Fantastyka · 9 min czytania
Gdy Prządki Losu sprzedają bilety.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdy Prządki Losu sprzedają bilety
Zmierzchało. Delikatne, białe puszki, wirowały w czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Trawa i gałęzie falowały, lekko poruszane wieczornym wiatrem, nabierając równocześnie tej charakterystycznej dla nocy szarości. Leśna polanka otoczona była wiekowymi sosnami i czeredą chaszczy. U jedynego, na tę chwilę dostępnego człowiekowi wejścia, stały dwa przedwieczne dęby, niczym strażnicy. Kiedyś było ich w tym miejscu więcej. Zginęły w zawieruchach historii, rażone ludzką głupotą lub chciwością. Truchło jednego, spalonego, do tej chwili towarzyszyło żywym jeszcze druhom, służąc równocześnie za mieszkanie rodzinie trzmieli, w tej godzinie wyśpiewujących swą jednostajną melodię. Baśka oparła się plecami o jeszcze ciepły od promieni, olbrzymi głaz. Było to odwieczne miejsce spotkań miejscowej młodzieży. Ileż tu się urodziło miłości, wylało łez, ile przeprowadzono pierwszych w życiu dysput filozoficznych. Kamień, zwany pieszczotliwie Chlorkiem, słyszał i widział zapewne tyle, że gdyby umiał mówić zostałby nauczycielem życia. Wokół nieraz można było trafić na girlandy pozostawione przez biesiadników w postaci butelek przeróżnej maści. W zasadzie zawsze było tak samo, przez lata zmieniały się tylko etykiety napoi wyskokowych. Tego wieczoru, na przełomie wiosny i lata Baśka również biesiadowała. Towarzyszył jej przyjaciel z dzieciństwa, Jacek, oraz niezawodna butelka Sophi, kupowana po sześć dziewięćdziesiąt dziewięć w wiecznej promocji. Przyzwoita cena, jak za tak zacny trunek. Jacek wyciągnął rękę z napojem w jej kierunku, przyjęła z ochotą. - Wiesz, Jacuś, myślę, że nasz Chlorek, to jakieś takie miejsce magnetyczne, jak dajmy na to ta skała pod krakowskim zamkiem. - Baśka, o czym ty gadasz? – Jacek zupełnie nie był przygotowany na filozoficzne wywody koleżanki. - No, są takie miejsca, że jakoś tak przyciągają ludzi i zawsze były świątyniami, albo osady na nich od wieków budowano. – Jacek patrzył wciąż niepewnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale wobec niespodziewanego monologu przyjaciółki, słowa na chwilę opuściły jego umysł. - Napij się, Basia. – Wymyślił w końcu stosowną ripostę. Dziewczyna jednak nie dawała za wygraną. - Takie miejsca podobno mają niesamowity potencjał. Ludzie to czują i do nich przychodzą. Pomyśl, do Chlorka też wszyscy zawsze przychodzili i my i nasi rodzice, jak byli młodzi… - Jacek pomyślał, że pewnie głównym powodem był fakt umiejscowienia głazu w wygodnej odległości od osiedla, a jednocześnie jego kształt, dzięki któremu stawał się stołem na trunki i fotelem do oparcia pleców. Baśka pociągnęła sążnisty łyk rubinowego płynu. - Myślę, że tu od wieków coś się działo. Wiesz, żercy ofiary składali, modlili się, a teraz lud przychodzi. Ech, żeby tak poznać historię Chlorka. – Dziewczyna rozmarzyła się nie na żarty. Jacek zdeterminowany wyciągnął drugą butelkę. Żeby sprostać filozofii, musiał mieć odpowiednio oczyszczony umysł. Baśka tymczasem dywagowała w coraz obszerniejszych wizjach o duchowej podróży w czasie, by móc prześledzić dzieje głazu. W końcu wstała, trzymając w dłoni rozpoczętą butelkę. - A niech mi Rodzinice dziś pokażą jak się nić czasów zaplata. – Czerwony płyn rozlał się szeroko po powierzchni kamienia, kapiąc rubinowymi kroplami na obrastający głaz mech. Jacek pokiwał głową z dezaprobatą. - Basia, ty całkiem zwariowałaś, czy bułgarski cud ci tak szkodzi? - Nie znasz się Jacuś. Mówię ci miejsce jest szczególne, tylko ty taki zaściankowy. Ja dzisiaj pogadam z Rodzianicami, a jutro, jeśli będę miała humor, może i coś ci z tego opowiem. – Mówiąc ostatnie słowa, układała się do snu na miękkim posłaniu z mchu i świeżej trawy. Jacek okrył ją kocem. ~ Rodzianice. Uchlała się na cacy. Muszę pamiętać, żeby z nią nie pić więcej~ myślał ze sceptycyzmem i złością. Baśkę obudził dotkliwy chłód. Mgła spowijała jeszcze powietrze, choć powoli przesączały się przez nią pierwsze promienie. Ostatnie chwile przed świtem, wtedy zawsze jest najchłodniej. Dziewczyna poczuła, że plecami opiera się o coś niewypowiedzianie zimnego, ~No tak, Chlorek wystygł ~, pomyślała. Odsunęła się nieznacznie od kamienia i owinęła szczelniej kocem. Przypomniała sobie, że wieczorem liczyła na spotkanie z władczyniami losu. Uśmiechnęła się do własnych myśli. Naiwność, naprawdę sądziła, że coś się stanie. Chciała jeszcze chwilę pospać, ale zimno nie dawało o sobie zapomnieć. Zęby szczękały nieprzyjemnie, mięśnie drgały. Nie było rady, należało wstać. Owijając…