Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 1 godz. 33 min czytania

GDZIEKOLWIEK POZA ŚWIATEM

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

3. „Twoje zaufanie zranione w strefie wolnego ognia…”

1.

Przy kolacji starałam się jakoś w niemy sposób nawiązać kontakt z Komorowskim, ale unikał mego wzroku dość skutecznie. Zrozumiałam wtedy, że nie chce mnie przypuścić w swoje pobliże. Czułam żal i jednocześnie wściekłość na siebie, bo przecież ta rysa, która pojawiła się w murze go otaczającym, teraz znikła, a nie byłam pewna czy jeszcze kiedykolwiek będę miała druga taką szansę, by go rozszyfrować. Nie chciał tego! Ani wtedy, ani tym bardziej teraz. A ja? Nie ustępuję wprawdzie tak szybko, lecz tym razem nie byłam pewna czy lepiej nie zostawić go w spokoju, jak to sugerował dziś po południu. Inna zupełnie rzecz, czy w ogóle go rozszyfrowałam, czy tylko tak mi się zdawało- lub było li tylko pobożnym życzeniem z mojej strony…Coś tam niby się dowiedziałam, ale wciąż nijak nie mogłam tego pozbierać w całość, dopasować części układanki do siebie, wyjaśnić, co to wszystko ma wspólnego z nami. Bo mieć przecież musiało! Ciszę, tak tradycyjną przy naszym stole, przerywał stukot sztućców i tykanie zegara na ścianie. Nagle pochwyciłam spojrzenie brata. Mówiąc szczerze, byłam zaskoczona. Jakoś nigdy nie odczułam, bym zajmowała jakiekolwiek miejsce w świadomości Pawła, a przynajmniej miejsce pozytywne. Inna sprawa, że i teraz patrzył na mnie bez aprobaty. Raczej jak ktoś, kto musi przebywać wspólnie wraz ze szczególnie niebezpiecznym przypadkiem odchylenia umysłowego, znacznie odbiegającym od powszechnie przyjętych norm. To zadziwiające, jak Paweł potrafi przekazać cały sens tego, co by powiedział w jednym spojrzeniu. Takie chwile jak dzisiejszego popołudnia, zdarzały się niezwykle rzadko, bodaj czy nie raz do roku- przy okazji rozdania świadectw w szkole. Przez resztę roku Paweł był innym człowiekiem- obcym i trudnym w obejściu. No i dlatego ciągle się tarmosiliśmy, teraz co prawda już tylko słownie, ale bywały takie czasy, że w ruch szły pięści. Normalnie, jak to rodzeństwo. Patrzę i zastanawiam się, o co mu do diabła chodzi! Przecież dawno już z nim nie miałam sprzeczki, jeśli nie liczyć tego drobiazgu w niedzielę przed domem. Zaprzątnięta własnymi sprawami, zapomniałam o jego istnieniu, a teraz on spogląda na mnie tak, jakbym co najmniej rąbnęła mu radio. Mój wzrok przesyła ponad stołem nieme pytanie i oczekuję sensownej odpowiedzi. Lekko wzruszył ramionami, co z kolei mnie wprawiło w irytację. Idiota! Bawi się w jakieś gierki, a ja zupełnie nie miałam ochoty na tego rodzaju szarady. I nagle mnie olśniło! Szkoła! No jasne, przecież pewnie całe miasto już o tym trajkocze. Patrzę spode łba na rodziców, a potem na Pawła: tym razem on kręci lekko głową. Tak samo jak przy kawie, a więc o niczym nie wiedzą. Jeszcze. A co się stanie, gdy się dowiedzą? A dowiedzą się z pewnością, to zbyt mała społeczność, a mój ojciec jest zbyt tutaj znany, by go mogło to ominąć- ktoś w końcu mu to powie. Wolę nie myśleć w jaki gniew wpadnie ojciec. Pewnie lepiej będzie mu to samemu zakomunikować, ale jakoś brak mi śmiałości i nie bardzo mam ochotę psuć mu wieczór. Może jutro lub pojutrze, o ile inni tego nie uczynią za mnie. Ciekawe jak zareaguje, jeszcze nigdy aż tak nie nabroiłam? Choć może niekoniecznie chcę się tego dowiedzieć… Chwytam spojrzenie Komorowskiego. Był to pierwszy objaw zainteresowania się moją osobą od czasu tego spotkania przy źródełku. Pewnie obserwował ten nasz dialog spojrzeń od początku, tylko ja zaaferowana, nie spostrzegłam tego. Czy zrozumiał, nie budziło mego zastrzeżenia. Tak przenikliwy człowiek jak on, potrafi wyłowić prawdę nie tylko z półsłówek, ale nawet z gestów. Tego, nie wiedzieć czemu, byłam cholernie pewna. Dotychczasowe nasze stosunki pozwalały mi wysnuwać takie tezy. A poza tym chciałam bardzo, by tak było w istocie, by był takim wszystkowiedzącym czarnoksiężnikiem, Merlinem z mych snów. Zaczynałam w coraz większym stopniu zdawać sobie sprawę, że nie tylko ciągnie mnie do niego za sprawą tej rodzinnej tajemnicy, lecz że także fascynuje mnie jako mężczyzna- pierwszy raz w życiu poczułam coś takiego, coś co jest udziałem każdej dziewczyny, każdej kobiety po raz pierwszy zakochanej: bo ja chyba zaczynałam kochać Komorowskiego. Jeszcze bardzo nieśmiało, zupełnie bezwolnie, jakby na przekór własnym przekonaniom, kroczyłam ścieżką, jaką od wieków wydeptały moje poprzedniczki, a która za każdym razem byłą drogą w nieznane. Każda z nas wiedziała, co może tutaj napotkać i każda z nas znajdowała na tym szlaku wciąż nowe wrażenia. I w tym właśnie tkwiło piękno, cały powab i czar tej drogi, który sprawiał, iż kolejne pokolenia z determinacją wkraczały na ten szlak. Patrzę znów w jego kierunku, ale widzę tylko gąszcz włosów. Jakże pragnęłam, by czas się cofnął do południa i abym mogła to wszystko odkręcić, cofnąć słowa, które sprawiły jemu ból! Które sprawiły, że ja zaprzepaściłam wszystko to, co udało mi się zbudować pomiędzy nami; ten most, co prawda chwiejny bardzo, wąski i śliski, ale jednak dający nadzieję, że go można będzie wzmocnić na tyle, iż da się przekraczać go w obydwie strony. A tak to tylko pozostał niesmak czegoś niespełnionego, coś jak pęd młodej rośliny, zmrożony i zwiędły tuż przed pełnią życia. Kolacja zupełnie mi wystygła. Całkiem bez apetytu zaatakowałam kolejny kęs, po czym delikatnie odsunęłam talerz. Matka natychmiast zareagowała serią zjadliwych spojrzeń. -Dlaczego nie jesz? Nie smakuje ci? -Boli mnie głowa, mamo. Jestem zmęczona… Powoli wstałam od stołu. Komorowski hipnotyzuje swój talerz i o niczym nie wie. Drugi raz nie zamierza mi pomagać, zresztą wcale pomocy nie potrzebuję. Może nawet jego interwencja przyniosłaby więcej złego niż dobrego? Mama patrzy z kolei na niego. Bądź, co bądź afront zrobiony gościowi. Choć nie wydaje mi się, żeby akurat on tak to postrzegał. Komorowski unosi głowę, spogląda na wszystkich i lekko się uśmiecha. Jemu to nie przeszkadza, że ktoś przerywa kolację w tak okropny sposób. Moi rodzice bowiem nabrali skądś staroświeckich, jakby nie było, zasad zachowania się przy stole i dobrego wychowania. I wpajali nam je tyleż natarczywie, co bezskutecznie. Dla matki nie ma większej obrazy, jak odejście od stołu przed końcem wspólnego posiłku, a już wtedy, gdy jest przy nim jakiś gość było zupełnie niedopuszczalne. A mnie bardziej interesowało, czy Komorowski nie pomyśli, że ja tak specjalnie, by zwrócić na siebie jego uwagę. Bo w sumie to dość prymitywny sposób zainteresowania swoją osobą innych. -Przepraszam- bąknęłam i poszłam do swego pokoju na górze. Usiadłam na tapczanie i zapatrzyłam się na krwawo zachodzące słońce. Lecz dziś nie potrafiłam zachwycać się tym widokiem, choć zawsze wprawiał mnie niezmiennie w zachwyt. Las powoli zapadał w letni, nocny sen. Świerszcze grały koncert. Przez uchylone okno wpadał chłód popychany lekką bryzą, która niosła zapach igliwia i grzybów. To właśnie te chwile kochałam najbardziej. Mój romantyzm żeglował daleko, daleko…Uwolnione wodze fantazji wytwarzały najprzeróżniejsze sytuacje. Zapomniałam o bólu głowy, zapomniałam o wszystkich troskach związanych ze szkołą, zapomniałam nawet o Komorowskim. Prawie. Tutaj nadal mogłam go wstawiać do każdej historii jaka tylko mi przyszła do głowy. Był tym kim chciałam, by był. Tajemniczym nieznajomym, rycerzem na białym koniu, romantycznym poetą piszącym do mnie płomiennie miłosne wiersze. Kimkolwiek. Czasem nawet wszystkim tym naraz. A ja niezmiennie byłam jego muzą, panią jego snów i bóstwem, za które gotów był oddać życie. Marzyłam z otwartymi oczami. Pokój przestawał istnieć, byłam gdzieś obok, gdzie kraina marzeń i snów to nie był wytwór pokręconej emocjonalnie nastolatki, ale realny świat, w którym wszystkie najskrytsze pragnienia były rzeczywistością. W tle tylko brakło jedynie odgłosu trzaskającego ognia w kominku, ale można było sobie to wszystko świetnie wyśnić- na jawie. Marzenia… W takich chwilach dom stawał się zamkiem lub dworkiem szlacheckim, a ja sama byłam królewną lub szlachcianką przez nikogo nie rozumianą. Oczekująca na pierwszy podryg serca albo na to, że mnie ktoś zauroczy. Takie retrospekcje, które karmiłam wyczytanymi w romansach historiami. Niby na co dzień gardziłam taką literaturą, a jednak moja dziewczęca wyobraźnia potrafiła w zadziwiający sposób przechowywać takie obrazy. A gdyby tak sobie wyimaginować, iż obok mnie siedzi Komorowski i czule wpatruje się we mnie? Albo przy stole: siedzi naprzeciwko, pomiędzy nami zastawa, jakieś wino i oczywiście obowiązkowe świece. On patrzy na mnie i nie widzi nic, prócz moich gorejących oczu! Gdzież ja coś takiego wyczytałam?! Tanie obrazki dla kucharek…A jednak miały dla mnie swoisty urok. Bo w sumie miłość nie zawsze musi być wielka i tragiczna, ale zawsze ma w sobie urok. Czar. Kiedy płynie prosto z serca, to nieważne gdzie, jak i z kim- zawsze jest pięknym przeżyciem. Też coś! Żonaty mężczyzna, z prawie rocznym dzieckiem i ja. A przecież miłosne wzloty są mi tak bardzo obojętne, by nie powiedzieć- obce. Tak było dotychczas. Lecz od pewnego czasu poddawać zaczęłam rewizji te swoje pragmatyczne patrzenie na świat. Każdy potrzebuje odrobiny romantyzmu w życiu, choćby nie wiem jak temu zaprzeczał i się przed tym bronił. I dlatego wizja ta wydała mi się zupełnie realna. Przecież Komorowski nie należał do brzydkich mężczyzn, zresztą nie o urodę tu chodzi. Jest w nim coś, co mnie przyciąga, magnes, który coraz silniej na mnie działa. Może tak jest zawsze, a może tylko w tym przypadku? Bo Komorowski, choć bezsprzecznie intrygujący facet jako taki, to jeszcze ma tajemnicę. Doskonały obiekt westchnień. I był całkowicie mój! Spełnienie marzeń każdej nastolatki. Jeśli nie liczyć jego żony…Ale to dlaczego przyjechał sam, jedynie z córką? Może się rozstali właśnie? Coś w głębi mi nie pasowało, coś ulotnego, jakaś myśl, pewien oczywisty wniosek, ale moje chciejstwo, by tak było w istocie, zagłuszało wszystkie rozsądne myśli. Zaczynam o nim myśleć, wstawiać do kolejnych swych marzeń. Jest dla mnie bohaterem, tajemniczym nieznajomym, kochankiem. Wszystkim na raz i z osobna. Jest takim- bo ja tak chcę! Egoizm zakochanej dziewczyny, niby niewinny, ale mogący stać się początkiem tragedii, jeśli tylko nie będę starać się nad nim zapanować. Więc muszę, choć to tak piękny narkotyk dla samotnej duszy. Ale czym innym są marzenia, niewinne rojenia uczuć, a czym innym próby wprowadzenia tego w czyn! Za wszelką cenę. Wtedy można zatracić proporcje, pomieszać świat marzeń i świat realny, do tego stopnia, że nie sposób rozróżnić ich. Dopóki nad tym panujesz, to dobrze, lecz jeśli tylko granica przestanie być szczelna… Tak było ze mną i Komorowskim. Dopóki trwał uwięziony w mych marzeniach, to mogłam tu wyczyniać rzeczy jakie tylko mi przyszły do głowy, ale musiały tu pozostać. Próby zaszczepienia ich w realu mogły doprowadzić tylko do zgryzot i tragedii. Zaczyna mnie fascynować. Stawia mury. I to mnie do niego ciągnie. Dlaczego się spóźniłam? Dlaczego muszę patrzeć jak potencjalny partner nie tylko się oddala, ale nawet nie mogę się do niego zbliżyć? Do tego on nie chce, bym się zbliżyła. Te mury nie są na pokaz. Mają oddzielić go od reszty świata, bronić jego zamczyska jakim było serce i nie dopuścić w pobliże nikogo. Zbyt wiele tu było niejasności, zbyt wiele pytań tkwiło miedzy nami, by można zbudować konstruktywną płaszczyznę porozumienia. Mury istniały, a każda próba ich zburzenia pociągnie za sobą gesty obrony. Ale pojawiła się szansa na wkroczenie do środka. A ja w zwyczajny sposób podpiłowałam pierwszy filar mogący być początkiem mostu. Ech, ta moja nigdy nie zaspokojona ambicja zrozumienia, chęć pomocy- ba! zwykła prymitywna, babska ciekawość. Czy mam płakać, czy śmiać się w głos? „Krążenie wokół siebie ludzi jest niczym krążenie koło siebie gwiazd: jest równie związane i równie samotne.”*1) Gdzie ja to wyczytałam? Nie mogę sobie przypomnieć, ale jest to cytat jak najbardziej adekwatny do mojej osoby. Przynajmniej w sferze moich relacji z Komorowskim. Prawda, że i Komorowski przed czymś ucieka. On również wokół czegoś krąży. Sam tak powiedział: „zwykły uciekinier, ratuję samego siebie!”*2) Uciekinier? Przed czym ucieka i po co? A może to tylko przenośnia, a ja nie potrafiłam wyłowić właściwego sensu, kontekstu w jakim to powiedział? Cokolwiek miał na myśli, tak właśnie to sformułował. A może go o to zapytać? Tylko czy zechce na to odpowiedzieć? Czy w ogóle zechce mnie wysłuchać po tym, co się stało dziś po południu? Bardzo wątpliwe…Pytań było bez liku i wciąż rodziły się nowe, a jedynym sposobem, by na nie znaleźć odpowiedź, było po prostu go o to zapytać. Jedyny sposób i całkowicie pozbawiony szans na realizację. Ale wiedziałam, że i tak spróbuję. Muszę… „Czy nie możesz się trzymać z dala?...”*3) Właśnie, że nie mogę! Już taka jestem. Nie potrafię przejść obok człowieka, nie pomagając mu, jeśli wymaga tego sytuacja. Tyle, że widzi mi się, iż on nie chce tej pomocy. Potrzebuje, a nie chce. A może właśnie nie potrzebuje? Może sam stara się uporządkować wewnątrz swoje życie, a ja mu tylko w tym staram się przeszkodzić? I muszę przyznać sama przed sobą, całkiem nieskromnie, że nawet nieźle mi to idzie…Jakbym zareagowała, gdyby ktoś na siłę chciał mnie zbawić, pomóc wtedy, gdy sama się zdecydowałam znaleźć azyl? Przecież tak na dobrą sprawę, to rodzice wiele razy starali się wtargnąć w moje sprawy, na co ja odpowiadałam, nie zawsze w porę, tłumioną agresją. Podobnie jak Komorowski potraktował i mnie. Kwestia zrozumienia i poszanowania czyjegoś wyboru. Jak wiele razy muszę dostać po nosie, by zrozumieć tak prostą rzecz? Ile krzywd muszę wyrządzić, aż pojmę na czym polega mój błąd? Może nigdy nie nabędę tej umiejętności. Jasna sprawa, że to co gryzie Komorowskiego, jest powiązane z naszą rodziną. Musi tak być! Nie mam żadnego na to dowodu, ale intuicyjnie czuję, że tak właśnie jest. Więc mam moralne prawo wiedzieć o co chodzi! Nie mam żadnego prawa… Najgorzej, jak ktoś wzniosłymi ideałami, usprawiedliwia swój własny interes. W moim przypadku- chroniczną ciekawość. „Dług, którego nie zaciągnęliśmy…”Od tego się zaczęło. Jedno zdanie za wiele, niby nic takiego, a zapoczątkowało cały ciąg wydarzeń, jaki był moim udziałem przez te klika dni. Większość z tych incydentów sama sprowokowałam, usiłując dociec prawdy i znaleźć odpowiedzi do gnębiących mnie pytań. A może ja gonię własną paranoję? Stwarzam problemy tam, gdzie ich nie ma, a tam gdzie są- dodaję nowe? Do tego zaplątanego związku pomiędzy moimi rodzicami a Komorowskim, dokładam swój własny chaos i myślę, że jestem jak najbliżej sedna sprawy? Że już, już za chwilę odsłonię wszystkie tajemnice, pokonam całun jaki zaległ na naszych wzajemnych stosunkach? Że uczestniczę w tych wydarzeniach jako pełnoprawny gracz, a nie partyzant, co wdziera się na zupełnie nierozpoznany teren? Całkiem wygodne tłumaczenia, tylko niestety, zupełnie niezgodne z rzeczywistością. Od tych pytań naprawdę rozbolała mnie głowa. Mętlik. Myśli wirują z prędkością tornada, ucisk na skroń jest coraz bardziej uporczywy. Wstaję i podchodzę do okna. Na szczęście jest otwarte na oścież, jak to latem. Podmuch świeżego powietrza upaja mnie. Przegania dokuczliwą migrenę. Opieram ręce o parapet. Wpatruję się w mrok. Las zupełnie pogrążył się w ciemnościach. Nasłuchuję odgłosów wieczornego życia puszczy, pełnego ukrytych znaczeń. Tajemniczego, a zarazem tak bardzo swojskiego. Znam to od lat. Od zawsze. Znam, a jednak wciąż mnie zachwyca, niezmiennie odkąd tylko pamiętam. Nagle chwytam szmer rozmowy. Unoszę w geście zdziwienia brwi. Obok za ścianą ma swój pokój Komorowski. Ale głos Komorowskiego to nie był. Przysłuchuję się uważnie i natychmiast tłumię okrzyk zaskoczenia! -…Nie miał pan prawa! Powinien pan choć przez chwilę pomyśleć nad tym.- To Paweł. -Nad czym miałem rozmyślać?!- Gość mówił spokojnie, tylko nieznacznie zaostrzając swój głos.- Sama tego chciała. Wyraźnie nalegała, bym jej pomógł… -To nie była pomoc.- Paweł nigdy nie zrozumie, kiedy powinien wtrącić się do rozmowy. Ze mną, czy z rodzicami, robił tak samo, co niezmiennie doprowadzało ojca do furii.- Pan tylko ułatwił jej oblanie następnego roku! -Być może… Odrobinę zabolał mnie ten komentarz, taki obojętny. Ale czego się spodziewałam? Że go to coś obchodzi? Że będzie próbował się zaangażować? -Łatwo mówić „być może.”- Paweł tamował wyraźny wybuch. Słyszałam to w jego głosie, tyle razy się kłóciliśmy, że jestem wyczulona na każdy jego gest i każdą zmianę barwy głosu.- I co teraz ona ma począć? Nawet mnie rozczulił tą swoją troską. To było zupełnie nie w stylu brata. Zawsze się droczyliśmy, czasem dochodziło do poważnych zatargów, ale nigdy nie było między nami czulszych gestów, śladu sympatii. Jedynie siostrzano-braterskie, chłodne i szorstkie w obejściu tolerowanie siebie nawzajem. -Nie odniosłem wrażenia, by była czymś załamana.- Też mi się znalazł spec od kobiecej psychiki. Ale nie byłam konsekwentna. Jeszcze niedawno przypisywałam mu wszelkie możliwe cudowne umiejętności, a teraz pod wpływem złego humoru nie przyznawałam mu podstawowych ludzkich odruchów. Takich jak współczucie. I zrozumienie kobiet. Choć akurat to było dla większości facetów nieosiągalne. Nierzadko- na zawsze. Lecz dla mnie on był kimś zupełnie innym, takim facetem doskonałym. Ale pewnie takim go chciałam postrzegać…I tyle. Nastolatków sposób widzenia świata… -Bo nie zdaje sobie sprawy z tego co zrobiła.- To znów Paweł. Jak na niego był nie tylko elokwentny, ale także dość sensowny w tym, co mówił.- Inna sprawa, że rodzice o tym nie wiedzą. Wyobrażasz sobie, co się stanie, gdy ktoś im o tym powie?! Paweł wyraźnie tracił panowanie nad sobą. Nie tylko podniósł głos, zaczął nawet „tykać” Komorowskiego. Nigdy bym nie posądzała Pawła o to, że może mu tak bardzo zależeć na mnie. Myliłam się w tak wielu sprawach. Ta była kolejna. Mogliśmy się szarpać, nienawidzić, nie znosić swego towarzystwa, ale kiedy przyszło do obrony, nawet bez wiedzy, to umie przypomnieć sobie o więzach krwi. Pewnie ja zrobiłabym dla niego to samo. Czekałam na ciąg dalszy. I nie czekałam długo. -Twoja siostra to straszna indywidualistka.- Nie wiem czy to był komplement, ale tak to odebrałam. Nawet mnie to zaimponowało.- Myślisz, że gdybym nie poszedł do szkoły, to by zrezygnowała ze swego pomysłu? Nie, kolego, nie zrezygnowałaby… Ma rację: plan z Komorowskim powstał w pół godziny. Przedtem obmyślałam coś zupełnie innego. Taki kaprys, który jakimś cudem mi wyszedł. -Skąd pan może to wiedzieć? -Spytaj ją o to! Aż wstrzymałam oddech, ciekawa, co będzie dalej. Lecz czekało mnie rozczarowanie. -Taka rozmowa do niczego nie prowadzi.- Paweł stracił nagle koncept rozmowy. Szkoda, mogłam się dowiedzieć więcej. A może lepiej nie? -Zgadzam się- Komorowski był spolegliwy.- Dalsza dyskusja jest bezcelowa. Fakt jest jeden: Renata się podłożyła kolegom i wychylił zanadto tyłek dyrektorowi. Wniosek oczywisty, ale mnie nie wiedzieć czemu, ukłuło coś dziwnego w sercu. -Ależ z pana cynik!- Zakipiał mój brat niczym wulkan tuż przed erupcją. Wiele razy słyszałam tę barwę głosu. Ton znamionujący złość doprowadzoną do ostateczności. -Czy to wszystko?- Komorowski jest niezwykle opanowany. Gdzie on się nauczył tak panować nad uczuciami? Znam swego brata, dobrze wiem, że rozmowa z nim musi się zakończyć nieodwołalnie podwyższonym ciśnieniem. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Tym pytaniem, z gruntu retorycznym, zakończył sesję z Pawłem. Zgrabnie, złośliwie i całkiem jak Komorowski. Cisza. Paweł wyraźnie skonfundowany, dyszy jak po długim biegu. A potem trzaskają drzwi. Więc Paweł wycofał się. Albo zrozumiał aluzję, albo po raz pierwszy wyczuł kiedy dyskusja się skończyła. Nie wiem jak to się między nimi zaczęło, ale o wynik byłam spokojna: Komorowski musiał być górą. Znowu zaczęłam myśleć jak niegdyś, idealizowałam gościa, nie doceniałam Pawła, a przecież jeszcze nie tak dawno nawet by mi nie przyszło na myśl, że jest zdolny do takich czynów! Niezależnie jakie kierowały nim pobudki. Może stał się altruistą, a może miał w tym interes. Co prawda nie widziałam jaki, lecz czy to było takie ważne? Wygodniej było mi myśleć, że tak jest w istocie. Łatwiej było mi zaakceptować jego interesowność niż jakiekolwiek odruchy braterskiej miłości. Nie wiedziałam tylko, czy jest to przejaw kobiecej przewrotności, czy zwykłej ludzkiej niewdzięczności. Spoglądam na dłonie. Nieświadomie zacisnęłam ja na parapecie, teraz je powoli i delikatnie rozprostowuję. Zaciskałam je tak mocno, że ból jest nie do zniesienia. Rozcieram stawy, krążenie wraca powoli i opornie. Kontemplując ból, myślę, co mam z tym fantem począć. Rozmowę słyszałam i nie mogłam udawać, że nie ma sprawy. Znaczy się- mogłam, ale nie chciałam. Paweł psuje mi szyki. Wiem, że robi to w dobrej wierze, ale jednak to moja sprawa i mój problem. I nie zamierzam ignorować tego. Nikomu nie pozwolę gmerać w życiu, nawet jeśli robi to nieświadomie lub powodowany jakimiś szlachetnymi pobudkami. A może nawet zwłaszcza szlachetnymi. Bo trudno mi przypuścić, by Paweł miał w tym jakiś interes, trudniej nawet, niż dać wiarę w jego szlachetność i miłość lub troskę braterską. Wtedy nie zastanawiałam się dlaczego lubię ranić tych, których kocham; odpychać każdą pomocną dłoń. Taka mentalność Zosi-samosi. Nogi same mnie niosą do pokoju Pawła. Nie pukam nawet, chcę by od progu wiedział, iż po raz kolejny topór wojenny został wykopany. Z każdym krokiem moja frustracja zamienia się w najczystszą, zjadliwą złość. Paweł patrzy na mnie jak na upiora. Nie wie czemu zawdzięcza tę nieoczekiwaną wizytę. Ale za chwilę się dowie! O, z pewnością! Moje oczy ciskają błyskawice, cud, że nie słychać grzmotów. Ale i bez tego mój brat wie, że oto nadciąga niespodziewana burza. Jego zaskoczenie szybko przemienia się w pełną obrony agresję. Przez lata obydwoje wyrobiliśmy w sobie tę cechę: nie dać się zaskoczyć, a jeśli nawet to skakać odważnie do gardła. Oto lata doświadczeń nabytych w ciągłych osobistych utarczkach o rzeczy małe i duże, o sprawy ważne i błahe. Wiecznej wojny nastąpi z chwilę ciąg dalszy. -Czego?- Warczy przez zęby. Ten ulotny błysk zdziwienia, jaki widziałam w jego oczach kiedy weszłam, teraz znikł. Pewnie złość nagromadzona po rozmowie z Komorowskim jeszcze nie do końca z niego wyparowała. Jest gotowy na każdy cios. Atut zaskoczenia poszedł w diabły! -Kto ci dał upoważnienie, byś służył mi za adwokata?!- Syczę również przez zęby i za wszelką cenę staram się poskromić furię, która we mnie szaleje. Z mizernym jednak skutkiem. Przepełniająca mnie złość aż kipi z każdego gestu, prawie czuję ją w każdym mięśniu, jestem jedną wielką irytacją. Paweł nawet się nie zdziwił moim słowom. Skąd wiem o jego rozmowie sprzed chwili. -Odwal się- proponuje w swój zwykły sposób. -Nic z tego! Nie życzę sobie żebyś wtrącał się w moje sprawy! -To przestały być już TWOJE sprawy, siostrzyczko.- Purpura na jego twarzy zdradza pełną gotowość do walki. Jeszcze chwila i wybuchnie tu tajfun. Jak niegdyś. -Czemu?- Pytam wyraźnie zbita z tropu. Cóż może mieć wspólnego Paweł z tym galimatiasem mojej roboty? -Bo całe miasto ma Jagielskich na jęzorach! Ja sobie nie życzę, by ludzie na mój widok, głupkowato się uśmiechali… -A to dlaczego?- Wydaje mi się, że nie taka była przyczyna jego wizyty u Komorowskiego, ale nie mam całkowitej pewności.- Czy dotychczas tego nie robili? Świadomie przypaliłam go do żywego tym pytaniem. Nie zamierzałam go oszczędzać, z premedytacją zadawałam ciosy poniżej pasa, wiedząc, że go zranię po dwakroć. Wiem doskonale, że gdybym była chłopakiem, to właśnie w tej chwili leżałabym pod drzwiami z purchawką w miejscu nosa. Paweł wariował z wściekłości. Dotknęłam go boleśnie. Ale przecież o to mi chodziło właśnie! Taki był cel tych wszystkich pytań i stwierdzeń, nic tu nie było przypadkiem, ani niechcący. -Komorowski nie ma z tym nic wspólnego! A jeśli chodzi o mnie, to nie potrzebuję twojej pomocy. Sama sobie poradzę- temperatura spada gwałtownie o kilkanaście stopni. Ciśnienie również. Paweł dyszy wstrząsany wewnętrzną złością. Jest spięty i gotowy do dalszej sprzeczki, zbiera tylko w umyśle jakieś błyskotliwe kwestie, szuka pospiesznie argumentów lub najzwyczajniej w świecie usiłuje nad sobą zapanować, by mnie nie uderzyć. I pewnie to ostatnie było najbliższe prawdzie. Chciał dobrze, ja wiem, że chciał dobrze. Lecz mam pewna satysfakcję, że ranię jego uczucia. Muszę na kimś wyładować nagromadzoną złość, znaleźć ujście dla frustracji- po prostu muszę sobie ulżyć. Być może Paweł pierwszy raz coś dla mnie zrobił, być może starał się mnie obronić? Pokazał, że nie jest li tylko krewnym, niby bliskim przez więzy krwi, ale tak bardzo odległym mentalnie, lecz kimś, na kogo można liczyć w ciężkich chwilach. Ale ja to teraz niszczyłam bezmyślnie, świadomie go odpychając, by poczuł, że między nami nie ma żadnej więzi braterskiej. Wyzbywałam go z wszelkich złudzeń. Czym innym były nasze utarczki po dziecinnemu prowadzone dotychczas, a czym innym taki wyraźny znak, że u progu dorosłości nic się w tym względzie nie zmieniło. Zupełnie nie myślałam teraz o tym, że kiedyś może być mi jedyną bliską osobą, kimś kto w razie potrzeby może mi pomóc. Teraz chciałam być sama- uczucie tak bardzo znane wszystkim tym, którzy mają rodzeństwo, a nie zdają sobie sprawy czym tak naprawdę jest być jedynakiem. -Wynoś się!- Słyszę na koniec. Posłusznie zamykam za sobą drzwi. Chociaż osiągnęłam to, po co tu weszłam, opuszczam jego pokój z uczuciem dojmującej porażki. Gdzieś w zakamarkach jaźni wiem, co utraciłam, ale teraz nie czuję po tym żalu, tylko piekący ból po starcie czegoś znacznie ważniejszego niż braterska miłość. A więc kolejny most spalony. Dlaczego? Cóż pchnęło mnie do tego, by odtrącić Pawła? I to tak jednoznacznie i ostatecznie. Przecież to mój brat! Co prawda dotychczas nie miało to dla mnie większego znaczenia, lecz dziś ten fakt mógł nabrać treści, przyoblec się w kształt przyjaźni, uczucia tak oczywistego dla rodzeństwa, a tak bardzo lekceważonego przez nastolatki. Takie rzeczy docenia się dopiero w życiu dorosłym. Czuję, że powinnam zawrócić, iść do niego i przeprosić. Jeszcze nie było zbyt późno na akt skruchy, na wyciągnięcie dłoni w geście przeprosin, pokazanie, że to nic nie znaczy, że nadal jest dla mnie kimś ważnym, choć jak dotąd mu tego nie okazywałam. Moja duma stanęła przed największym wyzwaniem w całym moim dotychczasowym życiu. Najdziwniejsze było to, że zdawałam sobie doskonale sprawę z doniosłości tej chwili, a jednak nie potrafiłam podjąć właściwej decyzji. Sekundy wahania. I potem idę dalej. Słyszę jak ostatnie przęsła się walą w dół. Most legł w gruzach. Odbudowanie go może zająć mi mnóstwo czasu, a być może nigdy to już nie będzie możliwe. Lecz duma moja zachowała swą twarz do końca. Na barkach siadł mi ciężar znacznie większy od zwykłego stresu, lecz ja starałam się zignorować te sygnały, skoncentrowana na jednym obecnie celu: za wszelką cenę odnaleźć drogę do Komorowskiego. Teraz to zagadnienie było mi najbliższą udręką. Pukam do następnych drzwi i nawet nie czekając na zaproszenie, wchodzę do środka. Komorowski siedzi na parapecie tyłem do okna. Patrzy na mnie tym swoim wszystkowidzącym wzrokiem, ale teraz nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Jak otępiała idę naprzód, aż wreszcie staję tak blisko niego, że czuję jego oddech na swoim dekolcie. Ciepły podmuch sprawia, że nagle odzywają się we mnie jakieś struny, jakieś nieznane siły, drzemiące wewnątrz zostały obudzone, tęsknota uśpiona dotąd wdarła się do mojej świadomości i rozgościła się na dobre. Poczułam lekki zawrót głowy. Chyba zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego uczucia, czytałam nieraz o tym w powieściach, ale nigdy mi nie dane było tego poczuć, przeżyć i doznać wszystkich tych wrażeń. Teraz wiedziałam jak to jest! Czym innym jest wmawianie sobie miłości, tęsknienie za nią, a czym innym ogarniające fizyczne przyciąganie. Ta siła, która wciągała w wir straszniejszy i piękniejszy zarazem, niż najbardziej gwałtowne rzeki, toczące swoje wartkie nurty i wciągające do wody wszystko, co tylko nieopatrznie rzuciło im wyzwanie. Może sobie nie do końca zdawałam z tego sprawę, ale miłość i pożądanie pochwyciły mnie w swoje kleszcze i jednym, zgrabnym cięciem przełamały moją wolę na pół. Nie wiem czy Komorowski był świadomy tego, co się ze mną działo. Ja sama, zafascynowana i przerażona jednakowo, drżałam z niecierpliwości. Cokolwiek by usiłował ze mną zrobić, zrobiłby to. Czułam, że stres odbytej rozmowy z bratem osłabił moją wolę i nie byłabym w stanie stawić żadnego oporu. Chciałam by nastąpiło coś, czego nie umiałam nazwać, a przynajmniej nie potrafiłam nazwać tego głośno. Zew natury, biologiczny zegar osiemnastolatki wybił czas najwyższy. Niby wiedziałam, że jeszcze nie czas i miejsce, ale bezwolna byłam i gotowa na wszystko. Szalone myśli opanowały umysł, a jeszcze bardziej szalone zachcianki zawładnęły moim ciałem. Czułam, że jestem jakby w dwóch osobach: jedna, świadoma, zbyt przerażona tym, co się może zdarzyć; druga, zniewolona, czekająca z niecierpliwością, by ta udręka wreszcie się skończyła. A wszystko to wywołała bliskość mężczyzny! Na szczęście żadne z nas nie wykonało żadnego gestu, jestem pewna, że wystarczyłby tylko dotyk, muśnięcie skóry na skórze i przekroczyłabym przepaść, za którą czekało na mnie inne, dorosłe życie. Może nie gorsze, pewnie nawet lepsze niż te obecne, ale z pewnością inne, głębsze i straszniejsze zarazem. Opcja ta mnie po równi przyciągała i odpychała. Gdzieś w głowie zaświtała myśl: „i chciałabym, i troszkę się boję…”Kiedyś ta fraza tak bardzo mnie śmieszyła swą naiwnością i tanim efekciarstwem, teraz już wiedziałam, że była prawdą równą tej ze świętych ksiąg wychowania wpajanego nam przez rodziców. I jeszcze jedna znamienna bardzo rzecz. Już wiedziałam, że go kocham. Czy to uczucie mogło być dla mnie źródłem szczęścia czy tylko zgryzoty? Raczej to drugie. Ale żadna nastolatka nie była w stanie się wymigać od takich przeżyć. Wszystkie bez wyjątku, w mniejszym lub większym stopniu odczuły to na własnej skórze. To było niczym duchowa inicjacja- i nie wierzcie, kiedy mówią, że to je ominęło- bo to nieprawda. Przez chwilę nic się nie dzieje, tylko atmosfera zgęstniała od tłumionych pragnień i oczekiwań, głównie moich, a na skórze czuć się dawało naelektryzowane jony, głównie Komorowskiego dzieło. Unosi pytająco brwi i oczekuje, bym się wytłumaczyła z tego najścia. Ten niewinny gest jest tym pomostem, który ukazuje mi drogę z powrotem, choć z ociąganiem i zadziwiającą niechęcią, ale jednak wracam ku świadomości. Jeszcze czuję jak palą mnie policzki, a serce wali jak młot. Gwałtowność tego doznania przekonała mnie, że znacznie odbiegam od tego, czego po sobie oczekiwałam, czego byłam pewna, jeśli chodzi o moją osobę. Zdawało mi się, że znam siebie lepiej niż mi się wydawało, a jednak dzisiejsze wydarzenie pokazało, że tak wcale nie jest; że tak w istocie to nie wiem o sobie zbyt wiele, a już na pewno nic w kwestii miłości. Cisza w pokoju panuje nieskazitelna, jeśli nie liczyć mego płytkiego, gwałtownego oddechu. Komorowski uśmiecha się szyderczo i jego wzrok staje się zimny. Wydaje się, że cała ta moja rozterka niewiele go obeszła- może to i dobrze… -Cóż za wieczór!- Zagaił.- O zmroku lepiej o niektórych rzeczach mówić? -Nie przysyłałam brata do pana. -A skąd wiesz, że u mnie był?- Dziwi się. -Wiem- krótko kwituję pytanie. Oddech uspokoił mi się na tyle, że zapomniałam o tych wszystkich rozterkach sprzed kilku minut. Komorowski uważnie mi się przypatruje, a potem odwrócił się nagle do okna. Wychylił się i spojrzał w ciemność. -Ha! Konwencjonalny sposób szpiega, co? -Tylko bez drwin- jad w mym głosie zabiłby kobrę królewską.- Przypadkiem usłyszałam stojąc przy oknie. Raczej nie szeptaliście… Potakująco skinął głową. -A czego ty chcesz? Głębia jego źrenic znów zaczyna mieć na mnie destruktywny wpływ. Chyba będzie lepiej jak zacznę patrzeć w innym kierunku. O wiele lepiej… -Chcę porozmawiać… Wiem, że w kontekście tego, co się między nami zdarzyło po południu, taka zachcianka brzmi jak obelga, ale jest jedyną mi znaną zachcianką, jaką mam zamiar urzeczywistnić z Komorowskim. Przez rozmowę zamierzam odbudować pomost, który nie tak dawno istniał, a który swoim zachowaniem w lesie zburzyłam niczym tajfun wiotkie budowle. -O czym? Jak bardzo mnie ucieszyło to pytanie! Było widomym znakiem, że jest jeszcze nadzieja na poprawienie naszych wzajemnych relacji. Dawało mi szansę na zrealizowanie moich zamiarów. Jasne, że nie zaraz. W przyszłości. Ale ważne, by nawiązać ponownie znajomość. Uczynić ten krok, który ma mnie doprowadzić do celu nadrzędnego, jakim było odkrycie tych tajemnic związanych z moją rodziną i Komorowskim. -O panu!- Mój głos dociera do mojej świadomości z lekki poślizgiem. Wciąż jeszcze nie do końca potrafię się skupić na rozmowie, bliskość Komorowskiego rozpraszała mnie. Miałam tylko nadzieję, że nie jest to zbyt widoczne dla niego. W każdym razie nic po sobie nie dał poznać. -Mów mi, Rafał! Skutecznie mnie zatkało. Ten nagły zwrot zaskoczył moją świadomość, wyrwał cisnące się słowa na usta i wtłoczył z powrotem do środka. Mało się nie zakrztusiłam. -Rafał?- Pytam delikatnie tonem infantylnego dziecka, które stara się przyswoić sobie pierwsze trudne i nieznane słowo. -A co, brzmi tak samo dziwnie jak Baltazar?- Ach, te jego poczucie humoru. Nigdy chyba się do tego nie przyzwyczaję. -No, nie…Tylko nie wiem czy wypada- patrzę wymownie na łóżeczko. Dorotka śpi już ukołysana szumem lasu. Zabawne, że te wszystkie rozmowy jeszcze jej nie zbudziły. - A dlaczegóż, by nie? A niby taki się wydawał domyślny. Być może specjalnie się ze mną droczy, by zmusić mnie do wypowiedzenia wprost wszystkich kwestii. Zaczynam podejrzewać, że jest to jego sposób na mnie. Nie chce, by między nami były jakieś niedomówienia. Szkoda tylko, że to ja mam odkryć siebie przed nim, on natomiast chowa się za tajemnicami i sekretami. -Moja mama ma dość staroświeckie poglądy- rzucam tytułem wyjaśnienia. Tak, żeby coś powiedzieć, a jednocześnie nie mówić nic istotnego.- Pana wiek… -Wiek?- Bawi się świetnie. Nie potrafi ukryć uciechy, jaką mu sprawia nabijanie się tanim kosztem ze mnie.- Jaki wiek? A ile, według ciebie mam lat, Renata? Jeszcze kilka godzin temu zabiłabym za możliwość zgadywania, ale teraz? Lecz właśnie! Ile on ma lat? Z początku wydawało mi się, że może mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Ale teraz myślę, że może być równie starszy, jak i młodszy od tej mojej granicy. -Dwadzieścia osiem?- Rzuciłam ostrożnie, spoglądając niepewnie na niego. -Aż tak staro wyglądam?!- Przeraził się nie na żarty. Jeśli to była kokieteria, to grał wyśmienicie swoją rolę. Cały wyraz twarzy był autentycznie przerażony. Lecz zaraz się roześmiał w głos. Lubiłam ten moment, kiedy jego fizjonomia zmieniała się pod wpływem ukrytych radosnych nut. Jakby słońce podświetlało jego policzki, a oczy migotały milionami iskierek. -Dwadzieścia dwa!- Triumf w jego głosie. Mam oczy wielkości średnich kurzych jaj. Przez szparę między zębami wleciałby mi z powodzeniem wróbel i uwił tam sobie gniazdko. Stałam niczym posąg. Spojrzał na mnie i ponownie się roześmiał. Wieczór kabaretu. -Mama wie?- Kolejne pytanie jakie zadałam, zupełnie nie wiem po co. -A skąd mam wiedzieć? Widzimy się pierwszy raz. To pewnie tłumaczy wiele, ale mi w tej chwili nie tłumaczyło nic. Mój stan przypominał nieco stan szoku. Rejestrowałam bodźce zewnętrzne, lecz nic z tego nie rozumiałam. -A zatem, Renata- ciągnął niestrudzenie- na dobrą sprawę jesteśmy rówieśnikami. Być może mam nieco większe doświadczenie życiowe, ale nic poza tym. No ja myślę, że ma większe doświadczenie! Ale wiek? Jedna sprawa, że wyglądał na znacznie więcej. Druga to, że dość wcześnie zaczął samodzielne, dorosłe życie. Ale ani jedno, ani drugie nie było niemożliwe. Rzadko spotykane, ale nie niemożliwe… Nadal się uśmiecha, ale widzę wyraźnie, że gdy to mówił, jego oczy pozostały smutne. Jak można zrobić, że usta się śmieją, a oczy pozostają szaro, beznadziejnie smutne? Nie wiem. Ale jemu to wychodziło bez zarzutu. -No więc?- Zachęca mnie. To jest szansa. Druga taka pewnie już mi się nie trafi. To było wszystko, a nawet więcej niż mogłam marzyć. Tak długo chciałam takiej rozmowy, pragnęłam doprowadzić do tej chwili naszą znajomość, a kiedy już to nastąpiło, to nagle w głowie wielka pustka. Tylko gdzieś głęboko tkwiło podejrzenie, że idzie to wszystko zbyt łatwo, zbyt szybko posuwałam się do przodu. Taki cierń, jaki mnie uwierał, nie dawał spokoju, że to wszystko mistyfikacja, albo przynajmniej zupełna nieprawda. Zaczęłam mieć paskudne uczucie, że jestem sterowana. A może tylko tak mi się zdawało? Może ta moja nieznośna maniera dzielenia włosa na czworo, powodowała tę niewiarę w taki fart? Jakkolwiek było należało wykorzystać daną szansę. Porządkuję szybko setki pytań i staram się wyłowić te najważniejsze. Ale i tak zadałam nie to, jakie powinnam była zadać: -Gdzie jest pańska żona?- Sonduję. Pytanie winno było brzmieć: „jakie związku łączą go z moją rodziną”, a nie czy jest wolny, czy zajęty. -Rafał. Mów mi, Rafał.- Brzmi odpowiedź.- Moja żona? Nie mam żony… Nie wiedzieć czemu, ta wieść mnie ucieszyła. Z przyczyn jak najbardziej osobistych. -A dziecko? -Dziecko jest moje. -Ale skąd się wzięło?!- Wybucham wreszcie. Dotąd rozmowa przypominała partię gry w badmintona, takie odbijanie lotki dla rozgrzewki. Delikatnie, i broń boże, nie za mocno. Ja to zmieniłam. Tym okrzykiem zmusiłam go do bardziej stanowczych wyznań. -Jak każde dziecko, urodziła je kobieta- nie wiem, drwi ze mnie, czy mówi poważnie. -Jaka kobieta? -Moja żona. Dobił mnie. Przez cały czas wiedziałam, że coś mi tu nie gra, ale poziom inteligencji tej rozmowy pozostawiał nikłą nadzieję, że bawimy się świetnie oboje. Na luzie. Ale to było ponad moje nerwy. Patrzę i widzę w jego oczach cały chłód Antarktydy. A może to wszystko jest nieprawdą? Może specjalnie wiódł mnie na manowce? Tylko po co? Po to, aby się mnie na dobre pozbyć? Czuję jak się kręci mi w głowie, zwoje mózgowe prostują się, a potem nagle splatają, bez wyraźnego sensu. Szum. I potworny ucisk. Kolejna migrena. Jakikolwiek proces myślowy był w zasadzie niemożliwy. Komorowski patrzy na mnie z szyderą: -Idź się połóż! Wychodzę, lekko się zataczając. -I zostaw mnie wreszcie w spokoju! Znaczenie tych słów dotarło do mnie dopiero za drzwiami.

2.

Zbudziłam się nagle w nocy z uczuciem, że coś się stało. Pewnie mi się śniły jakieś koszmary, bo czoło miałam zupełnie mokre od potu, ale nie pamiętałam z nich nic. Za to za oknami szalała burza. Ciężkie krople biły w szyby niczym kanonada kul karabinowych, a błyskawice raz po raz rozświetlały pokój. Nie było tego widać, ale słyszałam jak sosny w lesie tańczyły szaleńczy, obłąkany taniec wichru. W zasadzie nie boję się burz. Ale teraz, po prostu nakryłam się kołdrą aż po brodę. Taka rozpaczliwa, beznadziejna próba stworzenia iluzji, że ma się ochronę i nic nie grozi. Odruch znany od tysięcy lat, otrzymany w spadku po przodkach kulących się w mroku do siebie, schowanych tylko pod nawisem skalnym lub w zimnej jaskini. Chwilę leżałam bez ruchu nasłuchując, jak deszcz falami siecze w szyby. Wśród nieustannego grzmotu i werbli kropel, szloch Dorotki przebijał się niczym żaglówka w czasie sztormu do brzegu. Przez ścianę słyszałam bardzo dobrze, jak maleńka zawodzi, silnie wystraszona echem grzmotów, które się niosły po okolicy. Gwałtowność nawałnicy zadziwiała nawet mnie, nawykłej do takich ekscesów przyrody, a co dopiero maleństwo, które ledwie pojmowało cały ten zewnętrzny świat! Szybko zerwałam się z łóżka i nie nałożywszy nawet szlafroka, popędziłam do sąsiedniego pokoju. Rafał już pochylał się nad łóżeczkiem i uspokajał cichym, łagodnym głosem swe dziecko. Dorotka jeszcze popłakiwała nie przekonana, ale wkrótce zmęczona, zasnęła. Gdzieś blisko walnął piorun, grzmot był straszliwy, ale dziewczynka tylko wzdrygnęła się i cicho pomruczała. Ja sama aż podskoczyłam na odgłos huku! Korowski zanucił jakąś kołysankę i mała zasnęła na dobre. Stałam jak sparaliżowana tym widokiem. Niczym urzeczona chłonęłam każdy dźwięk i każdy gest Komorowskiego. Takim go jeszcze nie widziałam, nawet nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej sceny. Ani u niego, ani tym bardziej u żadnego innego faceta. Było tyle troski, tyle ciepła w jego postawie, że stałam jak zaczarowana w progu, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, by nie spłoszyć tej ulotnej chwili. Dla mnie to była taka nowość, takie niesamowite przeżycie. Ten twardy facet nuci pod nosem! Ależ mnie wmurowało. Kolejny raz poznawałam go od nowa, a przecież ojcowie także umieją się zajmować dziećmi, tym bardziej samotni ojcowie: taka oczywista rzecz, a mnie wydała się niemal cudem. Byłam gotowała idealizować wszystko, co dotyczyło jego osoby. Głupia, zakochana dzierlatka…Każdy gest jaki on uczyni, jest dla mnie świętością. Jakże to głupie, a zarazem takie naturalne u mnie. A może nie tylko u mnie? Może tak się dzieje ze wszystkimi zakochanymi kobietami? Dopóki im łuski nie spadną z oczu lub coś nie sprawi, że zaczną patrzeć inaczej, one będą wciąż śnić sen…Ja właśnie śniłam. Choć byłam jak najbardziej na jawie. Spoglądam oto na swój obiekt westchnień, coraz mocniej przekonana, że go kocham. Za każdym razem poznaję go od nowa. Każda kolejna wizja nie pasuje do poprzedniej. Raz uprzejmy, raz arogancki. Raz ciepły, innym razem zimny i odległy. Człowiek o stu twarzach! A jednak właśnie to mnie tak do niego ciągnie. Jeśli nie liczyć tej zwykłej chemii, jakim jest zauroczenie miłosne. Powoli prostuje się i patrzy na mnie bez cienia zdziwienia. Chwyta koc i podaje mi go, a kiedy nie reaguję no to wcale, sam podszedł do mnie i okrył czule. Faktycznie, poczułam jak cała drżę z zimna. Robię kilka kroków i siadam na jego tapczanie. Rośnie we mnie bunt: nigdzie stąd nie wychodzę! Jest mi dobrze, ciepło koca rozlewa się po całym moim ciele, a poza tym chcę wreszcie zyskać coś, by choć odrobinę uspokoić moją ciekawość, bym nie błądziła po omacku. Uznałam, że już czas najwyższy skończyć z tymi bezsensownymi tajemnicami. Miała dość sekretów i niedomówień! To się musi skończyć- najlepiej tu i teraz…Dla mnie, postawienie sprawy: „zostaw mnie w spokoju!”, osiąga efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. To jeszcze bardziej pobudza mnie do wytężania sił w celu rozwikłania wszystkich ukrytych znaczeń. Siada obok mnie, a ja mu ufnie kładę głowę na ramieniu. Chcę jego ciepła. Tej odrobiny życzliwości, która spowoduje, że od nowa uwierzę w siebie. A on, jak nikt inny mi dotąd znany człowiek, jest do tego stworzony. A może tylko tak mi się zdawało? Lub tylko dla mnie miało to jakieś znaczenie? W sumie to nawet nieważne. Liczyła się tylko ta chwila. I ten gest. Siedzimy obok siebie, i rodzi się między nami jakieś uczucie. Z pewnością. Być może dla każdego z nas inne, ale jednak jest to coś więcej niż tylko takie sobie siedzenie. Bo intymności, która nas ogarnęła, nie dało się niczym przepłoszyć. Myślę, że jeśli to jest miłość- to właśnie tak chcę, by zostało. A co on o tym sądzi? Szczerze mówiąc, akurat w tym momencie było mi to całkiem obojętne. Chciałam jak najdłużej chłonąć i smakować ten czas, by starczyło mi jak najwięcej wspomnień i wrażeń, po to by karmić moje przyszłe marzenia i tęsknoty. Zwłaszcza tęsknoty… Słyszę bicie jego serca; spokojne, miarowe. Dające uczucie wsparcia, spełniające obietnice trwania. Mogłabym tak przesiedzieć całą noc. I pewnie nie tylko noc. Zaczynałam pragnąć, by móc tak siedzieć codziennie, zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję lub zgoła wtedy, gdy tylko mi przyjdzie na takie coś chętka. Już teraz wiedziałam za czym będę tęsknić i uwierzcie mi- nie było w tej świadomości niczego pocieszającego. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy to się skończy, a przecież skończyć się musiało niechybnie, to w duszy czuć będę niczym nie dającą się wypełnić pustkę. Chyba, że będzie to znów Komorowski przy moim boku… Jakoś zawsze uważałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko w książkach. Nigdy nie brałam pod uwagę faktu, że mogłoby mnie coś takiego spotkać, a tu proszę: zachowuję się jak nieprzytomnie zakochana gęś. Zakochana? Czy aby na pewno? A może tylko zauroczona? Skąd mogę wiedzieć, co to miłość, skoro nigdy do nikogo nie czułam tego co teraz? Nie odczuwałam tego na sposób aż tak bardzo indywidualny, sposób tak obrzydliwie osobisty? Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam dotychczas. Co prawda, intuicyjnie wyczuwałam, że coś się ze mną dzieje, coś co jest tak bardzo podobne do opisów miłosnych, jakie znałam z powieści, ale to było dla mnie takie nowe i nieznane, że czułam się zszokowana. I przerażona. A jednocześnie tak lekko szczęśliwa. Niewiarygodne. Jak można być szczęśliwym i bać się w jednakowym stopniu? Burza nadal trwała. Pokój co chwila rozświetlały błyskawice, a grzmot nie cichł ani na chwilę. Przestałam drżeć, ale mimo to nie odsunęłam się od niego ani na milimetr. Nie chciałam za nic utracić tej namiastki szczęścia, jaką mi jest dana tak znienacka. On zresztą też nie czynił nic, co by można interpretować jako niechęć do mnie. Inna rzecz, że siedział zapatrzony w pustkę i milczał. Nie wiem nawet, czy jeszcze pamiętał, że siedzę tu obok niego. Sprawiał wrażenie, jakby dla niego czas także przestał istnieć, jakby się zapadł w swój własny świat, pełen wspomnień, łez, radości, żalu straconych dni- wszystkiego, co jest zwykle naszym całym sensem. Na co składa się nasze życie. Ponownie rodzi mi się w głowie jakaś idea. Znam ją; jest zupełnie, całkowicie określona w mojej świadomości i chce przejąć inicjatywę, lecz hamuje mnie wspomnienie dzisiejszego wieczoru. Walczę ze sobą zajadle, dwa moje odmienne stany świadomości konkurują o prymat w umyśle: ciekawość i wrodzony romantyzm. Wiem, że jeśli odetchnę choćby głośniej, to chwila ta błoga, która może trwać wiecznie pryśnie, a jest mi przecież tak dobrze i za nic na świecie nie chciałabym, by to się skończyło. A jednak przekora wypycha poza nawias rozmarzenie i coraz silniej stara się dojść do głosu. Czuję, że walka ta za chwilę się skończy. Musi tak być. Te wszystkie niewiadome powinny znaleźć swoje rozwiązanie. Jakikolwiek wynik. Niekoniecznie oczekiwany przez mnie. Ale przyjmę każdy cios. Już teraz wiem, że tak musi być. Nawet jeśli ta chwila jest tylko ulotnym szczęściem, to i tak wiem, że nie oddałabym tego za żadne skarby świata. Może lepiej wrócić do tajemnic, sekretów, niedomówień niż brnąć w samoudręczenie? Być może na końcu tej zagadki odnajdę i swoje szczęście? Taka ekstra premię od losu? Spoglądam ponownie na niego: -„Być może w ohydnych ciemnicach jakiejś nieludzkiej inkwizycji, czyjś umysł oszalał; nie przez tortury czy słabość ducha, ale pod wpływem o wiele…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%