Filozofia · 1 godz. 7 min czytania
GDZIEKOLWIEK POZA ŚWIATEM
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Motto: „…Staram się pozbyć wspomnień, lecz żyję tylko po to, by tarzać się w naszej przeszłości…” ( D.W. Dick „Fish”) „ Tylko silni umieją przebaczać” ( E. Orzeszkowa)
1. „ Nigdy nie czułem się tak obumarły…”
1. Zawsze myślałam, że wakacje są tylko po to, by odpoczywać. By cieszyć się z każdej wolnej chwili. By rozkoszować się wolnością. Bo też tak zawsze było. Aż do tego lata… Nasz dom nigdy nie był pusty. Matka wynajmowała pokój na górze urlopowiczom, a tych nigdy nie brakowało. Nasza leśniczówka miała wspaniałe położenie. Dziadek wybudował ją na polanie, w samym środku lasu. Dla zapaleńców, co to lubią przebywać na łonie natury, był to fakt pierwszorzędny. Blisko na grzyby, na jagody, na maliny. Wszelkie runo leśne, które tylko miało swych amatorów, było tu osiągalne. I dlatego waliły do nas pielgrzymki. Latem urlopowicze, jesienią wszyscy zbieracze maści wszelakiej; czasem, choć to rzadkość, zimą nadleśnictwo organizowało kuligi z obowiązkowym ogniskiem. Myśliwych tylko był brak, bo matka i my wszyscy kochamy zwierzęta, więc ojciec przyrzekł, że nigdy nie zaprosi tu nikogo takiego. Aczkolwiek sam czasem, z racji pełnionych obowiązków, uczestniczył w polowaniach. Nie gustował w tym hobby, ale cóż…obowiązki. Nie znaczy to, że wcale nie było u nas atrybutów zwykle kojarzonych z leśniczówką. Owszem, wisiały u nas piękne poroża jelenie pamiętające czasy dziadka. Trafiły się także ze dwie głowy dzików z szablami. Nie brakło wypchanych kilku innych zwierzaków. Jak to u leśniczego… Przyznaję, że rekwizyty te dodawały swoistego uroku naszemu domowi, ale nie chcieliśmy już nowych trofeów. I tata respektował te nasze zapatrywania. Dzieciństwo w takim miejscu mogło być tylko wspaniałe. Dla mnie tu był raj. Niewyczerpane źródło najdzikszych, dziecięcych fantazji. Po prostu marzenie. Oczywiście dla kogoś, kto przedkładał głuszę leśną ponad gwar miasta. A tak było ze mną. Przez wszystkie te lata buszowaliśmy z bratem po lesie, wyczyniając harce i poznając przyrodę wprost z autopsji. Nie było takiego miejsca w promieni wielu kilometrów, którego byśmy nie znali. Odkryłam z Pawłem leśne źródełko, które wypadało ze stawu. Przychodziły nad nie jelenie i sarny, by się napić. Pamiętam, że spędziliśmy ukryci w krzakach wiele godzin na obserwowaniu rogatych piękności lasu. Zresztą nie tylko ich, do wodopoju przychodziła wszelaka zwierzyna leśna. Mieliśmy okazję oglądać czasem okazy tak rzadkie, że nawet nie wiedzieliśmy iż żyją w tym lesie. Rzecz jasna nikomu z przyjezdnych nie zdradziliśmy owego miejsca. Wiadomo, mieszczuchy! Był to nasz azyl. Przynajmniej do czasu aż nasze wspólne drogi się rozeszły. Bowiem nadszedł taki dzień kiedy ja i brat poszliśmy każde w swoją stronę. Nic wielkiego, po prostu weszliśmy w okres dojrzewania. On wyrósł z leśnych wycieczek, a ja nie… Każdy, kto ma rodzeństwo wie o czym mówię. Prawdę mówiąc, nigdy nie było tu ciekawie. Mam na myśli przyjezdnych. Z reguły, byli to starsi panowie lub panie, którzy przyjeżdżali do leśniczówki Borki po to, aby w ciszy popracować. Nieciekawe typy. Bo też miejsce po temu było idealne. Cisza, spokój i świeże powietrze. Raz czy dwa trafiły się małżeństwa, ale tak było rzadko, bo stąd było wszędzie daleko: do Michałowa, do stacji kolejowej czy szosy. Cóż, środek lasu… Dlatego rodziny nie bardzo wyjeżdżały zadowolone po kilkudniowym pobycie w zupełnej izolacji od świata. No i bardzo dobrze! To były czasy, kiedy agroturystyka nawet jeszcze nie powstała, a wakacje spędzało się w ośrodkach zakładowych albo indywidualnie. Najlepiej nad morzem lub jeziorem. A u nas jeziora było brak. Na całe szczęście, bo w przeciwnym razie mielibyśmy tu wciąż tabuny letników. Rodzice dorabiali sobie do domowego budżetu w taki właśnie sposób, choć ojca za każdym razem zalewała krew, gdy musiał dzielić dom z obcymi. Wiedzieliśmy, że inaczej się nie da, więc znosiliśmy to z ponurą desperacją. Na szczęście czasem trafiały nam się ciekawe osoby. Zwłaszcza ja miałam okazję nierzadko spędzić czas z kimś godnym zainteresowania. Ciekawym i inteligentnym. Rozmowy z nimi rozwijały mnie intelektualnie, tak przynajmniej mi się zdawało. Bo nie zawsze nawiedzali nas drętwi staruszkowie albo napuszone snoby. W tym roku miał przyjechać ktoś niezwykły. Niezwykły dlatego, że wykupił pokój na całe dwa miesiące. Nigdy to się nie zdarzało, jak dotąd. Parodniowe przyjazdy, czasem tydzień, rzadziej dwa. Ale żeby całe wakacje? Zdumiewające. I już samo to sprawiało, że budził moją ciekawość. Ale także lęk. Mieć kogoś tak długo jakby na wyłączność mogło spowodować pewne tarcia. No bo jak długo można się kimś fascynować? Co prawda raczej unikałam kontaktów z przyjezdnymi, chyba że widziałam iż to ktoś ciekawy. A taki się zdarzał niezwykle rzadko. Przez tak długi czas można się było znudzić, tym bardziej jeśli to był ktoś nieciekawy. A mogło tak być. Dwumiesięczne wakacje w takim miejscu jak to, przywodziło na myśl jakąś ucieczkę. Albo co gorsza- rehabilitację po jakimś schorzeniu. I ciekawa rzecz, rodzice się nie godzili dotąd na takie rozwiązanie. Nawet dla nich, przebywanie przez dwa miesiące nieprzerwanie z kimkolwiek, przerastało ich całkowicie. Ale w sumie, co ja o tym wiedziałam? Może kiedyś już się tak zdarzało? Tylko, że ja tego nie pamiętałam… No i pozostawał wciąż problem odległości od cywilizacji. Nikt na dłuższą metę tu nie wytrzymywał. Jak mówiłam ledwie parę dni, góra tydzień. Ale dwa miesiące? Ostatecznie dowiem się tego od matki. To nie mogło być aż takie niezwykłe. Pewnie ja, jak zwykle wyolbrzymiam wszystko. I widzę coś, czego nie ma. Też mi wielkie rzeczy! Zamiast cieszyć się na wakacje, ja sobie zawracam głowę jakimiś wczasowiczami. Doprawdy, idiotka ze mnie.
2.
Samotny punkt. Zawieszony w próżni. Pusty i jałowy jak gaza. On jeden został na pozycji. A przecież mieli żyć razem. Aż po grób… Któż mógł przypuścić, że nastąpi to tak szybko? Tyle planów, które nie zdążyli wcielić w plan. Tyle marzeń, po których pozostał żal. Tyle nie spełnionych obietnic. Jeszcze niedawno było ich dwoje. Potem troje. Ta istotka w łóżeczku to jego dziecko. A przecież jeszcze tak niedawno było ICH dziecko. Tak się cieszyli, kiedy się miała urodzić. Tyle nadziei, które z nią wiązali. I nigdy nie zobaczy jak córka robi pierwszy krok, nie usłyszy kiedy wymawia swoje pierwsze słowo. Nie pośle jej do szkoły, nie pocieszy, kiedy pierwsza miłość okaże się tylko przygodą. Nigdy nie zobaczy swojej córki w bieli przed ołtarzem. I nigdy nie ujrzy wnuka. Już nigdy nie będzie uczestniczyć w życiu dwojga osób, które kochała ponad wszystko. Byli rodziną. Szczęśliwą i kochającą rodziną. Dwojgiem zwariowanych na swoim punkcie ludzi, połączonych dodatkowo miłością do dziecka. Mieli siebie i całą swoja miłość na jaką tylko było ich stać. A teraz został już tylko on i dziecko. Obrazy skamieniały w pamięci. Pamiętał wszelkie wydarzenia, które tworzyły ich miłość. Każdy dzień. Każdą cudowną chwilę. Było ich tak wiele, a jednak teraz okazało się, że tak mało. Za mało, by wypełnić umysł tak bardzo, aż wypełni się po brzegi i wciąż będzie nieograniczoną skarbnicą wspomnień. Zatrzymane kadry. Zna je na pamięć. Codziennie dręczy się tym. Odtwarza znów i znów, w kółko jak pękniętą płytę. Im dłużej tak żył, tym głębiej się pogrążał w rozpaczy. Brnął dalej i chociaż czuł, że jest coraz gorzej każdego dnia, to zawsze wracał do wspomnień. W czeluściach umysłu kultywował swoją prywatną religię, a ona odgrywała rolę bogini. Albumy ze zdjęciami niczym biblia miłości. Przedmioty, które kochała, traktował jak relikwie. A z domu uczynił świątynię. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie powinno tak być. Nie prowadziło to do niczego poza ciągłym rozpamiętywaniem tego co już minęło, a co już nie wróci nigdy. Taka postawa nie pozwalała mu zostawić za sobą przeszłości. Ona była w nim, obok niego, pośród jego myśli. Ale nie umiał zapomnieć swej żony, a co gorsza nie chciał pozwolić jej odejść. Z każdym mijającym dniem pamięć o Czesi zamieniała się w religię, której był wyznawcą, kapłanem i apologetą w jednej osobie. Jego żałość i ból po stracie przemieniły się obowiązek kultywowania pamięci o tej, która odeszła na zawsze. Wiedział, że tak nie powinno być, lecz nie potrafił się od tego odseparować. Im dłużej to trwało, to czuł, że trudniej będzie mu powrócić do normalnego życia. Jego dzień kończy się łzami. Zupełnie nie po męsku. W ciągu dnia trzyma fason, obnosi maskę cierpienia i udaje, że go to nie obchodzi. A przecież to nieprawda. Czas wcale nie goi ran, chociaż zapewne rozdrapywanie nie służyło temu absolutnie. Dopiero teraz czuje jak kocha tę, którą stracił. Maleńka Dorotka to pamiątka. Tragiczna pamiątka. Nemezis ich uczucia. Owoc miłości. Cokolwiek gorzkawy teraz. Cisza w domu była jak sznur na gardle. Dławił się nią co dnia. A jednak nie potrafił jej wypełnić niczym konstruktywnym. Wciąż ten sam martyrologiczny ton, żałobne dzwony i chóry gregoriańskie w duszy. Obowiązkowy całun smutku. Powagi i nieprzemijających trenów. I tylko maleństwo wnosiło w ten dom trochę życia. Jej niemowlęca nieświadomość tych strasznych rzeczy, które on musiał pamiętać, była dla niego jedyna pociechą. Dorotka była teraz dla niego wszystkim. Tylko ona utrzymywała go przy jako takich zdrowych zmysłach. Wiedział, że musi dla niej trwać. Musi być obojgiem rodziców. Choć przecież czasami i ona sprawiała wrażenie, że brak matki zauważa. I swoim płaczem dawała dobitnie do zrozumienia, że świat ograbił ja z czegoś ważnego, w zasadzie dla niej- najważniejszego. Były takie chwile, kiedy nijak się nie dała ukoić do snu. Choćby nie wiem jak się starał, nie dała się uspokoić. Również jej brakowało bicia ukochanego serca. Serca, które było oznaką spokoju. Dowodem miłości. Tej najważniejszej w życiu- miłości matki do dziecka. Na swój sposób pojmowała, że nie ma tej, która dała jej życie i nagle przestała ogrzewać swym ciepłem matczynego uczucia. Nie było rady, by Dorotka dała się oszukać. Świadoma czy nie, dawała do zrozumienia, że wie. Że czuje iż została pozbawiona rzeczy najważniejszej w świecie. A on starał się ze wszystkich sił. Otaczał swe dziecko miłością tak zaborczą, tak rozpaczliwą, że samemu to się wydawało nieprawdziwe. Chciał dać Dorotce ciepło za dwoje. Chociaż był świadom, że nigdy nie będzie wstanie zastąpić matki. Bo miłości matczynej z niczym się porównać nie da. Ojcowie kochają inaczej. Równie mocno, ale częściej bardziej zaborczo. Kiedy przypatrywał się swojej córce, zawsze stawała mu przed oczami twarz jej matki. Mała Dorotka zbyt mocno była podobna do rodzicielki, by mógł pozostać obojętnym na tę podobiznę. To tak, jakby bogini jego wyznania ucieleśniła się w osobie tej malutkiej istotki. Ale z drugiej strony to był jego koszmar. Patrzeć na kopię swej ukochanej i przypominać tą, którą dała mu najwspanialsze chwile życia. To go zabijało. Dręczyło . Ale wiedział, że bez tego byłoby jeszcze gorzej. Bezbrzeżny żal. Łzy co zaschły na policzkach. Śmiech co brzmiał echem w uszach. I dreszcze na wspomnienie ciepła dłoni na jego skórze. Zapach ciała w nozdrzach. I smak ust na jego ustach. To go zabijało. Codziennie od nowa. Zatrzymany kadr.
3.
Część 22 / 2
Ekscytował mnie ten nieznajomy. Bo to był facet. Tyle się dowiedziałam. Próbowałam wyciągnąć z matki cokolwiek na jego temat, ale było to tym samym, co praca Syzyfa. Ja drążyłam i drążyłam, a matka milczała jak zaklęta. To też było dziwne. Zawsze matka lubiła sobie poplotkować na temat swoich sublokatorów, a tym razem zachowała powściągliwe milczenie. Zamiast zniechęcić, moja ciekawość się potęgowała. Ciągle zagadywałam do matki, licząc na to, że kiedyś coś jej się wymsknie. Jednakowo z mizernym skutkiem. Nie dawałam za wygraną. Jeszcze nigdy mama nie miała we mnie tak chętnej pomocnicy jak teraz. Wszystko na nic. Dotąd folgowała swojej niegroźnej i w gruncie rzeczy nieszkodliwej słabości, jaką były ploteczki na temat gości. Bawiłyśmy się doskonale, dobrotliwie naśmiewając się lub komentując przyszłych letników. Ale nie tym razem. Ja w zasadzie nie cierpiałam plotek, ale nie miałam sumienia wytykać tego matce. Miała tak niewiele rozrywek… I tak byłam biernym słuchaczem. Czasem były to historyjki zabawne, innym razem smutne- jak w życiu. Czasem te plotki znajdowały swe uzasadnienie w realnym świecie, przy kontaktach z prawdziwymi ludźmi, czasem nie. Poza tym, przy uwzględnieniu, że większość z tych osób, to byli staruszkowie, to rozrywki w tym było niewiele. Najczęściej wszystko się sprawdzało i nawet wszelkie złośliwości z naszej strony znajdowały swój odpowiednik w naturze. Moja matka to cudowna istota, ale nie była bez wad. Plotkowanie było jedną z jej nielicznych przywar. I dlatego ta cisza w odniesieniu do tegorocznego gościa była tak znamienna. I dziwna. I działała na mnie jak płachta na byka. Paweł za to nie przejmował się tym wcale. Co prawda starał się unikać tych naszych pogaduszek, ale i jemu czasem zdarzało się porozwieszać uszy… Pomagał nam przy większych i cięższych rzeczach i udając z całych sił wyniosłą obojętność, pilnie nasłuchiwał tego, co matka miała do opowiedzenia. Bawiła nas ta jego gra. Mój brat to jednak dziwne stworzenie. Z wszystkich rzeczy na świecie, dla niego ważnych było zaledwie kilka: dobry obiad, listy przebojów i Marysia. W istocie Paweł był tak nieciekawym chłopakiem, że aż się dziwiłam, co ta Marysia Tkaczyk w nim widzi. Widocznie widziała, bo nie rozstawali się niemal na krok. Co do mnie, to nie mam kłopotów z sercem. W szkole często mnie zaczepiają, ale zbywam to chłodnym milczeniem. Moja wyniosłość to oczywiście postawa, ale świadoma. Chłopcy to pewnego rodzaju przeszkoda w życiu dziewczyny. Nie twierdzę, że ich mogłoby nie być. Nie w tym rzecz. Po prostu, nie chcę się z nikim łączyć na razie. Mam pewne wymagania, którym nie jest łatwo sprostać. A może po prostu nikogo takiego nie spotkałam jak dotąd? Usiadłam na ławeczce pod oknem. Było ciepło. Słońce dopiero zaczynało prażyć. Lubię tak siedzieć, czekając na pełne ukazanie się słońca; o niczym nie myśleć, rozkoszować się delikatnym wietrzykiem, który muska skórę twarzy w cudownej pieszczocie. Czuć ukłucia promieni słonecznych, przymknąć oczy i wsłuchiwać w odgłosy lasu, który nigdy nie jest cichy. Szumi drzewami, szeleści liśćmi, świergocze tysięcznym głosem ptasich treli. Nawet brzęczenie wszelkiej maści insektów może mieć swój urok. I dla mnie ma. Wszystko to składało się na niepowtarzalną symfonię. A więc siedzę i zapominam o liceum i wszystkich innych kłopotach. Ojciec kiedyś pieklił się o to moje ślęczenie całymi godzinami niczym wschodnia księżniczka. Ale mu zawsze wyjaśniałam, że ja też chcę odpocząć od zmartwień. Swoich zmartwień. Wtedy on zaśmiewał się szyderczo i pytał jakie to mogę mieć kłopoty w wieku osiemnastu lat? Typowy ojcowski pogląd. Są przekonani, że się tak starają iż żaden problem nas nie dotyka. Tylko oni mają zawsze pełną głowę. A my? Ojcom od wieków się wydaje, że są w stanie uchronić dzieci i całą rodzinę od zmartwień. Gorzej, gdy są o tym święcie przekonani, że tak jest w istocie. I próbują wyegzekwować w życiu codziennym tę utopię. Wtedy dochodzi nieuchronnie do konfrontacji. Po kolejnej sprzeczce spytałam się czy ma swe kłopoty. Potwierdził, a jakżeby inaczej. Wtedy mu powiedziałam: -Masz swoje kłopoty i uważasz je za ważne. Ja również tak sądzę o swoich. I nie ma różnicy, że mam lat osiemnaście, a ty czterdzieści parę. Jakoś to zrozumiał. Przy wybitnym udziale matki, co prawda. W każdym razie już mu nie przeszkadzam. Przynajmniej nie okazuje tego na zewnątrz. Kochany tata, ale tak niewiele rozumie. Dla niego mir domowy to dobro najwyższe. Uwił sobie gniazdko i chce, by latorośle nigdy z niego nie wyfrunęły. Taki mądry, a powiela ten sam błąd jaki jest udziałem ojców od stuleci. Wiem, że robi to z dobroci i z chęci uchronienia nas przed całym złem świata, ale jest to niemożliwe. Bidulek. Kochany, a jednak czasem irytujący w najwyższym stopniu. Zwłaszcza wtedy, gdy ustalony rytm domowy zgrzyta i sprawy nie idą tak jak dotychczas. Zauważyłam, że od jakiegoś czasu w naszym domu dzieją się różne dziwne rzeczy. Na przykład tata. Niegdyś miał wiele zastrzeżeń do naszych lokatorów. I w ogóle tego typu dorabianie sobie, nie za bardzo mu odpowiadało. Twierdził, że burzyło mu spokój domowy. W sumie miał rację. Siłą rzeczy nie dało się uniknąć obcych w domu, nawet jeśli starali się być niemal niewidoczni. A nie zawsze się starali. Z czasem się przyzwyczaił. A może tylko dlatego, że miał teraz nieco inną zabawkę. Niedaleko od Borków budowaliśmy nowoczesny, piętrowy dom. Z myślą o latach, gdy ojciec przejdzie ma emeryturę i będziemy musieli opuścić leśniczówkę. W końcu to tylko mieszkanie służbowe, chociaż zupełnie tego tak nie widzimy. Ale tak jest w istocie. Smutne, ale prawdziwe. W każdym razie teraz właśnie tam ojciec przebywał. O ile mu obowiązki na to pozwalały, a to się nie zdarzało zbyt często. Teraz nagle przycichł . Już się nie wyrażał niepochlebnie o nowym lokatorze. To było równie dziwne jak śnieg w lipcu. Snuł się po domu jak duch w nagłym ataku melancholii i poprawiał wszystko to, co poprawy wymagało. Bez słowa skargi. Czasem tylko poszeptywali z matką po kątach albo, gdy sądzili, że nie ma nas w pobliżu. To także było niezwykłe. Rzadko mi się udawało zobaczyć rodziców tak tajemniczych jak teraz. Z początku na zapadające z nagła milczenie nie zwracałam uwagi, ale z czasem zaczynałam dostrzegać niuanse w relacjach między nimi. Jakieś niedopowiedzenia, wymowne spojrzenia i tajemne znaki, które wydawały mi się bez sensu. Z początku podejrzewałam, że może coś się dzieje z ich małżeństwem, ale na szczęście to nie było to. Przecież nasi rodzice to taka dobrana para. Ileż dzieci się łapało na takim myśleniu i srodze zawodziło…Nam to zostało oszczędzone. Nie chodziło zupełnie o żaden kryzys małżeński czy nawet rozwód. Później myślałam, że coś ukrywają w związku z nami. Jakieś niespodzianki, prezenty czy tym podobne. Lecz to także nie było to. Próbowałam spytać wprost, by im uświadomić, że swoje lata mamy i docierają do nas ich rozterki. Ale zbyli mnie jakąś bzdurą. Naiwnie i zupełnie bez powodzenia. I w końcu dotarło do mnie, że to całe zamieszanie ma coś wspólnego z tym gościem, wokół którego narosła atmosfera ciszy i milczenia. I to mnie tak w tym wszystkim intrygowało.
4.
Szukał tysięcy pomysłów na dalsze sensowne życie. I niczego takiego nie znalazł. Za wyjątkiem dziecka. Tylko ono się teraz liczyło. Gdyby nie Dorotka… Musiał trwać dla niej, nie mógł jej osierocić. To by była straszna głupota z jego strony. I tchórzostwo. I skrajny egoizm. Chociaż kusiło go takie rozwiązanie, by podążyć za tą, którą kochał nad życie. Nieustannie, lecz cóż z tego? Miał obowiązki. I musiał im sprostać. Przecież doskonale wiedział jak to jest, nie mieć nikogo bliskiego obok siebie. Taki właśnie los był jego udziałem. To dlatego, gdy tylko wyrwał się spod kurateli, tak zresztą iluzorycznej, dziadków; znalazł miłość, której szukał przez całe swoje życie. To było jak sen! Niczym spełniona legenda. Codziennie budził się rano i nie mógł uwierzyć, że właśnie on dostał główną wygraną od życia. Podziwiał ten cud za każdym razem, gdy byli obok siebie. I nie dlatego, żeby Czesia była jakąś szczególna pięknością. Urody brak jej nie było, co to, to nie… Dla niego była najpiękniejszą na całym świecie. Zadziwiało go uczucie, którego doświadczał. Takie dojmujące, wysysające całą energię z ciała, aż do bólu. Nigdy czegoś podobnego nie zaznał. A teraz miał to wszystko i to na zupełna wyłączność. Starał się ze wszystkich sił codziennie, by być godnym tej miłości. Dawał tak wiele, a jeszcze więcej otrzymywał. Zadziwiające uczucie! Mało nie umarł ze szczęścia, gdy zgodziła się wyjść za niego za mąż. Dopiero wtedy poznał, co czują bohaterowie filmów w takiej chwili. Jak dotąd ich rozterki budziły jego drwiący uśmieszek, lecz teraz sam się tak czuł- lekki, a zarazem pełen wszelkich obietnic i marzeń. I bezgranicznie szczęśliwy. Uwierzył, że nawet on ma prawo do lepszego życia. Nic się nie liczyło poza Czesławą. Czasem można by odnieść wrażenie, że przesadza w tym swoim zapatrzeniu w nią, ale ona znosiła to ze stoickim spokojem. Sama cieszyła się, że ma kogoś, kto ją tak wiernie kocha i dawała tyle uczucia, na ile tylko było ją stać. A stać było na dużo. Słowem, dobrali się niczym przysłowiowe dwie połówki jabłka. Raz tylko ogarnął go strach, że ją straci. Kiedy mu powiedziała, że jest w ciąży. Wystraszył się nie na żarty. Nie dlatego żeby nie pragnął dziecka. Tylko bał się, że już tak między nimi nie będzie jak dotychczas. Zdawał sobie sprawę, że dziecko pochłonie całą uwagę żony i on zejdzie na dalszy plan, a może nawet pozostanie w cieniu, ledwie zauważalny i tolerowany. Lęk, jaki był jego udziałem, jest znany milionom mężczyzn, młodych ojców, którzy tak jak on czuli to samo. Bo oto miał się pojawić ktoś, kto na zawsze odmieni ich życie, ich relacje z partnerkami. Faceci ciężko znoszą fakt, że już nie są najważniejsi dla swych oblubienic. Niektórzy nie akceptują tego nigdy. Na szczęście on taki nie był. Wiedział, że pokocha to dziecko miłością równie wielką jak matka, może nie większą, ale tak samo ważną i potrzebną. Bo to nie prawda, że tylko miłość matki jest dla dziecka najważniejsza. Ale strach pozostał. Obawa, żeby nie być gdzieś z boku. Mądrzy mężczyźni godzą się na taką rolę i poprzez wspólne wychowanie dziecka uczestniczą w dalszym życiu rodziny. Miłość wtedy nie umiera- nabiera tylko innych tonów. Głębszych, bardziej złożonych i jeszcze piękniejszych. I tak było z nim. W chwili kiedy pierwszy raz Dorotka spoczęła w jego ramionach poczuł, że nic się więcej nie liczy poza tym stworzeniem, takim kruchym i delikatnym. Kochał żonę za to, że mu pozwoliła poznać to uczucie. Że dała mu ten skarb. Ich wspólna miłość znalazła dopełnienie. Sens pełniejszy i bardziej wyrazisty niż jakiekolwiek słowa potrafią nazwać. Tych chwil nie zapomni nigdy. Gdy patrzył na nie obie, miłości swego życia, to dławił go szloch z bezgranicznego szczęścia. Odwracał się, by ukryć łzy. Łzy szczęścia. Nie przypuszczał, że go może spotkać aż tyle dobrego. Teraz jednak wiedział, że tamten strach był niczym w porównaniu z tym, który odczuwał dziś. Jak żyć, gdy cała wola sprowadzała się do tego, by rano wstać i dalej ciągnąć ten wózek samotnie? Tylko poczucie obowiązku podrywało go z łóżka i pozwalało przeżyć każdy kolejny dzień. Lecz czuł, jakby się poruszał w gęstej mazi, która go dusiła i przytłaczała. Kusząc i mamiąc łatwym rozwiązaniem. Rozwiązaniem, któremu nie mógł ulec, chociaż tak bardzo tego pragnął. Ale zatracił sens. Jak automat robił swoje. Nie było w tym ani odrobiny pasji, ani trochę uczucia. Kierat i nic więcej. Nawet Dorotka już mu nie dawała tyle radości, a może po prostu on nie umiał patrzeć na świat jak niegdyś? Czuł się tak, jakby ktoś mu wydarł serce. A tej pustki, która po nim została niczym nie można wypełnić. Żałość każdego dnia rozlewała się w nim coraz dalej i dalej. Czasem czuł, że nie ma niczego innego dookoła. I w nim samym. Starał się przelać całe swoje uczucie na dziecko, ale wiedział, że to nie to samo. Już zawsze będzie czegoś brak, czegoś ważnego. Nie przypuszczał, że przyjdzie mu zapłacić tak szybko za te odrobinę szczęścia jaka go spotkała. Tych paru znajomych, których miał, starało mu się dodać otuchy. Wlać w niego tyle nadziei, ile tylko się da. To oni mu tłumaczyli, że musi dalej żyć. Dla siebie i dla dziecka. Zwłaszcza dla niego. Rozumiał to, ale tak trudno czasem było znaleźć w sobie tę odrobinę iskry, by dalej trwać. Próbował jednakże. W końcu wydawało się, że już pozbierał swoje rozbite życie. Ale to nie była prawda, chciał tylko zostać sam i miał dość tych wszystkich współczujących spojrzeń i pocieszających gestów, które zamiast przynosić ulgę i dodawać otuchy, tylko rozdrapywały rany. Odsunął się od całego świata. Unikał wszystkich, których znał. Nie byli w stanie nic więcej dla niego uczynić. Został sam. Miał do zagospodarowania całą masę czasu i żadnych pomysłów jak go zapełnić. Rozglądał się dookoła, ale żadna czynność nie mogła zaabsorbować go na tyle, by zapomnieć o swym losie. Cokolwiek robił i tak zawsze wracał do grobu na Kościelnej. Zawsze był ten sam finał. Nie potrafił odstawić tego faktu na bok. Był dla niego jak paliwo, napędzał jego życie, a zarazem stał się przekleństwem. Wiedział, że musi to zmienić, ale nie miał dość sił. W końcu postanowił spędzić wakacje gdzieś daleko stąd. Jak najdalej od miejsc, gdzie żyła ONA. Łudził się, że jak zmieni otoczenie, gdzie wszystko nie będzie mu przypominało o dawnych dniach, to nabierze dystansu do tego i może zacznie żyć od nowa. Trudno jednak było mu znaleźć takie miejsce, gdzie przyjęliby go z dzieckiem, a bez niego ruszać się nie chciał. To dlatego trwało to tak długo. Tym bardziej, że nie szukał zbyt gorliwie, jakby bez przekonania, że może to cokolwiek zmienić. Ot, tak na odczepnego, by uspokoić sumienie, że zrobił absolutnie wszystko. W połowie czerwca przyszedł do niego list. Zrazu myślał, że to znów ktoś znajomy będzie mu współczuł. A on miał serdecznie dosyć tego ogromu zainteresowania swoim życiem. Taka korespondencja totalnie podkopywała jego humor, który i tak nie był zazwyczaj pozytywny. Rozumiał, że ludzie chcieli mu dodać odwagi do dalszego życia, pocieszyć w bólu. Ale nie byli w stanie ani zrozumieć co przeżył, ani ukoić jego żalu. Przestał odpowiadać na listy, więc już nie przychodziły. W ogóle miał dosyć towarzystwa. Unikał kogo się tylko dało. Pokochał samotność. I ostatecznie znalazł ją. A teraz ten list. Trzymał go w dłoniach i obracając niezdecydowanie wahał się co z nim począć. Celowo nie spojrzał na odwrotną stronę, by nie wiedzieć kto go przysłał. Nie chciał znać nadawcy, bo nie był zdecydowany rozedrzeć koperty. Jednak otwarł go. Pomimo, że list nie był od nikogo znajomego i nie zawierał kondolencji, zupełnie nieświadomie dotknął jego najgłębszej rany. Chociaż zarazem rozwiązał jego problem, gdzie spędzić wakacje. Państwo Jagielscy zapraszali go do siebie na lato do Borków. Na całe dwa miesiące. Jeśli tylko zechce oczywiście. Janusz Jagielski. Te dwa wyrazy będą już zawsze jak synonimy. Śmierć się z nimi utożsamiała. JEJ śmierć!
5.
Dziś ranek wstał pochmurny. Zanosiło się na deszcz i to na cały dzień. Do Pawła przyszła Marysia i od tej chwili świat przestał istnieć dla mego brata. Świat poza Marysią oczywiście. Ja nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Pokręciłam się po domu, ale nic nie zajęło mnie na tyle, zabić nudę, która ogarnęła mnie na dobre. W końcu pomaszerowałam na górę, pomóc mamie przygotować pokój na przyjazd gościa. Weszłam cichutko tak, że matka nie usłyszała, gdy stanęłam we drzwiach. Nic nie mówiłam, a ona myła parapet okna nucąc pod nosem. Rozglądnęłam się po pokoju. Nagle wzrok mój spoczął na łóżeczku dziecięcym. Oczom własnym nie wierzyłam. -Mamo! Odwróciła się przestraszona. -Co? Wskazując oskarżycielskim palcem w kierunku nieszczęsnego mebla rzekłam: -Nigdy nie było u nas niemowlaków! To była prawda. Jednym z niepodważalnych zasad wynajmowania pokojów był absolutny brak małych dzieci. Ojciec obstawał przy tym i bronił tego jak niepodległości. W sumie nam wszystkim to odpowiadało. Dzieci to kłopot, a zwłaszcza nieustanny hałas. Aż do teraz matka przestrzegała tego. -Teraz będą. -Co??? Dlaczego? Matka wróciła do swego zajęcia, które jej przerwałam tak bezceremonialnie. -Mamo? Możesz mi to wytłumaczyć? -Nie mogę ci powiedzieć- głos był zdecydowany i nie zostawiał złudzeń, że tak będzie w istocie.- Po prostu jutro przyjedzie pewien pan z dzieckiem. Myślałam, że mnie szlag trafi. Już widziałam oczami wyobraźni te zabiegi z pieluchami, nocnymi płaczami i całym tym cyrkiem, jaki towarzyszy nieodmiennie małym dzieciom. Zwłaszcza tak małym. -Więc chcesz zrobić z domu żłobek? -Słuchaj, Renata! Zrobię co uważam za stosowne.-Nigdy matka aż tak stanowczo się do mnie nie zwracała.-Wiesz, że nigdy dotąd u nas nie było tak małych dzieci i więcej już nie będzie. Tylko ten jeden raz. Jeden, jedyny. Zdawało mi się, że jest w tym zdaniu gałązka oliwna, lecz złość przytłumiła moją percepcję. -Przecież to ktoś zupełnie dla was obcy. Nie rozumiem jak mógł ciebie przekonać. Uprosić wprost…-Zaczynałam być dość żałosna w tych wyrzutach.-Wiesz, że ojciec się wścieknie jak się o tym dowie?! To była ostateczna próba złamania matki. Ale szybko mnie osadziła na miejscu: -Ojciec się nie wścieknie. Sam to łóżeczko tutaj wniósł... To zdanie wywarło na mnie piorunujące wrażenie. Matka mogła się czasem ugiąć, jak to kobieta miała miękkie serce, ale ojciec? On, z tymi swoimi pryncypialnymi zasadami? Niewiarygodne! -Musiał więc nieźle wam ten gość zapłacić, kiedy się aż tak poświęcacie.- Ten argument wydał mi się jedynym do zaakceptowania w tej sytuacji. Ale najwyraźniej to nie był dzień Renaty… -Głupia gęś! Nie wie, a miele jęzorem.- Matka była w dość wojowniczym nastroju, co już samo w sobie powinno mi dać do myślenia i spowodować bym się przymknęła, ale dziś nic oczywistego do mnie nie docierało i zachowywałam się niczym rozkapryszone dziecko, któremu powiedziano, że w tym roku świąt nie będzie.- Nic nam nie zapłacił. Nigdy nie zapłaci… Nagle matka urwała jak gdyby sobie uświadomiła, że powiedziała zbyt wiele. Ja z kolei zrozumiałam sens wypowiedzi, lecz nie uchwyciłam kontekstu w jakim zostało powiedziane, a było to bodaj jeszcze bardziej niesamowite. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co usłyszałam: -Słucham? To znaczy, że jest to ktoś z naszej dalszej rodziny…- Tylko takie wytłumaczenie uznałam za możliwe do przyjęcia. Jednak okazało się, że się myliłam. A jak bardzo, matka mi uświadomiła już po sekundzie. -To nie jest żaden nasz krewny. Ani nawet znajomy.-Byłam w tej chwili jednym wielkim znakiem zapytania. Ale matka zdawała się nie zauważać tego. A może po prostu ignorowała to. -To jest ktoś, kto pojawił się na horyzoncie naszej rodziny przypadkowo… Poczułam się jakby kpiono ze mnie. Jeśli to miał być swego rodzaju quiz, to kiepski. Jak dotychczas matka uwielbiała proste wyjaśnienia. Dla niej coś było albo białe, albo czarne. Szarości raczej omijała, a przynajmniej z trudem akceptowała. A teraz? Zabrnęłyśmy w tych wyjaśnieniach tak bardzo, że już nie było widać nawet początku. Przynajmniej ja nie widziałam. Postarałam się rzucić linę ratowniczą: -Nic nie rozumiem. Pomyślałam sobie, że może w ten sposób pomogę matce trafić na prosty szlak, jakim dotąd kroczyła. I że zaraz wszystko mi wyjaśni w tak zrozumiały sposób, jak to czyniła przez całe moje życie. Czekało mnie jednakże rozczarowanie. -I dobrze.- Ucięła krótko i stanowczo. Lecz po chwili się zmitygowała i uznała za stosowne dodać komentarz do swej ostatniej wypowiedzi: -Mamy względem tego człowieka dług do spłacenia. Dług, którego nie zaciągnęliśmy… I tutaj się ponownie zacięła. Czekałam aż się przemoże i powie coś więcej, lecz tym razem umilkła na dobre. Cisza była dojmująca. Matka albo nie widziała moich uniesionych pytająco brwi, albo ignorowała ten fakt. Zdawała się sprawiać wrażenie osoby, która już zakończyła dyskusję. Jej postawa wyraźnie znamionowała, że ta rozmowa dla niej się zakończyła. Całkowicie i nieodwołalnie. Powiedziała o jedno zdanie za wiele. I teraz nie zamierzała już nic więcej dodawać. Postałam jeszcze przez chwilę, lecz matka zajęła się przygotowywaniem pokoju na przyjazd tego gościa, który wprowadził tyle zamieszania w naszej rodzinie. A przecież nawet jeszcze się nie pojawił osobiście. Nawet nie przypuszczałam, ile ta wizyta zmieni w moim życiu. Ale to dopiero miało nastąpić wkrótce. Jeszcze nie wiedziałam, że ten dzień uparł się, by przewrócić całe moje dotychczasowe istnienie do góry nogami. Miał stać się kamieniem milowym, cezurą zamykającą moje dawne życie. Już nic nie miało być takie samo jak kiedyś. A co gorsza, zmiany miały dotyczyć nie tylko mnie. Nie tylko mojej rodziny. Zmiany dotknąć miały wszystkich dookoła, a katalizatorem tego wszystkiego miałam być ja. Już wkrótce. Tyle że nie miałam jeszcze świadomości tego. Gdybym tylko mogła przeczuwać coś takiego, to pewnie bym się schowała najgłębiej jak to możliwe i nigdy nie wychylała nosa na zewnątrz. I choć nie byłam strachliwa ani bojaźliwa, to zmiany, które miały się za moment pojawić w moim życiu miały być rewolucyjne, nawet jak na mnie. Ale w tej chwili, właśnie tu i teraz, jeszcze nie miałam o tym zielonego pojęcia. Na razie jednak wizyta zaprzątała całą moją uwagę. Zeszłam na dół. To wszystko było idiotyczne. Rodzice poświęcają się dla kogoś, kogo nie znają. Kto jest im w gruncie rzeczy zupełnie obojętny. To bez sensu. Musiało być coś jeszcze o czym nie wiedziałam. No tak, był jeszcze ten dług… Mama mówiła, że to nie oni go zaciągnęli. Więc kto? I jeszcze jedno: dlaczego to właśnie moi rodzice mieli ponosić konsekwencje? Same bzdury, nic się nie trzymało kupy. Pomału ten facet przestawał być kimś sympatycznym. Jeszcze go nie poznałam, a już zniechęciłam się do niego. -Cześć! Wyrwałam się z rozmyślań. W przedpokoju stała Magda Różańska i wieszała mokrusieńki płaszcz. Wstałam i ruszyłam jej na spotkanie. -Cześć, Maga! Chciało ci się w taki deszcz drałować tyle kilometrów? Spojrzała na mnie jak na okaz szczególnej troski. -Dlaczego, by nie? Nudziłam się w domu, a tyle mam do opowiedzenia tobie! -O czym? Oczy zrobiła wielkie niczym spodki. -Dziewczyno! O wszystkim. Mam ochotę na gigantyczne ploty! -Oj, Magda! Przecież wiesz,…