Fantastyka · 58 min czytania
Gdzie jest Mars?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
(warto poczytać przy muzyce, przy której to pisałem - w tym celu udajemy się na http://www.invisibleanimals.com - a tam w lewym górnym rogu miga kółeczko playera. Wciskamy i zaczyna grać :) Miłego słuchania - no i przyjemnej lektury)
- Chodź, pójdziemy się poślizgać! - Molly, ile ty masz lat? - westchnąłem ciężko. - Dwadzieścia cztery - uśmiechnęła się do słuchawki. - A w czym to przeszkadza? Cała ona... Była miłą, elokwentną i zaradną dziewczyną: potrafiła obiad ugotować, uszczelkę pod zlewem wymienić, a czasem zarwać noc czytając Iliadę - i tylko co i rusz wyskakiwała z czymś kompletnie zwariowanym, na co i ona i ja byliśmy dobre piętnaście lat za starzy. Ciągnęła mnie a to na diabelski młyn, a to do budki z watą cukrową, gdzie - ku mojej zgrozie - kupowała mi porcję większą niż moja głowa. Rzucała we mnie śnieżkami i robiła orły na śniegu. I zawsze wbiegała i zbiegała po ruchomych schodach - pod prąd. - Jest środek zimy... - jęknąłem. - Tu zawsze jest środek zimy. A lodowiec jest tak pięknie wyślizgany, że aż szkoda by było nie pójść. Chodź, zanim go znów zasypie. - Lodowiec nie jest do ślizgania... Poza tym, co będzie, jak się zarwie? - Albo się jeszcze roztopi? - buchnęła perlistym śmiechem. - I uwolni bakterie sprzed trzech miliardów lat, od których nabawimy się grypy! Mike, daj spokój... To miasto stoi na lodowcu już sto lat i nawet trzęsienia ziemi nie mieliśmy... Cudowna dziewczyna - taka do rany przyłóż. Konie możnaby z nią kraść! Tylko najpierw trzeba ją wychować... - Molly... - westchnąłem błagalnie. - Przyjadę po ciebie i pojedziemy do włoskiej, co? - No dobrze...
***
W środku nocy ze snu wyrwało mnie dwukrotne nerwowe warknięcie. Ekranik komórki rozjarzył się w ciemnościach zielonkawym światłem. Ktoś o piątej trzynaście miał do mnie jakąś sprawę - a że nie wypada o tej porze dzwonić i zamęczać człowieka osobiście, przysłał mi esemesa. Wysunąłem spod kołdry tylko rękę i czubek głowy. Wymacałem piekielne ustrojstwo na stoliku nocnym i przysunąłem do oczu. No tak, któż by inny? Molly. "Dzisiaj idziemy na bobsleje", pisała. "I bez gadania." Komórką wypadła z mi z uwiędłej ręki i zaryła miękko w poduszkę. Plasnąłem się w czoło dłonią - i tak zasnąłem. Pół godziny później słodką drzemkę na ericssonie w roli jaśka definitywnie przerwał budzik. Nie otwierając oczu, wyprowadziłem na oślep cios karate, który powaliłby bizona. I chybiłem. Zrobiłem wgniecenie w stoliku nocnym, najprawdopodobniej łamiąc sobie przy tym rękę - a zegarek uskoczył i spadł na podłogę, gdzie trelował dalej w najlepsze. Zwlokłem się z łóżka i szukałem go na czworakach po omacku. W końcu go wyłączyłem - miażdżąc go kolanem. Zapadła błoga cisza, niezakłócana przez nic i nikogo. Była za kwadrans szósta; środek nocy. Czas więc zacząć dzień. Zresztą tu zawsze był środek nocy... No, może nie całkiem - ale trwającego sześć miesięcy dnia czasem człowiek już nie zauważał. Przez ten śnieg, który sypał tu okrągły rok. Nie wiem, co za wariat postawił miasto na lodowcu; San Nicolas - sterczące niczym igła na samym biegunie południowym. Ale była robota - a za nią człowiek poleci i na Marsa, i znosił będzie trzystudniowe dojazdy w te i we wte. Moja przynajmniej czekała na rodzimej planecie. Mniejsza z tym, że na siódmą. Mniejsza z tym, że ponadgodzinny dojazd - a żeby się jako tako oporządzić, najeść i jeszcze wyglądać jak człowiek, trzeba było wstać po piątej. Radziłem sobie z tym nadzwyczaj dobrze. Jak zawodowy żołnierz: myłem się jedną ręką w biegu, drugą wciągając spodnie i skarpetki; zimną kawę, zrobioną zawczasu wieczorem, dopijałem na progu, jedną nogą już za drzwiami, półgębkiem paląc rozmokłego peta sprzed trzech dni - bo bez śniadania można się obejść, a bez witamin ani rusz!
***
Człapiąc z samochodu do domu przez metrową warstwę śniegu, stwierdziłem, że jeśli Molly naprawdę chce mnie dzisiaj zaciągnąć na bobsleje, będzie mnie musiała najpierw zabić. Chciałem już tylko spać; położyć się, zasnąć, i obudzić się za pół roku. Albo wcale. Ale nie, nie wolno mi umrzeć. Szef by się wkurzył jak diabli. Poszedłby za mną do nieba, złapał za ucho i zawlókł z powrotem za biurko. Nie pozwalał chorować. Za ziewanie jechał po pensji - a urlopy uważał za nonsens. - Po co ci urlop? - spytał, gdy przyszedłem z nieśmiałą sugestią po niemal roku niewolniczej pracy. - Więcej niż dwa tygodnie i tak nikt na świecie ci nie da, a te czternaście dni jak z bicza trzasnął minie, ani się obejrzysz. A ty wrócisz tak samo zmęczony - i znowu będziesz chciał urlop. Jak chcesz mieć wolne i wstawać po ósmej, to rzuć tę robotę w cholerę! - Uniósł wymownie brwi. - A najlepiej zostań pisarzem! - buchnął rubasznym śmiechem. Nigdy mu nie mówiłem - ale taki właśnie był plan. Sztywno wgramoliłem się po pięciu schodkach na ganek. Skostniałą dłonią gmerałem w kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Sapnąłem ciężko białym obłokiem, gdy plusnęły w śniegową pierzynę. Kiedy znalazłem je pół minuty później, moja dłoń nadawała się do amputacji - albo, od biedy, na grilla. Drugą ręką - w której brakowało mi jedynie czucia - otworzyłem najpierw górny zamek, potem dolny, i przetoczyłem się przez próg. I już miałem zatrzasnąć z hukiem drzwi, gdy pośród zawiei zauważyłem stojącą w nich sylwetkę sylwetkę. - Dzień dobry - rzekł chłopiec, przestępując z nogi na nogę. Na wycieraczce, gdzieś pół metra pod tym śniegiem, napisane było coś w rodzaju "Witaj." Chociaż nie jestem pewien. Od lat jej nie widziałem. - Dzień dobry... - odparłem niepewnie, wyściubiając zza drzwi samą głowę. Przyjrzałem się dziecku: mógł mieć z osiem, dziesięć lat. Miał przyklapnięte, kasztanowe włosy - i loczek na środku czoła jak Superman. Gapił się na mnie przenikliwie wielkimi, szarymi oczyma. Dzwonił zębami, a rumieńce na jego polikach były fioletowe. Wyglądał dziwnie znajomo... - Wpuścisz mnie w końcu do środka? - burknął, mierzwiąc brwi. - A... czemu...? - bąknąłem, ogłupiały. - Bo jest minus pięćdziesiąt stopni? - Chłopiec przewrócił oczyma. - Ale... ale ja nie wiem, kim jesteś! - broniłem się. - Twoim wewnętrznym dzieckiem. Zamrugałem oczyma. - Kim?! - Twoim wewnętrznym dzieckiem - powtórzył malec powoli. - Znaczy, że co? - skrzywiłem się. - Nieślubnym synem czy jak? Sapnął ciężko, zwieszając ramiona. Szarpnął za drzwi, wyrywając mi klamkę z ręki, i otworzył na oścież. Pchnął mnie do środka. Zatoczyłem się i usiadłem na komódce. Mały wszedł za mną przez próg i zamknął za sobą drzwi. - Jestem tobą - westchnął, znużony. Zdjął czapkę i rzucił na ziemię. Jął rozsupływać trzymetrowej długości wełniany szalik. Przyklęknąłem i przyjrzałem mu się, kręcąc głową z niedowierzaniem. To... byłem ja. Ująłem jego nadąsaną twarz w dłonie i oglądałem uważnie ze wszystkich stron. Miał takie samo rozcięcie na brwi, jak ja; nauczkę, że żelazko to nie piłka. Miał mnóstwo piegów - tak jak ja, nim przekształciły się w pryszcze, by w końcu zniknąć zupełnie i zostawić moją twarz niemal zupełnie pozbawioną pigmentu. I te szare oczy, ze źrenicami cienkimi jak ukłucie szpilki, wpatrujące się we mnie w skupieniu. Moje oczy. To byłem ja. Dzieciak był mną - sprzed jakichś osiemnastu lat. Poderwałem się z komódki i czmychnąłem do salonu. Zatrzasnąłem z hukiem drzwi. Usiadłem na podłodze i zaparłem się o nie plecami. Nawet najbardziej namacalne zjawy znikają, gdy zamknąć się w sąsiednim pokoju. Wystarczy znowu otworzyć i zerknąć, by przekonać się, że ich nie ma. I kiedy wyściubisz nos z kryjówki - zjawiają się za twoimi plecami. - To było nieuprzejme! - stwierdził malec zza drzwi. Kiedy łypnąłem przez dziurkę od klucza, napotkałem szarookie spojrzenie. Odskoczyłem jak oparzony. Zapukał trzykrotnie: nie za mocno, ale stanowczo. Schowałem się za fotel; obłędnym wzrokiem szukałem czegoś ciężkiego. Wtedy pukanie powtórzyło się: równie spokojne. - Mogę wejść? - spytał znużonym tonem. - P-proszę... - wykrztusiłem. - Dziękuję - mruknął, lustrując mnie cierpko. Plasnął ciężko na fotel. Wychyliłem się zza swojego i opadłem nań bezwładnie. - Ale... jak...? - wykrztusiłem w końcu. - Jesteś jakimś klonem czy co? Chłopiec pokręcił głową. - Jestem manifestacją dziecięcej części twojego ego - odparł chłopiec. - Czyli... ciebie nie ma? - zaryzykowałem. - Ja cię widzę, ale tak naprawdę nie istniejesz? - Daj rękę. - Co? - Daj rękę - naciskał chłopiec. Wyciągnąłem ku niemu dłoń, jak do wróżby. Wtedy on wstał z fotela, podszedł do mnie i chwycił mnie za nadgarstek. Szybkim ruchem podciągnął mi rękaw. Chwycił oburącz za przedramię i wykręcił. - Au! - wrzasnąłem. Takiej pokrzywki nie pamiętałem od trzeciej klasy podstawówki. - Teraz mi wierzysz? - spytał chłopiec z wyrzutem. - Tak... - stwierdziłem cierpko, masując obolałe przedramię. - Ale nadal nie rozumiem... Jak możesz byc... moim... wewnętrznym dzieckiem... skoro jesteś taki... no... na zewnątrz? Malec spojrzał na mnie cierpko. - Bo tu - rzekł, dźgając mnie w splot słoneczny - nie ma dla mnie miejsca. Spojrzałem krytycznie na swoje wychudłe żebra. Rzeczywiście trudno by tam było zmieścić ośmioletniego szkraba. - Jesteś tak do bólu dorosły - ciągnął ten - że wyszedłeś z siebie i stanąłeś obok. - Tak? - Zdezorientowany, rozejrzałem się po przedpokoju. Klepnął mnie w kolano, a gdy spojrzałem na niego, mierzwiąc brwi - wskazał palcem na siebie. - Aha - bąknąłem. - I co teraz? - Napiłbym się czegoś - stwierdził dzieciak. - Zrób mi kakao. - Mam tylko kawę - odparłem. Chłopiec pokręcił z głową z dezaprobatą. - Jak można nie mieć kakao? - zżymał się. - Co z ciebie za człowiek? - Hm... Dorosły? - No tak... - westchnął. Spojrzał w niebo z miną pod tytułem: Boże, ty widzisz i nie grzmisz? - O ciastka pewno nie ma co pytać? - Przykro mi. - To nic. Kupi się - stwierdził malec rezolutnie. - Dobry pomysł - przyznałem. - Masz swoje pieniądze czy dać ci trochę na drogę? Mały spojrzał na mnie z piorunami w oczach. - Czy ja dobrze rozumiem? - spytał, przekrzywiając głowę. - Ty mnie chcesz wykopać na pięćdziesięciostopniowy mróz? Dasz mi sto dolarów i pa pa, wewnętrzne dziecko? - Myślałem raczej o dwudziestu dolcach... - bąknąłem niepewnie. - Ale masz rację, poczekamy, jak zelżeje do minus czterdziestu. Chłopiec prychnął, przypatrując mi się z politowaniem. - Ty nic nie rozumiesz, prawda? Spuściłem wzrok i wpatrywałem się w skupieniu w swoje dłonie. - Nie - przyznałem. - Ja zostaję. Przyjechałem do ciebie. Pokręciłem głową. - Powiedz mi, gdzie mieszkasz, to cię zaraz odstawię do domu - zasugerowałem. - Nigdzie nie mieszkam. - Daj spokój. Twoja mama na pewno zamartwia się na śmierć. Chłopiec westchnął ciężko. - Moja mama nie wie, że istnieję. - Aż tak źle? - zdziwiłem się. Zrobiło mi się brzdąca żal. - Moja mama to przecież twoja mama! - rozłożył ręce, przewracając oczyma. - I co? Zawieziesz mnie do niej i powiesz: cześć, mamo, przywiozłem ci siebie, wychowaj mnie jeszcze raz? - Ale... kobieta się tobą lepiej zajmie niż ja! - naciskałem. - Naprawdę chcesz jej to zrobić? - Spojrzał na mnie z wyrzutem. - Naprawdę chcesz to zrobić mnie? - Czyli co? - jęknąłem. - Ja mam ciebie wychować? Pokręcił głową. - Ja ciebie.
***
Wózek sunął alejkami centrum handlowego z coraz większym mozołem. Kółka piszczały żałośnie, nóżki wyginały się do środka, a druciany koszyk raz po raz stękał boleśnie, gdy lądowało na nim kolejne pudełko, paczuszka lub butelka. Z początku myślałem, że dzieciak jest po prostu głodny - bardzo, bardzo głodny. Ale nie. Zauważyłem, że idzie wzdłuż półek, ze wzrokiem utkwionym w ziemi, i co pięć kroków chwyta cokolwiek mu się nawinie. Ciągnął wózek niczym osła i ładował na niego ogórki kiszone, chrzan, szpinak, proszek do prania, firlejek - a nawet wodę mineralną! I to niegazowaną! Jakie dziecko pije coś, co nie ma bąbelków, dziwnego, radioaktywnego koloru i w dodatku jest zdrowe? Kiedy chwycił i rzucił na górę zakupów pudełko podpasek, musiałem interweniować. - Wróć i odłóż to - kazałem. - Czemu? - żachnął się, oburzony. - Czy ty w ogóle wiesz, co to jest? - Nie - stwierdził. - Ale ma ładne pudełko. - Kto za ten Mount Everest w ogóle zapłaci? - My? - Tak? A ile masz przy sobie pieniędzy? Chłopiec sięgnął do obu kieszeni i gmerał w nich uparcie przez chwilę. Wyciągnął zaciśnięte pięści, a gdy je otworzył, na sklepową podłogę posypały się szklane kulki, na wpół przeżuta guma, zużyta chusteczka, przedarty bilet autobusowy, cążki do paznokci, breloczek z którymś z Żółwi Ninja i pomięta karta z Yogim Berrą. Pochyliłem się i zgarnąłem je z ziemi. - Piętnaście... Dwadzieścia... Trzydzieści... - liczył, przesuwając miedziaki po małej dłoni jak kulki w liczydle. Podałem mu jego skarby. - Hej, gdzie moja karta? - Pewnie wpadła pod półkę? - mruknąłem. Sam nie wiem, czemu to zrobiłem. Machinalnie, bezwiednie - a może wcale nie? Tak czy siak, wygniecioną tekturkę z wizerunkiem idola lat szczenięcych ukryłem w dłoni i schowałem ukradkiem do kieszeni, gdy on przeliczał drobniaki. - To jak, ile masz? - spytałem, gdy skończył. - Trzydzieści siedem centów - mruknął cierpko. - I co, oskubiesz mnie do cna? - Niech będzie... Zapłacę... Ale naprawdę musimy kupować te gumowe rękawice? - Tak.
Część 22 / 2
***
Gdy wytoczyliśmy się z zakupami ze sklepu - oczywiście dziewięćdziesiąt dziewięć procent bagażu w moich rękach, bo on nie mógł w jednej ręce udźwignąć więcej, jak dwa kilo, a w drugiej trzymał jedzonego batonika - już z daleka usłyszałem wściekły jazgot mojej komórki. Gdybym miał wolną rękę, plasnąłbym się nią w czoło. Molly! Molly i te diabelne bobsleje! Rzuciłem siatkę i chwyciłem za klamkę. Wtedy włączył się alarm. Do tremolo mojej toyoty w chwilę potem dołączyło stojące tuż obok volvo. Nim odszukałem w kieszeni klucz, w moją stronę biegło tuzin zaaferowanych sklepowiczów i ochrona parkingu - a gdy w końcu złapałem komórkę, ta właśnie przestała dzwonić. Przez chwilę stałem, jakbym zamarzł - co nie jest w sumie takie trudne przy temperaturze minus pięćdziesiąt. Dysząc ciężko, wypuszczając nosem kłęby białej pary, wybrałem połączenie zwrotne. - Mike? - wrzasnęła Molly do słuchawki. Oho, zaczyna na mnie krzyczeć... Nieomylny znak, że nasza dwumiesięczna znajomość wchodzi w nową fazę: tą, w której zapewne doczekam się seksu, ale ona już nigdy nie będzie taka miła i słodka, jak z początku. - Gdzie ty się podziewasz? Stoję tu pod drzwiami jak kołek, dzwonię... Jak nie chcesz iść na te bobsleje, to trzeba było od razu powiedzieć, albo przynajmniej mnie okłamać! Ale nie udawać, że cię nie ma. - Molly... Przepraszam... Coś mi wypadło, i zupełnie mi z głowy wyleciało, żeby do ciebie zadzwonić. - Co się stało? - Sytuacja awaryjna... Długo by tłumaczyć... - Może jakoś pomogę? - Nie, nie, to moja sprawa... Poradzę sobie. Ale z tych bobslejów dzisiaj nici! - A jutro? - Nie wiem... - Mike, co się dzieje? - Sam nie wiem, Molly... - To ja tu na ciebie poczekam, dobrze? - Jedź do domu, Molly, bo zamarzniesz. Ja sobie poradzę. To nic wielkiego. Nie kłamałem. Mój problem miał niespełna metr wzrostu. - Dobrze - zgodziła się w końcu, z ciężkim westchnieniem. - Ale jutro do ciebie zajrzę, w porządku? - Jeśli chcesz... - westchnąłem, spoglądając z ukosa na jedzącego batonika szkraba.
***
Opadłem na fotel bez życia. - Chcesz kakao? - spytał dzieciak. - Kawy... - jęknąłem błagalnie. - Królestwo za kawę z ekspresu! - Nie umiem robić - krzyknął z kuchni. - Zagrzeję ci kakao. - No dobrze... - westchnąłem ciężko. - Z ilu łyżeczek? - Z jednej! - Jednej? - prychnął mały ze wzgardą. - Przecież wtedy to nawet nie ma prawa nazywać się kakao. Trzy, cztery... A najlepiej pięć. To jak? - Trzy... - mruknąłem, zapadając się w fotel. - Czubate czy płaskie? - spytał. Westchnąłem tylko ciężko. Jemu jednak to wystarczyło. - Aha, czyli czubate - stwierdził. Po chwili wrócił z kuchni, niosąc dwa wielkie, porcelanowe kubki, ściskając kurczowo za uszka. Swój odstawił na stolik - zapobiegawczo podswuwając pod niego w roli podstawka najnowszy numer PC Format. Westchnął z ulgą, że zachlapał tylko pół okładki, a nie obrus. Wtedy ostrożnie podał mi mój - wylewając mi kapkę na spodnie. Gorące kakao prosto z mikrofali - wprost na krocze. Właściwie niedużo - ale dość, bym przez tydzień nie pomyślał o seksie. Wyłbym i wił się z bólu - gdybym tylko miał siłę. - Proszę - rzekł, uśmiechając się niewinnie. Potem, wyraźnie ukontentowany, usiadł naprzeciwko mnie. Sączył beztrosko kakao, wpatrzony w buchające z kubka kłęby pary. - Późno już - stwierdziłem, zerkając spod zmierzwionych brwi na zegar. - Dopiero kwadrans po ósmej - prychnął chłopiec. - Nie dobudzę cię rano - przekonywałem. - A po co? - A nie idziesz do szkoły? Dzieciak przewrócił oczyma. - Jasne... - prychnął. - Już o tym rozmawialiśmy! Nie jestem zwykłym dzieckiem. Jestem manifestacją wypartej części twojej osobowości. I nie mam tornisterka i zeszytów z Myszką Miki. - To co ty chcesz robić, jak ja pójdę do pracy? Nie bardzo pamiętałem, co sam robiłem w jego wieku. Ale chyba nic mądrego. W tym wieku nie wypada się bawić Lego - a czytać książki też wstyd. Lepienie bałwana przy minus sześćdziesięciu też nie kusi. Jeśli więc w telewizji nie ma nic ciekawego, pozostaje już tylko brojenie. - Coś wymyślę. Mam w końcu osiem lat. Nie potrzeba mi niańki. Niańki nie... Do doglądania niespełna dziesięcioletniego brzdąca trzeba raczej brygady antyterrorystycznej, obserwującej każdy jego ruch. Przeciętny czterolatek to Szatan - ale potem jest już tylko gorzej. Szkrabowi rozwija się mózg, pojawia się myślenie abstrakcyjne - i katastrofa gotowa. Wiem - bo sam kiedyś miałem osiem lat. I raz o mało nie spaliłem domu. Wtedy tylko wzruszyłem ramionami. Dziś, osiemnaście lat później, wolałbym umrzeć niż dopuścić, żeby coś się stało mojej wieży stereo. Od myślenia tylko rozbolała mnie głowa. - Napij się kakao - rzekł chłopiec, przypatrując mi się z zatroskaniem. - Pomoże. Uśmiechnąłem się pobłażliwie. Osiem lat - cudowny wiek, w którym co prawda w Świętego Mikołaja nikt rozsądny już nie wierzy, ale nadal uważa, że kakao jest cudownym panaceum na wszystko: od bólu głowy po raka. A jak to nie pomoże, to cukierki. - Pij - rzekł. Skinął dla emfazy. Wziąłem kubek i pociągnąłem mały łyk. A gdy kakao spłukało mi przełyk, poczułem się... lepiej. Ciepło rozeszło się po całym ciele, a ja zapadłem się w fotel z błogą miną. O mało nie wypuściłem kubka z rąk. Tak nie działała na mnie nawet kawa - a nie pamiętam już, kiedy ostatni raz piłem coś innego. Mała czarna z samego rana - a jak jedna nie pomaga, to druga. I trzecia. W pracy - na dzień dobry piąta. Dziennie wypiłałem siedem, osiem kaw - i chodziłem jak zombie: nienawidząc kawy i marząc tylko o niej. Kawa pozwalała ustać w pionie. Kakao otwarcie usypiało - i nagle zrozumiałem, jak bardzo mi tego brakowało. - Chyba pójdę już spać... - stwierdziłem błogo. - Jak tam sobie chcesz.
***
Siedziałem za biurkiem, ze wzrokiem utkwionym sztywno w monitorze. Moje palce bębniły zaciekle w klawiaturę, najwyraźniej coś pisząc. Nie wiem: co. Nie widziałem. Nie patrzyłem. Przewiercałem cienki ekran LCD na wylot, ogniskując spojrzenie dalej, dużo dalej. Aż na wewnętrznej stronie czaszki. Myślałem - i głowa mi pękała. Gdyby nie kawa, padłbym trupem z wylewem krwi do mózgu. Lecz gdyby nie ona, byłbym także zbyt zmęczony, by czymkolwiek zaprzątać sobie głowę. Tak czy inaczej, po trzeciej kawie w końcu do mnie dotarło: mam dziecko. Wprosił się do mnie ośmioletni szkrab i teraz siedzi w moim domu. I w dodatku jest mną. Owszem, spędziłem z nim wczoraj pół dnia - gadając, robiąc zakupy, znów gadając - a dzisiaj rano, gdy się obudziłem, chrapał smacznie w łóżku obok mnie... Ale wszystko to przyjmowałem po kolei ze spokojem. Wewnętrzne dziecko? W porządku. Zakupy? Czemu nie? Ja? Wychowywać tego szkraba? No dobrze... Wykończony pracą, nie miałem ochoty bawić się w opór. Na wpół zamarznięty mózg akceptował wszystko bez zastrzeżeń. - Mike? Kawa mnie otrzeźwiła. Pierwsza przeczyściła drogę dla drugiej, a trzecia dotarła do mózgu. Rozmroziła dendryty - i nagle wszystko, na co wstępnie się zgodziłem, wstrząsnęło mną jak tysiąc wolt. Co? Jak? Dlaczego? Co to w ogóle za maniery, żeby wewnętrzne dziecko najpierw ukradkiem wyłaziło z człowieka, a potem wpraszało mu się z buciorami do domu? Jak to jest w ogóle możliwe? Chociaż... jak by się zastanowić, to mieliśmy już raz w rodzinie podobną sytuację... Wujkowi Larry'emu wyskoczył pośrodku czoła prypeć. I chociaż smarował go maściami, kremami, suszył i przypalał - ten tylko rósł i rósł. Zrobiła się wielka, brązowa gula - jak czekoladka przylepiona nad oczyma. W końcu, gdy wujek przyzwyczaił się, a w końcu o niej zapomniał - ta najzwyczajniej... odpadła. Któregoś dnia po prostu znalazł ją rano na poduszce - a na czole ani śladu. Wujek, roztkliwiony, do dzisiaj trzyma ten prypeć w pudełeczku. Ale... to... to więcej niż narośl! To... prawie jak brat. A jeszcze bardziej jak syn! Tak być przecież nie może. Ja tu mam dorosłe życie! Obowiązki! Związki! Dzieciak mi wszystko burzył. Wpatrując się beznamiętnie w monitor, myślałem, gdzie by tu go oddać - tak, żeby jemu było dobrze, a mnie nie dręczyło sumienie. - Mike... Zmierzwiłem brwi. Zacząłem się zastanawiać, czy to mi się zwyczajnie nie przyśniło; czy wszystko między ostatnią kawą wczoraj a pierwszą tego ranka nie było po prostu snem. Czemu nie? W miejscu, gdzie noc nie kończy się a dzień nie zaczyna przez pół roku, człowiek zasypia jesienią i do wiosny nigdy tak naprawdę się nie budzi. Może więc wrócę do domu, a jego tam zwyczajnie nie będzie? Zniknie bez śladu - tak samo, jak znikąd się pojawił - a śnieg zamaże w mojej pamięci jakiekolwiek wspomnienie o nim. - Mike! Poderwałem się z krzesła i stanąłem na baczność. Uniosłem dłoń w odruchowym salucie. Przede mną - nade mną i wkoło mnie - stał szef, a jego kolor wskazywał jednoznacznie na to, że nie jest w dobrym nastroju. Nie, żeby kiedykolwiek był... Tak czy inaczej, rozpościerał się przede mną - czerwony tak bardzo, że aż świecił. - Co to ma być? - gruchnął. - Nie śpij! Po śmierci się wyśpisz! Za co ja ci płacę tysiąc dolarów na miesiąc? Po co opłacam ZUS? Małpę bym tu posadził, dał banana i robiłaby to samo, co ty, tylko lepiej! Chciałem spytać, o jaką małpę chodzi - bo szympans owszem, rezus niekoniecznie - ale wiedziałem z doświadczenia, że gdy leje się lawa, lepiej nie próbować jej tamować. - Zrobiłeś te zestawienia? - zionął, przysuwając twarz do mojej. Już miałem pokręcił głową - ale spojrzałem ukradkiem na monitor. - Yyy... Tak... - stwierdziłem, zdziwiony. Na ekranie ciągnęło się kilka stron tekstu, najwyraźniej mojego autorstwa, choć niczego takiego nie pamiętam. - Chodź do mojego biura... - mruknął szef. - Panie Mrozinsky... - bąknąłem. Czas uruchomić wyobraźnię i zwalić mentalną nieobecność na śmierć babci, cioci, wujka, chomika, patyczaka czy tostera. - Chodź... Nie chcę robić sceny przy ludziach... Powlokłem się za nim na skazanie. Kilka głów wychylających się trwożnie zza swoich monitorów odprowadziło mnie smutnymi spojrzeniami. - Zamknij drzwi... - westchnął szef, gdy przeszedłem przez próg. Mrozinsky westchnął ciężko, kręcąc głową. Popatrzył na mnie swoimi szarymi, psimi oczyma. Wtuliłem się plecami w futrynę, oczekując na Te Dwa Słowa. - Masz urlop... - sapnął. Rzuciło mną o ścianę. Zamrugałem oczyma. Odzyskawszy świadomość, a potem równowagę, pochyliłem i przekrzywiłem głowę, przyglądając się mu uważnie. Dwa słowa - ale nie Te Dwa Słowa: zwalniam cię. Zamiast tego: masz urlop. Urlop. Bez złowrogich adnotacji: "bezpłatny" i "bezterminowy" - które znaczyły to samo, co Te Dwa Słowa, ale człowiek podświadomie łudził się, że nie. Urlop. Dostałem urlop. - I-ile? - bąknąłem. I zaraz ugryzłem się w język. Nie pyta się szefa o takie rzeczy!!! - Dwa tygodnie... - westchnął z niewysłowionym bólem. Czemu? - chciałem zapytać. Ale zdołałem się opamiętać. - Przyda ci się... Źle wyglądasz... - mruknął, jakby w odpowiedzi na pytanie, które w ogóle nie padło. Czasem miałem wrażenie, że ten człowiek czyta w myślach. I, niczym radar, wyczuwa fale alfa. - Idź, odpocznij, wyjedź na jakieś wakacje... Byle nie daleko, bo się rozmyślisz i nie będziesz chciał wrócić... Ale idź, zanim mi się tu rozchorujesz na anemię albo co i przeleżysz w szpitalu dwa miesiące... - Dz-dziękuję... - wykrztusiłem. Opadłem bezwładnie na drzwi. - Idź już... - mruknął Mrozinsky. - I ta rozmowa pozostaje między nami... - Oczywiście! - potaknąłem energicznie. - Wiesz, nie chcę, żeby się rozniosło, że jeszcze mam sumienie - skrzywił się z odrazą. - A teraz zmykaj, zanim się rozmyślę. Wymknąłem się chyłkiem z gabinetu. Szedłem przez biuro, spuszczając głowę, by inni nie widzieli, jak się cieszę. Ale złośliwy uśmiech sam cisnął się na usta. I Tim, wychylając się nad monitorem, dostrzegł to. - Zwolnił cię? - spytał, uśmiechając się półgębkiem. - Szczęściarz...
***
Jedną z cech szczególnych San Nicolas - oprócz abstrakcyjnych temperatur, oczywiście - są spektakularne korki. Te, owszem, zdarzają się pod każdą szerokością - w Timbuktu, w Nowym Jorku, w Chicago, Antwerpii, nawet w Polsce - ale tam rach, ciach, korka nie ma. Nasze są inne. Czemu? To proste. Przez śnieg. Śnieg, który nie przestaje padać. Po tym właściwie rozpoznaje się, że jest dzień - że sypie i sypie, i końca nie widać; w nocy wieje i dmie. Tak czy siak, wszystko, co nie ma siły uciec, w pół godziny tonie pod metrową zaspą. Tak więc, żeby odblokować korek, dobrzy ludzie musieliby najpierw go odkopać. A gdy temperatura spada poniżej minus siedemdziesiąt - nie ma dobrych ludzi. Tak więc, nim cokolwiek się ruszy, uwięziony w korku człowiek zdąży przeczytać Wojnę i Pokój, odpocząć - i przetrawić Braci Karamazow. Albo założyć rodzinę. Co szybsi - dochować się dzieci. Zapobiegliwi wyciągali długopisy i spisywali testamenty. Ckliwi godzili się z byłymi małżonkami. Optymiści włączali magnetofon i słuchali "Imagine". Pesymiści - zastygali w bezruchu, ściskając w dłoniach kartkę z napisem: Homo sapiens. Większość jednak po prostu tłukła pięściami w klaksony i klęła na cały głos. O dziwo, siarczyste "Kurwa mać!" uratowało wiele żyć w tym mieście. Po prostu dobrze słychać je spod śniegu. - O żesz by to!!! Trafiłem w sam środek takiego korka - chluby i dumy naszej aglomeracji. Dwie godziny wyjęte z życia. Ale nie był to czas zmarnowany. Nie. Miałem całe mnóstwo czasu na rozmyślanie, co też się teraz dzieje w moim domu - i czy cokolwiek jeszcze z niego zostało. Samochód stał, poruszając się kilka milimetrów na godznę - a myśli wyrywały się do przodu. Przebijały się przez śnieg, gnały, gnały - by kilka kilometrów stąd odbić się od hipotezy i wrócić do mnie, niosąc obrazy zniszczenia. Pożar. Zapchany zlew. Plastelina rozsmarowana na suficie. Takie właśnie rzeczy robiliśmy ja i moi kuzyni i kuzynki. A wiadomo, że dzisiejsze dzieci są o krok dalej w ewolucji, niż my te dwadzieścia lat temu. Dzisiaj jest ADHD, dysleksja i wychowanie asertywne - i dziecko, które dla rozrywki wsadza sąsiadom granaty do skrzynki na listy, uchodzi za całkiem normalne. Pozostawało mieć nadzieję, że on jest tylko taki, jak ja dwadzieścia lat temu. Na nic więcej nie liczyłem. Gdy w końcu po dwóch i pół godziny dotoczyłem się pod dom, biegłem na oślep przez zamieć, wypatrując płomieni. Kiedy okazało się, że dom stoi, jak stał, zapobiegawczo niuchnąłem kilka razy. Nie wyczułem jednak dymu ani gazu. Spojrzałem w dół, czy aby spod progu nie wylewa się na schody coś, w co nie chciałbym wdepnąć. Kiedy dotarłem bezpiecznie do drzwi, i tak zawahałem się, nim wsunąłem klucz w zamek. Też przecież kiedyś podłączyłem klamkę pod prąd. Ucieszyłem się, gdy udało mi się dostać do mieszkania w jednym kawałku - i ze wszystkimi włosami. Ale największy koszmar zawsze zaczyna się za drzwiami. Dlatego, gdy tylko zamknąłem je za sobą (głupi pomysł!), rzuciłem się w stronę salonu, roznosząc po dywanie tony śniegu. Naparłem barkiem na drzwi i przetoczyłem się przez próg - tak, jak to robią ci z Delta Force. Podnosząc się na równe nogi, rozejrzałem się oszalałym wzrokiem po pokoju. - Zasłaniasz mi telewizor! - jęknął mały, przypatrując mi się spod zmierzwionych brwi. Siedział na kanapie przed telewizorem. Nic, tylko siedział. Trochę nakruszył chrupkami i zachlapał stół - ale nic poza tym. Nic nie spalił. Nie wysadził się w powietrze. Moja kolekcja płyt była nietknięta, a telewizor - cały; z kineskopu nie sterczał - dajmy na to - wazon. Dzieciak siedział i oglądał kreskówki. A ja w niego zwątpiłem. - I co tam? - spytałem. - Z czym? - Nie nudziło ci się? - Nie. Oglądam Cartoon Network - odparł. Odetchnąłem z ulgą. - A wcześniej siedziałem na internecie - dodał po namyśle. W jednej chwili cała krew odpłynęła mi z twarzy. Szczęka bardzo powoli opadła. - Cso...? - bąknąłem. - Trochę poszperałem - wzruszył ramionami. W iście kreskówkowym stylu jednym susem skoczyłem do pokoju obok, zostawiając za sobą kupki rozmokłego śniegu. Złapałem się za głowę, widząc wyłączony komputer. Mogłem się tylko domyślać, co się stało. Gdybym posadził przy nim mamę - w pół godziny z niewyjaśnionych przyczyn po prostu by się spalił. Ale ją mógłbym zostawić samą w domu na cały dzień - pewny, że nawet go nie włączy, choćby nie wiem co.…