Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 25 min czytania

Gdyby Czerwony Kapturek wybrał inną drogę...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

GDYBY CZERWONY KAPTUREK WYBRAŁ INNĄ DROGĘ...

Czerwony Kapturek namierzył kolejnego pryszcza i ścisnął go silnie palcami. Nienawidził swojej twarzy, niemal tak samo jak nienawidził sobotnich poranków, wciąż chorującej babci oraz owsianki, przygotowywanej co rano przez Mamę. -Kapturku!- rozległo się donośne wołanie Mamy- Schodź na dół! -Idę już...- wymruczał Kapturek do swojego mizernego oblicza, na którym wciąż widniały ślady świeżo wyciskanych pryszczy. Odwrócił się plecami do lustra i raz jeszcze rozejrzał się po swoim sterylnym pokoju, który poprzedniego wieczoru nawiedziła Mama, ogarnięta jak zawsze manią sprzątania. Wszystkie jego komiksy leżały poukładane na półkach zaś rzeczy, które jeszcze wczoraj piętrzyły się na krześle i zalegały na podłodze, znikły gdzieś w dębowej szafie. Kapturek szczerze nie znosił, gdy ktoś wchodził do jego pokoju, a jeszcze bardziej nie lubił, gdy sprzątała w nim Mama. -Kapturku!- dobiegło znów wołanie. -Idę!- odkrzyknął poirytowany Kapturek i chwycił za klamkę. Zamknął oczy i westchnął ciężko. Doskonale wiedział o torcie ukrytym przez Mamę w piwnicy, o plastykowych kubeczkach na Colę, upchniętych za serwisem do kawy oraz o papierowych czapeczkach z napisem „happy birthday”, które Mama schowała w szafce z konfiturami. Otworzył drzwi i ruszył nieśpiesznie przez przedpokój, popatrując z nieukrywaną dezaprobatą na wypolerowaną na wysoki połysk podłogę. Mama uwielbiała polerować swoje panele. Robiła to co dzień, specjalną szmatką i preparatem „Panelix”. Zanim jeszcze wkroczył do kuchni, poczuł ostry zapach odświętnych perfum Mamy oraz mdły zapach rzadkiej owsianki. -Kapturku!- Mama zapiała z radości i rzuciła mu się na szyję, zalewając jego policzki salwą wilgotnych pocałunków. Kapturek odsunął się dyskretnie od przesadnie wypachnionego dekoltu Mamy i jej niebezpiecznych dowodów miłości. Mama była niezwykle wysoką i potężnie zbudowaną kobietą, noszącą na głowie gigantyczny, niezniszczalny kok. -Wszystkiego najlepszego kochanie!- zaszczebiotała radośnie Mama, poklepując Kapturka po policzku- Ja i tatuś mamy dla ciebie wspaniałą niespodziankę! Prawda? Tata spojrzał apatycznie w ich kierunku i beknął w odpowiedzi, po czym na powrót przystawił puszkę „Dzikiego Łabędzia” do ust. Tata Kapturka był drwalem i pracował przez pięć dni w tygodniu w lesie, gdzie szalał z gigantyczną siekierą. Lubił puszkowe piwo, czwartkowe pokazy siłaczy i swoje siatkowane, przepocone podkoszulki. Najbardziej jednak lubił wygłaszać swoje ulubione zdanie: -Musisz być mężczyzną Kapturku- rzucił do niego i usiadł ciężko przy stole, na swoim trzeszczącym, gigantycznym taborecie- Tylko twardzi faceci są czegoś warci synu! Musisz być mężczyzną! To powiedziawszy zabrał się do wchłaniania swojej owsianki, na której widok Kapturkowi zawsze robiło się słabo. Czasem miał wrażenie, że rutynę jego życia wyznaczała właśnie ta nieszczęsna owsianka. Starając się nie myśleć o jej mdłym smaku i odrażającej konsystencji zasiadł obok ojca, na zwykłym miejscu. Mama krzątała się po kuchni i podśpiewując radośnie, wycierała nieistniejące pyłki kurzu. -No jak spały kochane krasnalki mamusi?- zapiała słodko, odwracając swoją promienną twarz do syna. Kapturek zacisnął zęby na pustej łyżce. Żałował, że jest metalowa. Gdyby była drewniana, mógłby spróbować ją przegryźć a tak... Tak, Kapturek był krasnalem. Osiemnastoletnim pokurczem, z którego śmiała się cała klasa. Żeby chociaż był wysoki jak ojciec albo matka. -Nie przeszkadzały przeciągi pączuszku?- głos Mamy stawał się coraz bardziej lepki. -Nie- odburknął Kapturek i odsunął miskę, nawet nie tknąwszy śniadania. -No to dobrze puciaczku, bo Mama otworzyła okna, żeby zarazki się przewietrzyły z domku. -Mamo...- jęknął Kapturek- Proszę cię, mam osiemnaście lat. Nie mów do mnie jak do dziecka. -Przepraszam pączku- zachichotała Mama- Ciągle zapominam, że tak nam wyrosłeś. Prawda, że nam wyrósł? Ojciec oderwał wzrok od miski i otarł usta wierzchem wielkiej, brudnej dłoni. -No- swoją wypowiedź przypieczętował barwnym czknięciem- Chłop rośnie jak chwat! Pamiętaj Kapturku, żeby być zawsze mężczyzną! Prawdziwy mężczyzna musi być silny i twardy jak skała! Jak będziesz prawdziwym mężczyzną, to ludzie będą cię szanować i może dostaniesz nawet taką dobrą pracę jak ja! To powiedziawszy klepnął Kapturka w ramię, o mało nie zmiatając go z jego taboretu. Kapturek zakolebał się na zydlu i uśmiechnął kwaśno, masując bolącą rękę. Praca drwala nie stanowiła szczytu jego marzeń, wolał raczej zostać rysownikiem. Jako drwal, mógłby co najwyżej łamać wysuszone patyki, a nie ścinać drzewa. Nagle coś zatrzeszczało i kuchnię wypełniły jękliwe dźwięki, wewnętrznych mechanizmów kuchennego zegara. Kapturek westchnął niezauważalnie, przeczuwając co zaraz nastąpi. -Kapturku- głos mamy rozpływał się słodyczą- Już czas abyś wyruszył do chorej babci. My z tatusiem będziemy czekać na ciebie z naszą niespodzianką. Jak wrócisz to zobaczysz co dla ciebie mamy. Prawda? -Aha- Bąknął Tata, skrobiąc łyżką po dnie miski- Mamy jeszcze trochę owsianki? -Zaraz ci dam...- odparła Mama i zwróciła się ponownie do Kapturka- Naszykowałam już wózek z jedzeniem, stoi przy drzwiach. Kapturek wstał od stołu, wywracając dyskretnie oczami. Nie wyobrażał sobie, aby wózek z jedzeniem dla babci, czekał na niego gdzieś indziej niż przy drzwiach. Powstrzymał się jednak od komentarza. -Tylko pamiętaj kochanie, trzymaj się ścieżki- powiedziała Mama, idąc w ślad za nim- Tylu niegodziwców czai się dziś w lesie, nie chcę żeby coś ci się stało. Idź prosto do domu babci. Tylko weź kurtkę...Nie! Nie tą kochanie, ta jest za cienka. Weź tą pikowaną. I szalik! No nie rób takiej miny, na dworze jest chłodno. Jesienne przeciągi są bardzo zdradliwe. Przeziębisz się i znów będziesz musiał leżeć w łóżku, wiesz przecież jak łatwo się zaziębiasz. Kapturek wiedział tylko, że musi wyruszyć jak najszybciej, bo nie zniesie gadania Mamy ani chwili dłużej. -Poczekaj! A parasol?- wetknęła mu pod pachę czerwoną, chyba trzyosobową parasolkę i uśmiechnęła się od ucha do ucha- No idź kochanie, tylko pamiętaj co mówiłam... Kapturek zgrzytnął zębami i wyszedł z na dwór, ciągnąc za sobą gigantyczny wózek w kratę, do którego mama wpychała jedzenie, dla co-sobotnio chorej babci. Wózek budził w nim wstręt. Wstydził się jego piszczących głośno kółek, kratki i smrodliwego zapachu przewożonych serów. Babcia miała upodobanie do serów różnych gatunków i zawsze składała na nie zamówienie. Babcia Gienia była dziwną staruszką, napawającą go lękiem. Nie miała zębów i włosów, ale za to miała straszną sztuczną szczękę, którą co noc układała do snu w szklance po kompocie. Kapturek nigdy nie pił u babci ze szklanek, bo nie mógł wyzbyć się wrażenia, że wcześniej moczyło się w nich plastykowe uzębienie babci. Wózek zaskrzypiał głośno, podskakując na kamieniu. I do tego ta parasolka, stercząca spod pachy niczym czerwona lanca. Kapturek wzdrygnął się na samą myśl, że mógłby go zobaczyć ktoś znajomy. Już i tak miał popsuty humor, nie trzeba mu było jeszcze wytykania palcami, akurat w jego urodziny. Wtem usłyszał głośne chrząknięcie, dobiegające gdzieś z lewej strony. Na wielkim kamieniu w cieniu dębu siedział Wilk i szczerzył się do niego przyjaźnie. -Witaj Kapturku- zagadnął wesoło- Wiedziałem, że będziesz tędy przechodził. To mówiąc Wilk podniósł się i otrzepał sztruksowe spodnie. -No raczej nie było trudno zgadnąć, którędy będę przechodził, skoro idę tędy co sobotę...- wymamrotał Kapturek. -Nie musisz być taki sarkastyczny- obruszył się Wilk, ale zaraz dodał pogodnym tonem- Mam dla ciebie prezent! Kapturek powstrzymał się od wywrócenia oczami. Zupełnie nie domyślał się tego, że Wilk chce mu podarować nowy numer jego ulubionego komiksu, który on zakupił już tydzień temu i który zdążył przeczytać już pięciokrotnie. -O, dzięki- odparł bez entuzjazmu Kapturek, pakując prezent do wózka- Masz, potrzymaj tę przeklętą parasolkę. -Nie otworzysz nawet?- w głosie Wilka pobrzmiewała nutka rozczarowania. Wilk Wyrwipałka był jego najlepszym przyjacielem. Ba! Jedynym, jakiego miał. Razem chodzili do szkoły, gdzie szybko stali się pośmiewiskiem całej klasy. On, pryszczaty karzeł i Wilk, zniewieściały fanatyk zdrowej żywności. -Później odpakuję, spieszę się...Babcia chora... -Ona jest co tydzień chora- bąknął Wilk bardziej do siebie, niż do przyjaciela. Kapturek zignorował niezadowolone pomruki Wilka i przyspieszył kroku. Leśna łączka pachniała wilgocią, tonąc w złocisto-brunatnym oceanie traw. Dróżkę, którą teraz szli przykrywał gruby dywan zbutwiałych liści i błota. Minęli w milczeniu zwalone ostatnią burzą pnie drzew oraz krzaki dzikich malin. Po krótkim czasie doszli do rozwidlenia dróg, gdzie stał wysoki drewniany słup. Kapturek zatrzymał się pod nim i spojrzał z niechęcią na drewnianą strzałkę z napisem „Wieś Pieniaszki”. -Chciałbym żeby to był inny dzień...Mam w końcu osiemnaste urodziny- powiedział pod nosem, spoglądając z rosnącym zainteresowaniem na strzałkę z napisem „Topolowy szlak”- Co powiesz Wilku jak pójdziemy się przejść tędy? Wilk podrapał się po pośladku i pokręcił głową. -No nie wiem Kapturku, nie powinniśmy zbaczać z drogi. To niebezpieczne, poza tym... Ale Kapturek już nie słuchał. Wepchnął wózek w krzaki, tak by nikt go nie dostrzegł i ruszył dziarsko w dół ścieżki, która jak głosiła strzałka, prowadziła do topolowego szlaku. -Kapturku czy ty wiesz, co robisz? A jak ktoś nas napadnie i zgwałci? -Nie bądź śmieszny Wilku- parsknął Kapturek- Jesteśmy facetami, kto miałby niby nas zgwałcić? -No...- Wilk dreptał śpiesznie za przyjacielem- No, ale może nas ktoś zaczepić, albo zabić nawet! Przecież to ciemna knieja! Kto nam udzieli pomocy niby? -Jaka znowu knieja? Toż to zagajnik ledwie...Pójdziemy kawałek ścieżką, zobaczymy co tam ciekawego jest na topolowym szlaku i wrócimy. Nie denerwuj się. Zdążę jeszcze polecieć do babci. Nigdy nie chciałeś zboczyć z dróżki? Nie możemy całe życie robić tego, co nam każą. Wilk wzruszył ramionami, nie wiedzieć czy w geście aprobaty czy zobojętnienia i zaczął pogwizdywać znaną piosenkę.

*

Wszędzie rosły paprocie i wysokie, smukłe drzewa, których ani Kapturek, ani Wilk nie potrafili nazwać. Ścieżka zaprowadziła ich do mostku, przez który się przeprawili, a potem do wielkiej skały stojącej na zakręcie. Gdy ją mijali dobiegło ich ciche, nieco chrapliwe wołanie o pomoc. -Może już wrócimy?- spytał z niepokojem Wilk, rozglądając się dokoła. -Ciiii- Kapturek przyłożył palec do ust i zaczął nasłuchiwać- Słyszysz? Ktoś wzywa pomocy! Nie czekając na reakcję Wilka, popędził przed siebie i błyskawicznie minął zakręt. Wtedy jednak, jego oczom ukazał się dziwny widok i Kapturek zatrzymał się jak rażony gromem. Na konarze jednego z drzew wisiała wielka metalowa klatka, wewnątrz której siedział skulony mężczyzna. -Pomóż mi- zawołał człowiek, przystawiając umorusaną twarz do prętów. Oczy miał czarne jak dwa węgle i tak błyszczące jak gwiazdy. Jego zabiedzone ciało przykrywało brudne i straszliwie obszarpane odzienie. Kapturek nigdy nie widział tak wynędzniałej istoty ludzkiej i pewnie gdyby nie był tak zdziwiony, poczułby nawet współczucie. -Kim jesteś?- spytał zaciekawiony Kapturek. -Nie rozmawiaj z nim- wysapał Wilk, dopadając do przyjaciela, po czym wycelował w klatkę końcem parasola- Może mieć wściekliznę! Mężczyzna objął pręty palcami i zrobił najsmutniejszą minę, jaką Kapturek kiedykolwiek widział. -Nie bądź niemądry...- szepnął Kapturek- To tylko jakiś nieszczęśnik. -Pomóżcie mi dobrzy panicze!- zakrzyknął nieszczęśnik. -Kim jesteś?- spytał Kapturek, zbliżając się do klatki- Jakimś złoczyńcą? -Nie jestem złoczyńcą!- zaprzeczyła pośpiesznie brudna głowa- Źli ludzie zamknęli mnie tu, abym zmarł na tym drzewie. Nie zostawili mi ani wody, ani jedzenia. -Wielka szkoda żeśmy zostawili wózek, dalibyśmy mu kilka serów i ziemniaków- zamruczał Wilk, pochylając się nad uchem Kapturka. -Przestań Wilku, niech się wypowie...Więc, za co cię umieścili w tej klatce? -Dobry paniczu- zaczął płaczliwie mężczyzna- Byłem głodny, więc wyłowiłem ze stawu rybę... -I za to cię tu zamknęli?- zdziwił się Kapturek. -Staw należy do pana tych ziem, tak jak i ten las...Złapali mnie, a ja byłem taki głodny. Mam rodzinę na utrzymaniu, żonę,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gdyby Czerwony Kapturek wybrał inną drogę... — czytnik · opowiadania