Akcja · 8 min czytania
Gdyby mnie tam nie było...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gdyby nas tam nie było…
W poniższym opowiadaniu wszystkie postaci, oprócz Angeli Melker i Christiana Wulffa są tylko i wyłącznie wytworem mojej wyobraźni. Co do tych dwóch osób, ich umieszczenie, jak i cala historia nie ma na celu ukazania ich w złym świetle.
Już od czterech dni staramy się zdobyć małe niemieckie miasto, którego nazwy nie zdołam wymówić. Może zanim zacznę opowiadać dalej skrócę nieco historię tego polsko niemieckiego konfliktu. Otóż wszystko byłoby nadal dobrze, gdyby nie nagła zmiana w systemie politycznym Niemiec. Od marca 2011 roku w Niemczech stopniowo zdobywał popularność niejaki Peter Falkenberg. Gdy zdobył dość dużą popularność w polityce, zaczął krytykować swój naród w taki sposób, żeby uzyskać poparcie swoich rodaków. Krytykował jakość gospodarki, która wcale nie była taka zła. Nie tylko gospodarkę, ale i wojsko krytykował. Mówił, że jest zbyt małe, żeby móc pokonać wroga Niemiec. Na jednej z konferencji odparł, iż takowym wrogiem była jest i zawsze będzie Polska. Niestety ta odpowiedź nie usatysfakcjonowała prezydenta Niemiec i kanclerz, Angeli Melker. Rząd niemiecki starał się sprostować słowa niesfornego polityka, ale ten głosił coraz bardziej antypolskie przemówienia, i co gorsza, zyskiwał coraz większe poparcie wśród swych rodaków. Dnia 7 grudnia 2011 roku rozpoczęła się największa eskalacja tego konfliktu. Wtedy to został sprawnie przeprowadzony zamach na prezydenta Niemiec, Christiana Wulffa i Angelę Melker. Ich miejsce zajął nikt inny, jak właśnie Falkenberg. Nie minęły dwa dni od śmierci prezydenta i pani kanclerz, gdy on winnymi za zamach obarczył Polaków. Dwa tygodnie później, a dokładnie to 22 grudnia o godzinie 16.00 wojska niemieckie przekroczyły granicę Polski. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że właśnie tego dnia rozpocząłem swą pracę w Wojsku Polskim. Całe szczęście, że byliśmy przygotowani na atak. Walki na granicy trwały do 5 stycznia. Wtedy nastąpiła dla nas przełom. Rozpoczęła się niezwykle ostra zima, która sprawiła, że niewyszkolone do walki w zimie wojsko niemieckie osłabło i poczęliśmy przeć naprzód. Obecnie jest 11 stycznia a nasz korpus zatrzymał się i nie mamy możliwości iść dalej, dopóki nie zdobędziemy miasta.
– Szymon! Szymon! – Usłyszałem przez sen. – Narkoza wstawaj do kurwy nędzy! –Dobra, dobra! Już wstaję! – Powiedziałem i stanąłem na nogi z ciemnego kąta, w którym zaszyłem się, żeby na chwilę zasnąć. Siedzieliśmy w jakichś ruinach, w których z każdej strony, pizgało cholernie zimne wietrzysko. –Już myślałem, że cię zamroziło totalnie. – Powiedział Andrzej. –Zmrozić to mnie zmroziło, ale jak widać żyję. Czemu jest tak cholernie cicho? –Spytałem, gdy po chwili doszło do mnie, że nic totalnie nie słychać. Żadnych odgłosów walki. –Tak się składa, że kiedy ty smacznie sobie spałeś przez trzy godziny, to nasi z Wojsławskim na czele wyparli szwabów z tej części miasteczka. –Czyli teraz będziemy walczyć główną bitwę, tak? Walka o ratusz? –Dokładnie. A teraz musimy się przejść kawałek, aby dojść do naszych. Wojsławski chce ich zaskoczyć.
Rozejrzałem się dookoła. Śniegu przybyło, a wszyscy, którzy byli wewnątrz tego, co kiedyś było budynkiem mieszkalnym, byli gotowi do wyjścia. –Dobra! Wszyscy ruszają swe pieprzone dupska i stąd wypieprzamy! Ruchy! – Powiedział dość głośno Andrzej. Z Andrzejem Sobocińskim, bo takie jest jego nazwisko, znamy się od przedszkola. Zawsze razem się bawiliśmy w żołnierzy i marzyliśmy, żeby nimi zostać. Kiedy rozpoczęła się wojna Andrzej został awansowany do rangi sierżanta, a ja dopiero rozpocząłem służbę jako szeregowy. Andrzej niedawno otrzymał ksywkę „sobótka”. Mnie kumple nazywają „narkoza” z powodu mojego nazwiska – Narkolewski. Do grupy Wojsławskiego nie było daleko. Musieliśmy przejść tylko trzy ulice i znaleźliśmy się na miejscu. –Dobrze, że już jesteście, - powiedział cicho Wojsławski, gdy tylko nas zobaczył. –Miałem