rodzina · 8 min czytania
Gdy podrosłam
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zostawiałam kołdrę w muchomorki, pluszowego miśka i szłam nad rzekę. Zabierałam ze sobą książkę i święty spokój. Podchodziłam coraz bliżej i bliżej. Moja mama patrzyła na mnie z lękiem, z coraz większym znakiem zapytania w oczach, nic nie mówiła. To milczenie raniło mnie najbardziej. Mijałam ją w drzwiach z wyniosłą minę istoty nie z tego świata, a płakać zaczynałam dopiero nad wodą. Trwało to jakiś czas. A potem minęło. Samotność jest bardzo dobra. Frajdą było przechadzać się na golasa między drzewami, na których dojrzewają owoce lub czytać. Trwać bez nauki, bez bólu, bez drwin, a co najważniejsze bez strachu. Rodzina i znajomi patrzyli na moje smutne oblicze. Byli przekonani, że mam jakieś kłopoty. Nie próbowałam ich przekonywać, że nostalgiczne, refleksyjne usposobienie to moja prawdziwa natura. Wiedziałam, że mi i tak nie uwierzą. Rzadko to, w jaki sposób myślimy o sobie, pokrywa się z tym, co sądzą o nas inni. Nad rzeką mogłam być sobą, to dawało mi poczucie wolności. Nic nie wymagało ode mnie aktywności, z niczym nie musiałam się zmagać, nikomu odgryzać. Jedyne, z czym musiałam sobie poradzić, to myśli, które niezależnie, jak bym próbowała je ukryć, zawsze wyłaziły niczym wrzód. Musisz myśleć o sobie dobrze, szanować się - powtarzałam sobie do znudzenia. Jest taka strona na fejsie, ludzie myślą dobrze o sobie i wtedy zaczyna im na sobie zależeć i chudną, bo mają, dla kogo. Próbowałam i nic z tego - byłam dla innych tylko Grubą Dupą. Chyba nikt poza moją mamą i babcią już nie pamiętał, że dano mi na chrzcie – Zofia. Odkąd się urodziłam byłam otyła i powolna, zarówno w ruchach jak i w myśleniu, podobno nie zarażałam dobrą energią. To oczywiście przyczyniło się do wielu dramatów w mojej przeszłości, złych ocen na lekcjach i wyzwisk na przerwach. Jakoś sobie z tym lepiej lub gorzej radziłam, aż do tamtego sobotniego poranka. Nad moją rzeką było duszno i sennie. Dziwna była ta jesień. Z drzew starego sadu, który nie wiadomo, dlaczego rósł od zawsze nad rzeką, spadły prawie wszystkie jabłka. Porozgniatane, poobijane, czerwone, żółte i te zielone leżały wszędzie. Zasłana była nimi cała ziemia, jak okiem sięgnąć. Z drzew zwisały kolejne jabłka gotowe, żeby spaść. Między nimi wisiały majtki. Tak, różowe gacie w białe kropki, dziewczęce, rozmiaru XL. - Cała szkoła wyjdzie i zobaczy - wydyszałam czerwieniąc się i pocąc - te wielkie jak sztandar majty mogą być tylko moje. - Nic innego nie wpadało mi do głowy. Mam otłuszczony mózg i dlatego ciężko myślę, tak powiedziałby Doktor - debil z drugiego piętra. Chciało mi się wymiotować, ilekroć go spotykałam na klatce schodowej. Mama otworzyła mi drzwi. Musiałam się trząść, bo objęła mnie. Miałam wtedy czternaście lat i w innej sytuacji odsunęłabym się od niej. Przecież to byłby niezły obciach, takie publiczne obejmowanie przez matkę. Na szczęście nikt tego by nie widział. Nikt oczywiście, oprócz Arturka, mego brata. Stał w przedpokoju oparty o ścianę i patrzył na mnie, jakby rozwiązywał zadanie z matmy. Zawsze był geniuszem matematycznym, albo czymś takim. Przynajmniej zbierał szóstki, jakieś książki czytał. Nie zadawałam się z kujonami, nie byliśmy kompatybilni. Na jego piegowatej twarzy pojawiał się zawsze ten wyraz skupienia, gdy jego zdaniem była mowa o rzeczach ważnych.
- Przecież nikt nie wie, że to twoje majtki - wycedził przez rozchwiane mleczaki. - Będą wiedzieć, bo Arturek im powie. Nie umiał trzymać języka z zębami, obgryzał paznokcie, lubił tę wstrętną kreskówkę o francuskim skunksie Pepe, inaczej pojmował świat i ludzi. Był gotów zbudować karmnik dla ptaków, byle tylko wzbudzić sympatię sąsiadów. Czułam się podle, miałam ochotę zniknąć, zapaść się ze pod ziemię, odnalazłam się jak zwykle w lustrze wiszącym na ścianie przedpokoju - gruba i przerażona. , – Poproś, żebym wlazł i zdjął. Wstydzisz się. I ja to wiem. - Nagle odezwał się Arturek. Nie słodził. To był jedyny plus tej całej sytuacji. - Dziękuję nie skorzystam