Fantastyka · 17 min czytania
Gdzie diabeł nie może
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
GDZIE DIABEŁ NIE MOŻE.... Część I: Pokój 106
Co za dużo to niezdrowo i właśnie zaczynam się o tym przekonywać. Po ostatnim zleceniu zrobiłem sobie urlop. W gospodarstwie agroturystycznym w byłym kołchozie na Sachalinie. Ciekawe miejsce, ale tubylcy zjedli wszystkie wiewiórki z pobliskiego lasu zanim wystrugałem sobie łuk... . Ech, wakacje.... . To, co dobre szybko się skończyło i teraz siedzę na bezrobociu. Nudno jak cholera, więc zamieniłem lokal w bloku na połowę bliźniaka na Starym Zakrzowie w nadziei, że będzie tam ciekawiej. Jest niestety równie nudno i tak blisko chałupy Juzefa, że czasem czuję wyziewy z jego wychodka. Ale nie narzekam.... tylko ciągle nie mam roboty. Czyżby nie było już miejsc, gdzie diabeł nie może?.... . Tego dnia postanowiłem zerwać ze starym trybem życia: łóżko - monopolowy - kibel - łóżko i zrobić COŚ. W końcu wymyśliłem, że tym czymś będzie nazbieranie owoców na zacier,a w przyszłości bimber. Na strychu niezła aparatura po poprzednim właścicielu stoi odłogiem, a w sadzie jest trochę jabłek... . Niezwłocznie wziąłem się do dzieła. Co prawda jabłka były wielkości orzechów i do tego robaczywe, ale zebrałem je łopatą razem z liściami do wiadra. Przecież życie pełne jest rozczarowań. Trzeba brać to, co jest. Zanim zakończyłem zbiory, usłyszałem od strony drogi charakterystyczne człapanie, którego źródłem był Roman Miszczuk pełniący zadania zakrzowskiego listonosza. Targając olbrzymią torbę wszedł na moje podwórko lekceważąc pozostałą po poprzednich właścicielach tabliczkę ostrzegającą przed rottweilerem. Psa zjadłe, ale tabliczki nie zdjąłem. Żylasty był. Dobry. Nadszedł czas wypłaty.... - krzyknął od płota. Na wieść o kasie zrobiłem się kulturalny. Listonosz w dom - Bóg w dom! Jak to miło znów was spotkać... No, już ja znam te wasze bajery... - Roman przejrzał mnie na wylot. - Macie tu dostawę i strzelajcie autografa. - śmiejąc się ironicznie wypłacił mi rentę i dorzucił kilka listów. Posłusznie podpisałem się na jakimś papierze, listonosz schował go do przepastnej torby. Teraz przeszedł do spraw pozasłużbowych. Nie da rady.. siedem stów to za mało na koks... tona węgla teraz cztery kosztuje. - wyjaśnił drapiąc się po głowie. Pieniądze to nie wszystko. K***a, to niech będzie tona węgla. Meblami ze śmietnika będę dopalał............... Roman pokręcił głową z nie dowierzaniem. W dziedzinie opału był specjalistą. Nosił ksywę "Czarny Roman", bo zawsze znał aktualne ceny węgla i koksu. Poza tym zaopatrywał w opał połowę Zakrzowa. Patrząc na chałupę z zewnątrz potrafił określić ile węgla potrzeba na jej ogrzewanie w ciągu zimy. Umiał nawet poznać po twarzy człowieka jakiego opału używa i gdzie mieszka. Ponieważ przez dziesięć lat mieszkałem w bloku straciłem wprawę w kradzieżach węgla z bocznic kolejowych. Musiałem wykorzystać fachowca. Na taki kurnik może nie starczyć..... . Trudno, nie mam kasy... A renta? - przyczepił się do pieniędzy, które przed chwilą mi przyniósł. Za coś trzeba żyć. Żeby żyć trzeba grzać. Dobra, zobaczę co da się zrobić za tę cenę. Tymczasem zmywam się. - Czarny Roman zamknął za sobą furtkę i poszedł do sąsiadów. Niech koks będzie z Tobą! - rzuciłem na pożegnanie. Gdy listonosz zniknął za żywopłotem sąsiada, zabrałem się za przejrzenie korespondencji. Nie było to nic szczególnego: trzy reklamy, oferta zakupu Wjagry, wezwanie do zapłaty krechy ze spożywczego i list z Piekła..... Z piekła? Nareszcie sobie o mnie przypomnieli.... .Hmmm, propozycja nie do odrzucenia. Nareszcie powiadamiają mnie w cywilizowany sposób a nie pisząc mi wiadomość krwią na ścianie. Ale o forsie jak zwykle nie piszą.. . Nie namyślając się długo pobiegłem do szafy. Ubrałem służbowy strój w postaci skórzanej kurtki, drelichowych gaci i gumofilców. Uzbrojenie jak zwykle leżało na dnie szafy. Zabrałem kałasza, jakiś zabytkowy rewolwer, łom, brzeszczot od piły i kłębek miedzianego drutu - do duszenia, wiązania lub spieniężenia. Rakietę Stinger zostawiłem. Po przygotowaniu zlazłem do piwnicy. Na końcu krótkiego korytarza znalazłem drzwi z wyciętym serduszkiem i przybitą krzywo tabliczką: "Piekło. Wejście dla personelu. Obowiązuje strój ochronny. Przepustkę okazywać bez wezwania strażnika.". Nacisnąłem klamkę. Za drzwiami zionęła bezdenna czarna otchłań. Strasznie tego nie lubiłem, zwłaszcza na trzeźwo, ale to był jedyny sposób. Skoczyłem.
* * *
Zima nuklearna była tego roku wyjątkowo ostra. Nad okolicą padał od tygodnia zestalony dwutlenek węgla. Temperatura była bliska zera absolutnego. Ale pizgawica.... - Minister Inwigilacji i Kontrwywiadu Wielkiej Wsi Zakrzów Władimir Kriecherei wyjrzał przez okno swojego biura na 789 piętrze budynku rządowego. - Dobrze, że nie muszę działać w terenie..... . Trzęsąc się na samą myśl o ewentualnym wyjściu na zewnątrz wrócił do swojego biurka i wlepił wzrok w zalegającą przed nim stertę raportów, listów, donosów i wyroków śmierci. Wszystkie przejrzane, zanalizowane, szpiedzy w terenie. Nuda. Przerwał ją zgrzyt otwieranych drzwi. W jego biurze pojawił się dziwny typ: niski blondyn ubrany w czarny, drelichowy stój roboczy. Jako jedyny na Zakrzowie nie był klonem Andrzeja Leppera. Minister rozpoznał w nim oczekiwanego od kilku dni gościa. Jerzy Wasiliewicz Karwowski. - przedstawił się przybysz wlepiając wzrok w siedzącego za biurkiem. Wiem, siadajcie. Wasza sława dotarła nawet na to zadupie... - zagadnął od niechcenia Kriecherei wyciągając chińskie cygara i częstując nimi gościa. Ten zapalił i zaciągając się fachowo przysiadł na fotelu. Przejdźmy zatem do konkretów... - ciągnął minister. - misja jest specjalna. Zlecił nam ją sam Sołtys Wielkiej Wsi Zakrzów. Gadajcie o co chodzi, płaćcie i po sprawie. - streścił się Karwowski. Jak mniemam wiecie kim jest Wielki W.? Szef komunistycznej sekty ONI, wódz naczelny Państwa Rad, zbuntowanej prowincji zakrzowskiej w Himalajach. Tak... wiec, nie zlikwidowaliśmy go w porę, zanim stał się nieśmiertelny i teraz mamy co roku zimę nuklearną za jego sprawą.... Dobrze. Powieszę go za jaja na moście. Dokładnie o to chodzi. Cofniecie się w przeszłość i zrobicie z tym skur... sukinsynem co należy. Sposób zależy od was.... . Liczyłem na bardziej rozbudowany dialog. Czy to wszystko? Tak. - potwierdził śmiertelnie poważnie Kriecherei. Agent napisał na kartce swoją cenę i podał ministrowi. Ten trochę zbladł, ale po chwili przystał na propozycje. Dobro Ojczyzny jest bezcenne... . Obaj osobnicy wstali i sztywno podali sobie lewe ręce. Możecie przystąpić do działania od zaraz. - powiedział minister. Agent nic nie odpowiedział. Kur' wayene' um - pożegnał się po zakrzowsku i opuścił lokal. Kurwa, nasza instytucja schodzi na psy! - wściekł się minister zaraz po tym, jak Karwowski wyszedł z jego gabinetu. - Co to za fachowiec? Z wariatkowa go pewnie wyciągnęli, tego na wyspie Mołdawia... . Że też to jedyny, jaki chciał to zrobić dobrowolnie... - Kriecherei westchnął z rezygnacją. Podszedł do okna i zaczął żuć pozostałego z chińskiego cygara kiepa.
* * *
Najbardziej przeze mnie znienawidzonym momentem w tym sposobie podróżowania był moment lądowania. Ni stąd, ni zowąd wypadłem z czarnej dziury na równie czarną posadzkę Piekła. Twarzą w glebę, a do tego po chwili zwymiotowałem. Nie wiem dlaczego, ale chyba miałem wstręt do teleportacji. W końcu jednak udało mi się pozbierać i poszedłem niskim i szarym korytarzem w stronę biura Rokity. Korytarz był wymalowany olejną farba, w zasadzie nie wiedziałem gdzie ma iść, ale zawsze szedłem prosto przed siebie i jakoś trafiałem. Podobnie było i tym razem. Z daleka dojrzałem szerokie, opatrzone złotą tablicą wrota. Podszedłem do nich i zastukałem ustalonym kodem. Niestety chyba zafałszowałem, bo z drzwi nagle wystrzeliły kolce, a pod wycieraczką otworzyła się zapadnia. Na szczęście zdążyłem w porę uskoczyć... . Za drugim razem nie pomyliłem się. Wszedłem swobodnie do biura diabła przez otwarte wrota. Od ostatniej mojej wizyty wiele się tu zmieniło. Biuro Rokity, przypominające dawniej piwnicę na ziemniaki, było obecnie przestronne, wysprzątane i wyposażone w nowoczesne sprzętu, w tym również komputer. Za marmurowym biurkiem siedział Rokita ubrany w czarny garnitur. Na mój widok wyjął z barku flaszkę żubrówki i nalał do kieliszków. Siadaj,…