łuski? - padła odpowiedź. - Czuję zapach prochu. Na dole stało dwóch umundurowanych żołnierzy. Jeden miał hełm i twarz zasłoniętą metalową maską, drugi zdjął osłonę głowy i nachylał się szukając czegoś. Na jego czole wypalony był plugawy znak, który lśnił upiornie w blasku czerwonego księżyca. Podobny symbol nosiła dziewczyna, którą przed chwilą zabił. Serce Roberta stanęło. Ledwo poradził sobie z jedną, a tutaj stała dwójka doskonale uzbrojonych Naznaczonych. - Ludzie musieli ją dorwać. Nie raportowała od dwóch godzin. Znajdziemy ich i wyrżniemy jak psy – syknął ten w masce. Jego głos dziwnie charczał i ledwo dało się go zrozumieć. Jeden musi przeżyć. Może nie mieć rąk i nóg, ale musi przeżyć. Chcesz zrobić z niego nowe naczynie? Mamy ich wystarczająco. Chcę, żeby zaprowadził nas do tych robali – tropiciel powoli wyprostował się, hełm przypiął do pasa. Robert w myślach przeklinał swoją ciekawość. Teraz nie wiedział czy jest w stanie wycofać się, nie zwracają na siebie uwagi. Na ziemi pełno było gruzu i śmieci. Nawet najcichszy krok był możliwy do usłyszenia, zwłaszcza dla kogoś kto miał słuch psa. Pozbawiony możliwości działania, postanowił zaczekać aż żołnierze sami odejdą. Tropiciel wskazał swojemu towarzyszowi resztki schodów, którymi dało się wdrapać do centrum, na poziom na którym ukrywał się teraz chłopak. Drugi z Naznaczonych skinął tylko głową i obaj ruszyli w kierunku ścieżki, oddalając się na chwilę od chłopaka. Ten wiedział jednak, że to jedynie chwila swobody. To była jedyna bezpieczna droga, którą dało się stąd wydostać. Był w pułapce. Poprawił bandaż, który zsunął mu się na prawe oko i zaczął rozglądać nerwowo. Miał najwyżej dwie minuty, nim nieludzcy przeciwnicy dopadną go. Musiał znaleźć drogę ucieczki. Skok w dół byłby zabójczy. Wycofanie się do wnętrza Centrum trwałoby zbyt długo, dopadliby go gdy byłby w połowie drogi, zaklinowany i niezdolny do obrony. Jedyną szansą na przeżycie było wejście wyżej. I to szybko. Jego ciałem poruszał instynkt. Wskoczył na resztki śmietnika. Znalazł oparcie na rynnie. Niczym pająk piął się po popękanej ścianie. Nagle poczuł paraliżujący ból. Szok sprawił, że puścił gzyms i osunął ku ziemi. Przed upadkiem w przepaść uratował go jedynie pręt zbrojeniowy, który chwycił w prawą ręką. Ściskał go kurczowo, zmuszając ramię by utrzymywało cały ciężar jego ciała. Czuł jak jego rękaw przesiąka krwią. Musiał zahaczyć o kawał szkła, który rozciął skórę. Rana raczej nie była głęboka, ale ból doprowadzał go do szaleństwa. Miał ochotę wyć i kląć, czując jak krew wylewa się na jego brudne i owrzodzone ciało. Musiał dostać się do sztabu. Inaczej zabije go zakażenie. Powoli i boleśnie. Wtedy znieruchomiał. Pięć metrów pod nim, na placu, pojawiła się dwójka Naznaczonych. Opętani żołnierze rozglądali się, szukając możliwości dostania się do budynku. Robert nie mógł wymyślić sobie gorszej pozycji. Wisiał na jednej ręce. Cały drżał z wysiłku. Modlił się w duchu by udało mu się wytrzymać tych kilka chwil. Miał ochotę krzyknąć, żeby wskazać im drogę i móc się poruszyć. Albo po prostu skoczyć. Wszystko wydawało się lepsze od wiszenia, gdy każdy mięsień błagał o odpoczynek. Nagle pod stopami Roberta rozległ się głośny szczęk. Naznaczeni natychmiast odwrócili się, dostrzegając wystające z posadzki ostrze. Chłopak nawet nie poczuł gdy nowa broń wysunęła mu się z plecaka... Jeden z Naznaczonych natychmiast poderwał do góry karabin. Seria rozpruła ścianę zaraz obok wiszącego nieszczęśnika. Robert mimowolnie puścił pręt, spadając na ziemię. Jego kostka chrupnęła złowieszczo, a ciało przeszyła kolejna fala bólu. - Powiedziałem, że ma przeżyć! – ryknął Naznaczony, trzymając za jeszcze dymiącą lufę karabinu towarzysza. Gdyby nie odtrącił broni, Robert leżałby już martwy. – Przyda nam się… - Oh, pierdolę to… - przetworzony przez maskę głos brzmiał jakby żołnierz był maszyną. Przerażony, balansujący na granicy totalnej histerii Robert nie miał wiele czasu wytchnienia. Widział jak strzelec odpycha tropiciela, chcąc powtórzyć strzał. Nie miał innego wyjścia. Rzucił się w stronę dwójki demonicznych żołnierzy, wyrywając z kabury pistolet. Pierwsze pociski serii rozorały kamienie, w miejscu gdzie stał jeszcze przed chwilą. Na drodze stanął mu drugi z Naznaczonych. Chłopak chciał przyłożyć mu broń do twarzy i strzelić, ale opętany chwycił go za nadgarstek i bez trudu odsunął broń. Nie puścił pistoletu, ale pocisk wystrzelił w niebo. Drugi z żołnierzy nie przerwał ostrzału, nie przejmując się tym, że w polu rażenia znalazł się jego kompan… Siła broni była tak wielka, że trafiony Naznaczony aż stracił równowagę. Robert pchnął zaskoczonym przeciwnikiem w przepaść. Był to ogromny błąd. Naznaczony wciąż ściskał jego ramię. I pociągnął go za sobą. Zderzenie z podłożem było nagłe i bolesne. Poczuł jak jego dłoń uwalnia się z żelaznego uścisku. Była sina, opuchnięta, nienaturalnie wygięta i nie reagowała na żadne polecenie. Powodowała jedynie kolejny ból. Dla Roberta upadek był bolesny, ale żołnierz zniósł to znacznie gorzej. Musiał uderzyć o kamienie głową. Owrzodzony włóczęga podniósł się, patrząc jak opętany rusza niemrawo kończynami, jakby próbował poderwać się z ziemi. Robert nie chciał dać mu na to szans. Dostrzegł leżący na ziemi pistolet. Natychmiast schylił się i podniósł broń lewą, zdrową ręką. Przystawił ją do potylicy tropiciela i pociągnął za spust. Krwawa struga wyleciała z czoła mężczyzny, a ten padł na ziemię, zamierając w bezruchu. Przerażało go z jaką łatwością zabił dwie osoby tego wieczoru. Usprawiedliwiał się myślą, że to nie byli już ludzie, a opętane złymi mocami potwory. Bardzo chciał w to wierzyć. Nagle na górze rozległ się odgłos przeładowywanej broni. Robert zrozumiał, że nie zdoła już szabrować zwłok i zabrać cennego ekwipunku. Byłby zbyt łatwym celem. Obolała kostka nie pozwalała na bieg, więc rzucił się tylko w kierunku ściany, by zniknąć z oczu strzelca. Zrobił to w ostatniej chwili, gdy plac zalał grad pocisków. - Wyłaź śmieciu! Wypatroszę cie jak świnię! – głos opętanego brzmiał przerażająco. Ból i rany sprawiały, że obietnica skończenia tego piekła wydawała się kusząca. Jego ciało drżało z wysiłku,