Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 1 godz. 38 min czytania

Gemn Incarnate cz I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

GEMN INCARNATE

KIKI SMITH

Tatianie, z okazji osiemnastych urodzin

I

- No więc – odezwała się Ashley po dłuższej chwili nerwowego milczenia – Miasto jest duże, my mamy dużo czasu, nie mówiąc już o jeszcze większej liczbie pomysłów. Może byście poszli na kompromis? Apricot i Gabriel jednocześnie parsknęli śmiechem, spoglądając po sobie z odrazą. Dziewczyna potrząsnęła swoją ekstrawagancką fryzurą i zmarszczyła groźnie brwi. - Siostrzyczko kochana – zaczęła, mierząc Ashley spojrzeniem pełnym wyższości. – Jeśli naprawdę chcesz, żebyśmy poszli na kompromis, to może ty zrezygnujesz ze swoich pomysłów? - Ja? – kobieta żachnęła się, dłonie osadzając na biodrach. – Przecież to nie ja nie mogę się pogodzić! - Ale to przez ciebie się kłócimy – zauważył kąśliwie Gabriel, unosząc do góry jedną ciemną brew. Ashley prychnęła. - To może się rozdzielimy? – zaproponowała, wzruszając ramionami. – W końcu ja i tak muszę spędzić co najmniej dwie godziny u tego stylisty, a wy w tym czasie moglibyście sobie pofolgować po Randerwound na własną rękę. - Nie ma absolutnie mowy – Gabriel utkwił płaskie spojrzenie w oczach swojej starszej siostry. – Na pewno nie teraz, po tym wszystkim, co się dzieje. Poza tym, nie można tej smarkuli posłać nigdzie samopas, bo sprzeda duszę diabłu, żeby kupić jakąś błyskotkę. - Wcale nie! – Apricot natychmiast zaprotestowała – I przestań nazywać mnie smarkulą, głąbie! Gabriel zrobił minę męczennika, krzyżując ręce na piersiach. Najstarsza z nich spojrzała na pozostałą dwójkę z pobłażaniem. - No dobra, tu chyba masz rację… W takim razie myślę, że najlepszym rozwiązaniem będzie najpierw iść do tej księgarni… – tu Ashley zatrzymała się, by uspokoić Apricot, która już zrywała się, by wtrącić swoje dwa grosze tam, gdzie nie trzeba. – Pójdziemy najpierw do księgarni, Gabryś sobie kupi to, co mu potrzeba, i pójdziemy dalej na bazary… No, a potem to zostaje nam już tylko mój stylista zaraz przed premierą. - A czemu tylko ty idziesz do stylisty? Wbiłabyś sobie do tego swojego zakutego łba, że masz dorastającą kobietę za siostrę i ona też potrzebuje zmieniać fryzurę co jakiś czas! – Apricot już prawie sapała ze złości, a jej kawowa skóra pociemniała z powodu całej tej krwi napływającej jej do twarzy. Gabriel, słysząc jej zawodzenie, potrząsnął głową z niedowierzaniem i zakrył oczy dłonią. - Dorastająca kobieta, – Ashley syknęła, mrużąc oczy – jak to ujmujesz, nie używa takiego prostackiego języka. A teraz ruszajcie kupry, bo jeśli mamy to wszystko zrobić jeszcze dzisiaj, to musimy się sprężać. Apricot, mamrocząc pod nosem przekleństwa, których nie powstydziłby się pełnokrwisty marynarz, wbiła dłonie w kieszenie i podążyła za odchodzącą siostrą, posyłając oczami błyskawice na każdego, kto odważył się spojrzeć w jej stronę. Gabriel, niewiele myśląc, ruszył za nimi, szybko doganiając najstarszą z rodzeństwa i angażując się w kolejną, małą ważną rozmowę na temat dzisiejszej premiery. Randerwound, stolica Seeladonu, aż pęczniało od ilości drobnej szlachty, mieszczaństwa i służących napływających do miasta w każdych godzinach dnia i nocy. Plakaty reklamujące dramatopisarski debiut Ashley zostały rozesłane na wszystkie cztery strony Gemn, a na Fiołkowe Wzgórze zjeżdżali się wszyscy amatorzy taniej rozrywki i widowiska. Budynek stojący obok teatru, w którym miała być wystawiona sztuka, cały tętnił życiem. Na kamiennej scenie zapewne jeszcze i w tym momencie odbywały się próby, a młode siostry Marshmally, które grały główne role, oddawały się zabiegom upiększającym i charakteryzującym. Do samej premiery nie zostało już bowiem wiele czasu, a przed wejściem do teatru zaczął się pewnie zbierać niezły tłumek. Rodzeństwo z Vihary, będąc w posiadaniu całkowicie darmowych wejściówek, postanowiło wybrać się na zwiedzanie miasta. Już na samym początku zaczęły się kłótnie – Gabriel upierał się, że nie wyjedzie z Randerwound dopóki chociaż nie zerknie na jego sławną księgarnię, pełną starych i drogocennych woluminów, a Apricot przyrzekała, że jest skłonna zabić, jeśli nie będzie miała szansy poszperać we wszelakich cudach porozkładanych na straganach targu znajdującego się na tyłach miasta. Ashley, jako najstarsza i najbardziej z nich obyta w świecie, nie miała żadnej specjalnej potrzeby, poza oczywiście nową fryzurą. Bywała już w Randerwound i innych sławnych seeladońskich miastach nie jeden raz i nic nie było jej w stanie zaskoczyć. Podekscytowanie brata i siostry rozbawiało ją, dlatego też przez cały czas, który spędzili idąc po wypełnionej ludźmi ulicy, nie mogła zmazać z ust jasnego uśmiechu. Miasto samo w sobie było ogromne. Szerokie, łatwo przejezdne ulice utrzymywane w czystości przez specjalnie do tego utworzoną brygadę sprzątaczy więźniów - nowicjuszy i recydywistów - prowadziły do usytuowanego w samym środku miasta królewskich rozmiarów Forum. Plac ten, będący najważniejszym punktem w całej stolicy, nie mówiąc już o reszcie republiki, był przede wszystkim miejscem kultu i swego rodzaju świątynią. Głównym punktem Forum był ustawiony w samym jego centrum posąg boga Wiatru, zwanego Susanoo. Posąg, przedstawiający nietuzinkowej urody młodzieńca z rozwianym włosem i trzymanym w dłoni Świętym Wiatrem, otoczony był szeregiem magicznych fontann, które zamiast krystalicznie czystej wody, wylewały z siebie zabarwione na srebrno powietrze, a jego strumienie okrążały rzeźbę tworząc wokół niej księżycową mgłę i dodając jej należytego blasku. Gabriel nie po raz pierwszy w swoim dwudziestoletnim życiu widział tego rodzaju posąg, ale nigdy jeszcze nie było mu dane oglądać cuda z seeladońskiej ręki. Zawsze zastanawiał się, jak wyglądał Wiatr, którym posługiwali się seeladońscy wojownicy, a teraz, widząc go przed sobą, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Owszem, bertraamski Ogień był jak najbardziej imponujący, ale ani trochę nie umywał się do tego szalonego pędu powietrza, który rozgrywał przed jego oczami spektakl tak nieposkromiony i nieprawdopodobny, że Viharyjczyk zaczął mieć niejakie trudności z oderwaniem od niego wzroku. Apricot, dziewczyna, której oczekiwania niełatwo było zaspokoić, teraz stała w kompletnej ciszy, z półotwartymi ustami, a jej zapatrzone w Święty Wiatr oczy były szerokie i pełne najszczerszego zachwytu. Była to jej pierwsza okazja ujrzenia żywiołu innego niż ten, którym sama władała. Dziewczyna poruszyła nerwowo palcami, śledząc opuszkami linie na skórze swojej dłoni. Była to ta sama dłoń, która co dzień dotykała szorstkiej powierzchni ziemi i wzywała ją do siebie. Ta sama dłoń, która trzymała między palcami małe grudki skał i czuła, jak z nią rozmawiają… Lecz każdy mógł wziąć do ręki skałę i powiedzieć to samo. Nie było jednak wielu, którzy w pełni opanowaliby jeden z trzech niematerialnych żywiołów, a Wiatr z pewnością należał do tej właśnie grupy. Wokół posągu klęczeli seeladońscy, szaroskórzy kapłani poubierani w szare szaty z kapturami. Ich włosy, białe jak mleko, powiewały lekko od zbierającego się między palcami żywiołu, a złote oczy wpatrzone były w twarz Susanoo, jak majestatycznie wznosił podbródek w stronę nieba. Mruczeli do siebie w uniesieniu jakieś zupełnie nie zrozumiałe słowa, zapewne modlitwy, bawiąc się przy tym Wiatrem w ich dłoniach. Kiedy jakiś Seeladończyk przechodził przez Forum, naśladując kapłanów klękał przed posągiem i po odczekaniu kilku sekund oddalał się z pokorą wyraźnie wypisaną na twarzy. Gabriel i Apricot patrzyli na to zafascynowani. Uśmiech Ashley poszerzył się, kiedy zobaczyła ich miny. Nie protestowała, kiedy ani jedno, ani drugie nie zrobiło żadnego ruchu w stronę ulicy, na której znajdowała się księgarnia. Nie ponaglała ich nawet wtedy, kiedy ich stan szoku przedłużył się. Dopiero po dobrych dwóch minutach zaczęła się niecierpliwić. - Hej, piękni, może byście się tak ruszyli? Naprawdę nie mamy aż tak dużo tego czasu do mitrężenia – zawołała, śmiejąc się na widok spojrzeń, które posłali w jej stronę. Biorąc jedno i drugie pod ramię, żwawo ruszyła w prawo, z niemałym wysiłkiem odciągając ich od posągu Susanoo. Z ociąganiem, ruszyli w dalszą drogą, o mały włos nie potykając się o rozmaitość ludzką przemierzającą ulice Randeround. Gdziekolwiek się nie obejrzeli, wszędzie byli ludzie z wszelkich ras, krajów i plemion, od Seeladończyków począwszy, a na okazyjnym Shoalinie skończywszy. Mieszkańcy Shoalu jednakże nieczęsto wystawiali wyposażone w skrzelaste szyje głowy poza granice swojego kraju, więc liczba ich przedstawicieli była stosunkowo niska w porównaniu z mieszkańcami graniczącego z Seeladon Bertraamu. Szczęka Apricot kilka razy prawie wypadła z zawiasów, kiedy kątem oka dostrzegła uosobienie piękna w postaci nieziemsko przystojnego elfa z Puszczy Paeońskiej rozmawiającego spokojnie z pooranym bruzdami starcem z emblematem Bractwa z Gór Skalistych na skórzanej kurcie, czy też jakiegoś bardziej urodziwego młodzieńca o skórze szarej jak prochy. Tu i ówdzie przemykała prawie niezauważalnie jakaś Seeladonka, skrywając twarz pod chustkami i woalkami. Nierzadkim widokiem był także obraz pracujących w pocie czoła służących. Nie brakowało w Randerwound, szczególnie kilka godzin przed premierą, również dużej ilości ich współplemieńców, ciemnoskórych i ciemnowłosych przedstawicieli górzystej Vihary, która znajdowała się na południowy-wschód od Seeladonu. W skrócie, miasto tętniło życiem, jakiego żadne z młodszych dwóch trzecich rodzeństwa nigdy nie widziało w swojej egzystencji. - Jednym słowem, brak mi słów – odezwała się Apricot, rozglądając się chciwie dookoła i wsysając wszystkie te widoki głodnymi oczami. - To trzy słowa, nie jedno – Gabriel zauważył kąśliwie. – Ale mimo to muszę się zgodzić. Vihara nijak się ma do tej potęgi. - Toteż tu właśnie mam premierę – oznajmiła Ashley wesoło i z błyszczącymi czekoladowymi oczami. Apricot spojrzała na nią, jak na obrazek, zapominając na chwilę o cudach, których przed chwilą doświadczyły jej własne oczy. - A ja nadal zastanawiam się, w jaki sposób udało ci się załatwić spektakl w La Faérie! Przecież to chyba największy teatr na całej Gemn. Dramatopisarka tylko uśmiechnęła się zagadkowo i poprowadziła ich wprost do imponujących rozmiarów budynku o śnieżnobiałych ścianach, opatrzonego olbrzymim runicznym napisem w języku bertraamskim. Gabriel, dobrze obeznany z oficjalnym na wyspie językiem literatury, pozwolił sobie na mały uśmiech i wszedł do osławionej na całej Gemn księgarni, błyskawicznie rozumiejąc, za co była aż tak chwalona. Pomieszczenie było przestrzenne, chociaż utrzymane w mroku. Podłoga, wyłożona spłowiałymi, drewnianymi panelami, pokryta była kwadratowym dywanem koloru ciemnej burgundy, a meble, to znaczy szeroka lada z sekretarzykiem i niezliczone, wypełnione foliałami regały, były ciosane z wiśniowego drewna. Standardowej jak na to miasto wielkości okna od sufitu aż po podłogę były częściowo zasłonięte ciężkimi kotarami, co tworzyło w księgarni mroczną i tajemniczą atmosferę. Gabriel chłonął ten widok wygłodniałymi oczami. - Co jest z bibliofilami i ponurymi miejscami? – wymruczała Apricot, bezwiednie zniżając głos do szeptu i wodząc po komnacie podejrzliwym spojrzeniem. Ashley z trudem powstrzymała chichot, w zamian za to przyglądając się złowrogim, zmrużonym oczom Gabriela, kiedy ten rzucił najmłodszej z nich zirytowane zerknięcie. Księgarnia wyglądała na opuszczoną, ale żaden sprzedawca nie był na tyle nawiedzony, żeby zostawiać swój sklep otwartym. Gabriel, wciąż spijając słodki widok masy książek, który go otaczał, ani myślał przejmować się tak drobnymi szczegółami jak nieobecność właściciela. Niewiele myśląc ruszył do przodu, atakując pierwszy z brzegu regał i zostawiając obie siostry pośrodku dywanu. Jak się spodziewał, wszystkie tytuły były po betraamsku, malownicze runy cudownie wygrawerowane w skórze złotym, srebrnym lub brązowym pismem. Wodząc końcami palców po grzbietach, Viharyjczyk przesunął się nieznacznie w prawo, wdychając fantastyczny zapach starych, zakurzonych kartek. Nie minęły dwie minuty, a zniknął pomiędzy lasem półek, widząc przed sobą jedynie tysiące różnych, fascynujących pozycji. Nie minęło następne pół minuty, aż utonął w morzu tytułów i zachłysnął się patetyzmem tego boskiego miejsca. Z transu wyrwał go czyjś głos. - Przepraszam bardzo, ale tutaj nie wolno wchodzić bez pozwolenia. Obrócił się gwałtownie i stanął twarzą w twarz z dziewczyną, patrzącą na niego kpiąco znad drucianych oprawek. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, nabrał powietrza, zająknął się i znów je zamknął, nie znajdując właściwych słów. - Radziłabym ci wynieść się z stąd jak najszybciej, nim będę zmuszona zawołać pomoc – dziewczyna zauważyła złośliwie i unosząc do góry obie brwi, pokazała gestem w stronę, z której przyszedł – O, tam jest wyjście. Po czym, nie oglądając się, przeszła obok niego, przyciskając ramionami do piersi kilka pokaźnych ksiąg. Gabriel ruszył za nią, do szczętu już skonsternowany. W ciszy dotarli do lady, przy której stały pogrążone w rozmowie Ashley i Apricot. - O, patrz, piękny wrócił – zaśmiała się młodsza z nich – Znalazłeś coś…? Urwała, kiedy jej wzrok padł na dziewczynę, która bezceremonialnie, patrząc na całą trójkę spode łba, postawiła książki na ladzie i oparła się o nią całym ciałem, pochylając się do przodu. - W czym mogę służyć? – zapytała chłodno, mierząc ich kolejnym pochmurnym spojrzeniem. - Ależ miła obsługa – bąknęła Apricot, krzyżując ręce na piersi. - Obsługa jest miła – powiedziała ostro dziewczyna, – kiedy klienci stosują się do regulaminu sklepu. Najmłodsza z towarzystwa już miała się odezwać, ale ucichła zanim zdołała, dopiero teraz dostrzegając wiszący na ścianie po drugiej stronie lady spory napis zabraniający wchodzenia między regały bez któregoś z pracowników księgarni. Apricot chrząknęła i opuściła wzrok. Usiana okazyjnymi piegami blada twarz dziewczyny spochmurniała jeszcze bardziej. Widać było, że pochodzi albo z Shibai, albo z Gór Skalistych, ale Gabriel wolał nie zgadywać pochopnie. Długie do pasa puszyste, brązowe włosy miała częściowo spięte do góry i była ubrana w czarną, prostą sukienkę z długimi rękawami ze srebrnymi obszyciami na mankietach. - Chciałbym zakupić książkę o hipotezach na temat czasów przedstarożytnych – odezwał się nagle, zdumiewając ją swoim płaskim tonem. Nie poszedł za przykładem Apricot i nie spuścił oczu. To również ją zdziwiło, ale już w chwilę później przytaknęła sztywno i wyszła zza lady, prowadząc go przez labirynt regałów i zatrzymując się przed jednym z nich. - Polecam „Korzenie naszych Korzeni” Valance Maracce i „Stąd aż do Przeszłości” Wolfganga Reive’a. To jedne z najnowszych prac na ten temat – dziewczyna wyrecytowała beznamiętnie, patrząc na niego spod byka. Niewzruszony, podszedł do półki, przy której stała, i zaczął w niej szperać, zupełnie nie przejmując się stojącą obok siebie sprzedawczynią. Wydawała mu się być zbyt młodą, jak na tą pozycję – nie wyglądała na więcej, niż osiemnaście lat, – więc spodziewał się, że była czymś w rodzaju pomocnika. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Seeladon, chociażby nie wiadomo jak wspaniały, słynął ze swojego już legendarnego braku równouprawnienia kobiet. Przedstawicielki płci pięknej nie pracowały we właściwym znaczeniu tego słowa – zazwyczaj zostawały w domu, zajmując się gospodarstwem, dziećmi, w drastycznych przypadkach pomagając mężom lub ojcom przy pracy w gospodzie. Powodem tego, że ta oto niewiasta jednak zajmowała się czymś bardziej produktywnym niż szukanie bogatego męża, mógł być oczywisty fakt, że dziewczyna Seeladonką na pewno nie była. Mimo to, wiadomym na całej Gemn było, że do Seeladon nie migrowały kobiety pracujące, bo nikłe były ich szanse na znalezienie posady. Gabriel zignorował polecone przez nią książki i zaczął wodzić wzrokiem po tytułach w poszukiwaniu tej, za którą biegał już od dobrego roku. Żaden z viharyjskich sklepów nie był tak dobrze zaopatrzony jak ten, więc wcale nie zdziwił się, kiedy jego oczom ukazał się egzemplarz tej właśnie pozycji. Ostrożnie, prawie z czcią, wziął obutą w skórę księgę do ręki i wyciągnął ją spomiędzy dwóch innych, podobnych. - Ach, „Niemagiczna kraina ojczyzną naszych przodków” Klara von Klafta. Wspaniały wybór – dziewczyna oznajmiła sucho, nie zmieniając wyrazu twarzy. – To będzie dwadzieścia pięć tysięcy seeladońskich koron. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze? Taka wysoka cena nieco zbiła go z tropu, ale udało mu się to ukryć pod maską obojętności. Nie dziękuję, to wszystko. Dziewczyna pokiwała głową w ciszy i znów, bez słowa wytłumaczenia, ruszyła w kierunku lady. Kiedy stanęła już za tym potężnym, drewnianym meblem, wyciągnęła rękę po księgę. - Zapakować? - Poproszę. Zręcznym ruchem wyciągnęła z szuflady sekretarzyka kawał brązowego papieru i w zaledwie kilkanaście sekund zapakowała w niego wolumin. Potem, nie ociągając się, wydobyła z innej szuflady niewielkich rozmiarów, oprawiony w czarną skórę notesik i zapisała coś w nim, używając zaostrzonego gęsiego pióra. Gabriel wręczył jej wymaganą sumę z nieco ciężkim sercem, a ona schowała ją w zamykanej na klucz szafeczce. Podając mu paczkę, uśmiechnęła się po raz pierwszy, od kiedy ją zobaczył, chociaż uśmiech ów wyglądał na bardzo wymuszony i fałszywy. Życzę miłego dnia i zapraszam ponownie. Wyszli stamtąd bardzo szybko. - Ciekawe, co ją ugryzło… - zastanawiała się Apricot, marszcząc brwi. Gabriel potrząsnął głową nieznacznie. - Nie mam pojęcia, ale też niespecjalnie mnie to interesuje. - Co racja, to racja – przytaknęła nastolatka – Jak chce sobie dziewczyna humor psuć, to ja jej nie wzbraniam. No to jak, idziemy na te bazary? Gabriel wzruszył ramionami, a Ashley zaśmiała się i pokręciła głową niedowierzająco. - Ty tylko o tym jednym potrafisz myśleć? - No pewnie – Apricot obruszyła się. – Mając ciebie za siostrę mam naprawdę nikłe szanse na zdobycie męża, więc muszę się ratować wszystkim, co przyciąga uwagę. - A ta znowu o mężach – Gabriel westchnął przeciągle, a dziewczyna uderzyła go łokciem między żebra. - Uważaj, co mówisz, bo jeszcze się to może obrócić przeciwko tobie. Mężczyzna spojrzał na nią z góry. - Żartujesz chyba? Co mi zrobisz? Rzucisz mi piaskiem w oczy? - A chcesz dostać górą przez łeb?! Gabriel umilkł.

II

Ioanne dosłownie padała z nóg. - Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego musieliśmy się zatrzymać w samym sercu Siwej Puszczy? - Żeby władze przeczesujące jej brzegi się na nas nie natknęły i nas nie aresztowały – odparł Joslyn po raz wtóry. Co jakiś czas spoglądał na swoją towarzyszkę, szczypiąc koniec nosa ze zmartwienia. Przez całą drogę długowłosa Seeladonka słaniała się na nogach, kręciło jej się w głowie, a jej ataki kaszlu wzmagały się. - Poza tym – dodał, widząc, że to nie wystarcza, żeby ją przekonać – mgła w środku jest mniejsza, niż na granicy lasu. - Wiesz, że nie zauważyłam? – mruknęła, a Joslyn wzdrygnął się. Ioan będąca w sarkastycznym nastroju nigdy nie wróżyła nic dobrego. Bertraamczyk umilkł i skoncentrował się na powolnym marszu prosto na południe. Przymykał oczy na trudności Ioanne i zamykał uszy na jej przekleństwa wiedząc, że gdyby spróbował jej pomóc, to pewnie zostałby potraktowany czymś bardzo nieprzyjemnym i musiałby kurować rany przez następne kilka tygodni. Szedł w ciszy, od czasu do czasu kopiąc jakiś kamyk lub uśmiechając się do biegnącego obok jego nóg Okashiego. Cała wędrówka była dość monotonna, przerywana jedynie coraz częstszymi napadami kaszlu i duszności u Ioan. Raz, około południa, zatrzymali się na krótki posiłek, ale poza tym nie robili nic innego, jak tylko szli, czasem rozmawiając, czasem milcząc. Z upływem kilometrów Ioanne traciła jakąkolwiek chęć do rozmowy, a mgła dookoła nich gęstniała. W takich chwilach, jak te, Joslyn naprawdę cieszył się, że urodził się Bertraamczykiem. Puszcza była olbrzymia. Strzeliste drzewa z grubymi sieciami konarów prawie doszczętnie zasłaniały jakiekolwiek promienie słońca, które mogłyby się przedostać do środka, a dookoła dominował mglisty i wilgotny krajobraz, nieważne, czy na zewnątrz były upały czy zawieje. Z braku światła i warunków do życia, ściółka w puszczy była szczątkowa, w większości przypadków pokryta suchą glebą, od czasu do czasu srebrząca się mizernymi kępkami mchu, który porastał co wilgotniejsze miejsca. Mieszkańcy Seeladon zazwyczaj stronili od tych stron, z powodu mlecznej mgły, która unosiła się w powietrzu. Niewielu z nich było w stanie przeżyć takie zagęszczenie powietrza, jakie panowało w Siwej Puszczy, a żaden z pewnością nie był podczas takiej wizyty w pełni swoich witalnych sił. Naród władców Wiatru odznaczał się bowiem tą irytującą słabością, że wymierał bezpowrotnie pozbawiony kontaktu z krystalicznie czystym powietrzem, a wszelakie przemysłowe wyziewy czy magiczne mgły były dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Z tegoż właśnie powodu mało było w Bertraamie seeladońskich turystów. Ich celem był teatr La Faérie, wsławiony na całej Gemn seeladoński ośrodek kulturalny, usytuowany dwa kroki od stolicy całego kraju, na wzgórzu zwanym Fiołkowym. Ioan nie zdradziła ani słowa na temat samego teatru, ale Joslyn znał ją już od tak dawna, że z łatwością był w stanie dowiedzieć się, iż musiało to być naprawdę spektakularne miejsce. Inaczej przecież Ioan nie byłaby aż tak podekscytowana prospektem odwiedzenia go. Wiadomym było mu również, że zadanie, jakie miała wykonać w murach teatru, stanowczo nie wywoływało u niej miłego dreszczyku emocji. Kątem oka dojrzał w jej kołczanie samotną strzałę z czerwoną lotką. Owa feralna strzała kontrastowała z resztą sobie podobnych, których pióra były koloru szaro-czarnego. Westchnął przeciągle, ale nie odezwał się. Wiedział lepiej, niż zaczynać ten temat. Wcale nie podobało mu się to, że Ioan tak ślepo wykonywała rozkazy Starszyzny, ale nie jemu było oceniać. Co prawda, znali się z Ioan już od dwóch lat, a parą byli od półtora, ale nadal nie czuł się w żaden sposób odpowiedzialny za jej wybory. A przecież to jej wyborem było wstąpienie do seeladońskiej armii, chociaż, na dobrą sprawę, jako kobieta, powinna się była trzymać z dala od wojska pod wszelaką postacią. Trudno jednak było jej cokolwiek wyperswadować, jeśli już raz powzięła dany zamiar. A miejsce w ojczystym zastępie stało się niejako jej życiowym celem. Szkoda więc, że w rezultacie nie przydzielono jej do żadnego. W końcu jednak, pomyślał gorzko, nie ma się co dziwić, jest przecież kobietą. Żaden z oficerów nie chciałby mieć w swoim zastępie jakiejś słabej baby. Czasem jeszcze zastanawiał się po nocach, w jaki wyszukany sposób udało jej się w ogóle wstąpić do armii. Niestety, jego wyobraźnia okazywała się być w takich momentach niewystarczająco bujna, a Ioan uparcie trzymała język za zębami ilekroć o tym wspominał. Mógł się tylko domyślać, że musiało to być w jakiś sposób związane z jej wspaniałymi zdolnościami obserwacyjnymi i faktem, że była na tyle przebiegła i wysnuta ze skrupułów, żeby uciec się to szantażu i oczerniania. Innego wyjścia po prostu nie potrafił się doszukać. - Wiesz, nad czym się zastanawiam? – zapytała nagle, ni stąd ni zowąd. - Nad czym? - Co ta kobieta musiała zrobić, żeby zasłużyć na taki los. Odwrócił głowę w jej stronę, zdziwiony. - Przecież mówiłaś, że przenosiła informacje z Bertraamu do bazy pod Górami Skalistymi… To jakaś przykrywka? - Nie sądzę – potrząsnęła głową, a kilka śnieżnobiałych loków spadło jej na twarz. – Ale nie wykluczam. Myślę, że to była tylko część jej winy. Kto za coś takiego każe zgładzeniem? - Znasz Starszyznę – mruknął z przekąsem – oni robią wszystko to, czego nie robią cywilizowani ludzie. - Tak - zaśmiała się krótko i sucho. – Masz rację. Ale wiesz co? Ja myślę, że ona coś tam mieszała. Musi być widocznie bardzo światowa i wpływowa, więc pewnie szeptała nie to, co potrzeba, nie tym osobom, co potrzeba. Joslyn musiał się z nią zgodzić. Jeśli chodziło o strategię wojenną, to Ioan była niezaprzeczalną mistrzynią. Starszyzna nie wiedziała o tym, ale też pewnie i nie chciała wiedzieć. Nikt nie odważyłby się obsadzić kobiety na tak ważnym stanowisku jak strateg wojskowy. Nic więc dziwnego, że Ioanne od czterech lat trwała w tym samym miejscu, w którym zaczęła, wykonując brudną robotę za innych żołnierzy. Ku jego ogromnej uldze, las zaczął się przerzedzać, a mgła przestała już być taka uciążliwa. Uśmiech wypłynął na usta Ioan i Joslyn również się rozpogodził, widząc jej rozpromienioną twarz. Okashi szczeknął im spod nóg i pobiegł do przodu, wesoło merdając rudym ogonem. Mam wrażenie, że tylko on się cieszy z końca tej podróży – zauważyła Ioan, a uśmiech znikł jej z oczu. Biorąc głęboki oddech, zdjęła z pleców łuk i kołczan. – Teraz musimy uważać… Jak znam życie i Randerwound, to pewnie po Wzgórzu o tej porze pałęta się już cała masa narodu. Wszelakiej maści, w tym także sił porządkowych. Lepiej nie rzucać się w oczy, to nas nie zapamiętają i nie połączą z tym, co mamy zamiar zrobić. Podała broń Joslynowi, a ten spojrzał na nią zdziwiony. - Weź – powiedziała zmęczonym głosem – i tak źle, że jestem w spodniach, ale zdecydowanie lepiej będzie, jeśli nie będę miała ze sobą broni. To mówiąc, poprawiła zapięcie płaszcza i przerzuciła swój długi, biały warkocz przez ramię. - Idziesz? Joslyn przytaknął, bez słowa zarzucając na plecy i kołczan, i łuk, robiąc to nieco niezdarnie, jako że nigdy w swoim życiu nie używał tego rodzaju broni. Wyszli z puszczy, przedzierając się przez wszelkiego rodzaju kłujące chaszcze i walcząc o wolne przejście ze złośliwymi krzakami. Słońce miało się już ku zachodowi, a niebo zaczęło szareć. Joslyn zrobił kilka mentalnych kalkulacji i z irytacją zauważył, że spektakl musiał się już rozpocząć. Taki rozwój spraw był im bardzo nie na rękę, bo znacznie trudniej było przemknąć niezauważonym po pustej łące niż w kilkutysięcznym tłumie. Głębokie westchnienie z jego prawej strony powiedziało mu, że Ioan podzielała jego zdanie. Wygląda na to, że wtopimy się w tłum jak diabli – mruknęła pod nosem i nie czekając na żadną odpowiedź, pognała, co sił w nogach, w stronę stojącego na wzgórzu kamiennego amfiteatru. Joslyn pobiegł za nią, nieswojo czując się z dodatkowym obciążeniem na ramionach. W myślach układał różne dziwaczne wymówki, które niejako miałyby wybawić ich od podejrzeń. Niewiele przychodziło mu do głowy, więc szybko dał za wygraną. Będąc w połowie drogi między puszczą a kamienną budowlą wznoszącą się na szczycie, kołczan niefortunnie zaplątał mu się w materiał płaszcza. Nie chcąc się zatrzymywać, zwolnił tylko, bezskutecznie szamotając się z ciężarem na plecach i starając się doprowadzić płaszcz do stanu używalności. Biegnąc z oczami utkwionymi ponad prawym ramieniem, nie zauważył kamienia wystającego z trawy i potknął się. Zwalił się na ziemię jak kłoda, boleśnie kalecząc kolana i rozdzierając materiał spodni. Sapiąc ciężko i klnąc pod nosem, podniósł się na zdartych do krwi rękach i splunął na porozrzucane dookoła ostre kamienie. I nagle doznał szoku. W ciągu zaledwie ułamka sekundy zrozumiał, dlaczego wzgórze zostało ochrzczone mianem Fiołkowego i miał ogromną ochotę roześmiać się w głos. Trawa była jasnofioletowa. Zamiast ciemnozielonego koloru, którego się spodziewał, spotkał się z fiołkową, słodką barwą rozciągającą się jak okiem sięgnąć. Śmiejąc się cicho, potrząsnął głową i wstał, otrzepując kawałki fioletowej trawy z potarganych nogawek. Nie ociągając się, ruszył prosto w górę, zdejmując z pleców kołczan i niosąc go w rękach. Ioan czekała na niego pod białymi murami, z dezaprobatą doskonale wypisaną na twarzy. - Coś ty robił, podziwiał okolicę? Nie ma na to czasu! - Wiem, wiem – przytaknął, przeczesując dłonią długie do podbródka rude włosy. – Ale co ja na to poradzę, że tutaj tak oryginalnie? Łuczniczka spochmurniała jeszcze bardziej, marszcząc brwi na jego kpiący uśmieszek. Nie mówiąc nic więcej, odwróciła się gwałtownie i szybkim krokiem ruszyła wzdłuż murów. Nie minęła nawet minuta, aż Joslyn zobaczył parę zamkniętych, dębowych drzwi. - Chcesz tędy wejść…? – zapytał z niedowierzaniem, przyglądając się mosiężnej kłódce, która przy nich wisiała. - Jasne, a co myślałeś? To mówiąc podeszła do drzwi i ujmując kłódkę w jedną dłoń, drugą przyłożyła do jej powierzchni. Joslyn patrzył na nią szeroko otwartymi oczami i w ciszy obserwował, jak niewidzialne powietrze zaczęło wibrować wokół jej palców i przybierać srebrzysty kolor. Wiatr Ioan z łatwością przedostał się do środka kłódki i Bertraamczyk usłyszał głuche kliknięcie. - No tak, zapomniałem. Bezdenny worek talentów Ioanne de Ventus, czyż nie? – mruknął kąśliwie, krzyżując ręce na piersi i układając usta w pełen podziwu uśmiech. Już po chwili drzwi stały otworem, a Ioan znikła za nimi bez żadnego słowa wytłumaczenia. Joslyn westchnął. - Zostań i czekaj – polecił Okashiemu, a ten spojrzał na niego smutno i pisnął, z nadzieją machając ogonem. Nie zwrócił już na niego uwagi, zamykając za sobą wejście i wbiegając po schodach jak najciszej się dało. Klatka schodowa była nieoświetlona, więc Joslyn biegł w miarę ostrożnie, prawą dłonią mocno trzymając się poręczy. Gdzieś nad sobą słyszał lekkie kroki Ioan i dźwięk jej przyspieszonego oddechu. Uśmiechnął się w ciemnościach. - Skąd ty znasz te wszystkie tajemne przejścia? – zapytał wesoło, kiedy znaleźli się oboje na kamiennym tarasie, a pod nimi rozciągał się widok półkolistego amfiteatru z widownią wypełnioną motłochem wielokolorowej masy ludzkiej. - Mam swoje sekrety – odparła, a jej oczy błysnęły szelmowsko i odrzuciła do tyłu warkocz, podnosząc tym samym podbródek do góry. Joslyn roześmiał się, widząc ją znów w pełni sił i bez wahania objął ją w talii. Spojrzała na niego z uniesioną do góry brwią, łącząc dłonie za jego szyją i uśmiechając się na wpół filuternie, na wpół kpiąco. Po chwili jednak, jej twarz przybrała poważny wyraz. - Czasem zastanawiam się, co ty we mnie takiego widzisz – odezwała się gorzko. – We mnie, zimnokrwistej morderczyni, która ślepo wykonuje rozkazy swoich przełożonych dla jakiejś głupiej idei. Przez moment był zaskoczony jej świadomością o własnych błędach i ciemnych stronach swojego postępowania, ale szybko odgonił od siebie te myśli. Dobrze wiedział, że potrzebował całego życia i więcej, żeby poznać ją do samego końca, więc w zasadzie nie powinno go już dziwić nic w jej zachowaniu i czynach. Zamiast martwić się takimi błahostkami, przechylił głowę lekko w prawo i z uśmieszkiem na ustach odpowiedział pewnie. - Każdy ma jakieś swoje wady. Ioan, słysząc go, parsknęła szczerym śmiechem, a on przyłączył się do niej, zmniejszając odległość między nimi tak, że już po chwili Seeladonka śmiała mu się w materiał płaszcza. - Wiesz, że zaraz popełnię kolejną zbrodnię? – zapytała cicho spośród fałdów jego ubrania, na co Joslyn pokiwał głową i położył podbródek na czubku jej głowy, bezceremonialnie upajając się zapachem jej włosów. - I wiesz pewnie, że to nie będzie ostatnia i przyjdą następne i następne i ja każdą z nich wykonam? Joslyn znów przytaknął, na pamięć znając już wypowiadane przez nią słowa, ponieważ słyszał je za każdym razem, kiedy przyszło jej z ukrycia ustrzelić jakąś zdrajczynię lub kobietę-szpiega. Dlatego też wcale nie zdziwiło go jej następne, wypowiedziane słabym głosem pytanie. - I mimo to wszystko ty nadal twierdzisz, że mnie kochasz? - Oczywiście – odpowiedział, jak to robił za każdym razem, mocniej przytulił ją do siebie i wiedząc, że zaczęła się uśmiechać, zaczął rozglądać się dookoła z głodną ciekawością. Z tej wysokości widać było całą okolicę. Patrząc prosto na północ widział dwa inne wzgórza, które rozpoznał jako Górę św. Halmonda po lewej i Kończynowe Wzgórze po prawej. W dole, u podnóży pagórka, na którym stał teatr, rosła spokojnie Siwa Puszcza, wyglądając jeszcze bardziej ponuro stąd, niż gdy stało się w samym jej środku. Wielkie drzewa z gęstymi koronami kołysały się pod wpływem wiejącego z zachodu wiatru, otaczając Fiołkowe Wzgórze prawie ze wszystkich stron. Wytężając wzrok, dostrzegł daleko na wschodzie plażę półwyspu Wahakan i niespokojną wodę Oceanu Bertraamskiego. Gdy spojrzał za siebie, jego oczom ukazało się Randerwound w całej swojej okazałości z obszernymi, kwadratowymi budynkami mieszkalnymi, szerokimi ulicami i wysokimi murami otaczającymi całe miasto. Miał wielką ochotę je odwiedzić, a z drugiej strony dobrze wiedział, że będzie to niewykonalne. Ioan dostała wyraźne rozkazy, aby uciekać z Randerwound i okolic i kierować się do Vihary, jadąc przez Paeonię i Shibai. Miała później zamieszkać w którejś z karczm i tam czekać, aż Starszyzna będzie miała dla niej kolejną robotę. - Dlaczego te dranie ze Starszyzny nie mogą mnie przenieść? I dlaczego mam zabijać same kobiety? Przecież jest tylu wojowników w całej armii… Nie odpowiedział, wdychając zapach jej włosów. I ten moment zazwyczaj przychodził i Joslyn znał go jak własną podszewkę. Czasami tylko zastanawiał się, dlaczego narzekała tak bardzo na coś, czego nie chciała zmieniać. Zdarzały się chwile, kiedy mu to ciążyło, ale czasy zwątpienia mijały tak szybko, jak mija życie komara. - Ale nie, – mruknęła gorzko – przecież oni mają swoje honory. Dumnemu wojownikowi seeladońskiemu nie przystoi zniżać się do zabijania kobiet! A przecież my jesteśmy od nich wszystkich lepsze! Przytaknął, jak to robił zawsze. Czuł, że jego zachowanie kreowało Ioan jakieś poczucie bezpieczeństwa – coś, co było pewne i czego mogła się spodziewać zawsze. Chciał częściej widywać ją uśmiechniętą, więc dwoił się i troił, żeby robić wszystko, co mogło do tego doprowadzić, a z jego obserwacji wynikało, że to właśnie takie bezpieczeństwo i pewny powrót do domu po ciężkim dniu napajał ją największym szczęściem. - I co teraz? – zapytała nagle, a jej głos był stłumiony przez jego kurtkę i płaszcz. - A teraz…Teraz czekamy.

III

Cisza zapadła w całym amfiteatrze, kiedy siostry Marshmally ukłoniły się równocześnie i zeszły ze sceny z szerokimi uśmiechami na twarzach. Dopiero wtedy, kiedy ostatni rąbek szaty jednej z bliźniaczek znikł za kulisami, widownia zaczęła klaskać, a głośny aplauz rozniósł się echem po całym Fiołkowym Wzgórzu. Amfiteatr La Faérie był jednym z tych teatrów, do których uwielbiała zjeżdżać się wszelaka arystokracja. Wystawiano tam sztuki autorów najsławniejszych ze sławnych, na jego deskach grały gwiazdy najwspanialsze ze wspaniałych, a widzowie byli niewątpliwie najbogatsi z bogatych. Nie było dziecka w całym Seeladonie, które nie znałoby chociaż jednej ze sławetnych tragedii Francisa de Burgund, albo nie mniej znanych komedii pióra Calisty Mornington, które przyniosły sławę La Faérie. Państwo chełpiło się również wachlarzem najlepszych aktorów w historii całej Gemn – charyzmatycznym trzecim księciem Bertraamu, Zimonem Flamną, czy piękną Fiffi z Shoalu, której zielono-błękitne filuterne spojrzenie doprowadzało do wrzenia męskie serca. Kamienny, półkolisty amfiteatr znajdował się na południe od największego miasta w całym państwie, a jego monumentalna budowla przykuwała wzrok przyjezdnych, kupców czy najemników. Każde z wystawianych tam przedstawień było sensacją i przyciągało tłumy. Jedyną różnicą między normalnymi spektaklami w La Faérie a dzisiejszą premierą była widownia. I chociaż teatr nadal pękał w szwach, to sami ludzie siedzący na trybunach nie byli ani bogaci, ani wpływowi. Oczywiście, nie było w tym nic dziwnego, jako, że na debiuty nie przychodził nikt inny, jak tylko drobna szlachta czy mieszczaństwo. Do tej właśnie klasy należała również Mizuki. Przyłączyła się do klaskania, ale bynajmniej nie dlatego, że podobała jej się sztuka. W rzeczywistości nie czuła się w żaden sposób poruszona, bardziej raczej znudzona do granic możliwości. Problem tkwił w tym, że były to jej dziewiętnaste urodziny, a bilet do teatru miał być prezentem. Całe plany spaliły jednak na panewce, bo sztuka, może i treściowo niczego sobie, okazała się reżyserskim i aktorskim gniotem. “Turner się uśmieje, jak mu powiem” pomyślała smętnie. “Mogłam przyjąć jego propozycję kolacji w tej nowej restauracji. Z jego wpływami dostalibyśmy najlepszy stolik i najbardziej jadalne potrawy. A teraz co? Kiszę się w teatrze, bo się uparłam, żeby spędzić ten dzień sama. I pewnie mu przykrość sprawiłam.” Pokręciłą głową. “Jestem okrutna i wredna. Przecież on tak bardzo się stara, a ja wciąż jestem niewdzięczna.” Akurat w tym momencie, kiedy aplauz zaczynał powoli umierać, zza kulis wyłoniła się młoda Viharyjka ubrana w piękną, ciemnobrązową suknię, doskonale współgrającą z jej kolorem skóry. Zaraz za nią na scenę wybiegły Zandra i Sandra Marshmally, dziko podskakując i machając do widowni. Oklaski rozległy się na nowo, ze wzmożoną siłą. Mizuki jęknęła ze swojego miejsca i przewróciła oczami. “To ta kobieta, co była dzisiaj w księgarni... Ta od tego mężczyzny, który kupił 'Niemagiczną krainę'.” Viharyjka kłaniała się, słodko się uśmiechając i trzymając bukiet zdechłych polnych kwiatów, rzucony na scenę przez jakiegoś młodzika z pierwszych rzędów. Mizuki, znudzona do reszty, przez zupełny przypadek podniosła oczy do góry. Coś przemknęło tuż nad jej głową z przeraźliwym świstem i pomknęło w stronę sceny. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że już kilka minut później nie była w stanie zrozumieć, jak to się właściwie stało. Strzała trafiła prosto w szyję, a siła jej lotu momentalnie odrąbała głowę. Viharyjka zwaliła się na kamienną podłogę jak worek kartofli, a krew z jej tętnicy siknęła na wysokość co najmniej metra, obficie spryskując stojące obok aktorki. Bliźniaczki odskoczyły z impetem, wrzask uwiązł im w gardłach. W amfiteatrze La Faérie zapadła cisza. Przerwał ją dopiero dziewczęcy, pełen strachu pisk. - ASHLEY! Krzyk, dochodzący niewątpliwie z pierwszego rzędu, tuż przed sceną, poderwał wszystkich do ucieczki. W strachu i panice, całe drobne mieszczaństwo Seeladonu, duża ilość przyjezdnych i niezliczona liczba służących ruszyła w stronę jedynego, wąskiego wyjścia. Mizuki nie zastanawiając się ruszyła w odwrotną stronę. Zatrzymała się dopiero w ostatnim rzędzie, kuląc się pod kamienną balustradą i z przerażeniem patrząc na tumult ludzki, który zaczął kotłować się na dole, zadeptując i zaduszając w swojej panice. Odruchowo spojrzała na scenę, ale szybko odwróciła wzrok, widząc pozbawione głowy ciało dramatopisarki. Zobaczyła nastoletnią Viharyjkę wyrywająca się z objęć jej starszego rodaka. Dziewczyna krzyczała coś, machała rękami, kopała, gryzła, wszystko na próżno. Chłopak trzymający ją był nieuległy, a jego ramiona twarde jak stal. Przypomniał jej się jego opanowany głos z wizyty w księgarni i wzdrygnęła się. Nie chcąc dłużej na to patrzeć odwróciła się i wyjrzała przez balustradę. Zdębiała. W stronę lasu rosnącego u podnóża Fiołkowego Wzgórza podążały dwie postaci, szybko malejąc. Zanim jednak znikły w cieniu drzew, zobaczyła długowłosą Seeladonkę z łukiem przewieszonym przez plecy, psa, a także młodego Bertraamczyka z ogromnym mieczem przyczepionym do pasa. Długo trwała tak, z sercem w gardle, aż po dziwnym trio nie pozostało ani śladu.

IV

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i nóż wypadł z ręki Apricot, kiedy zobaczyła w progu swojego brata. Gabriel, rzucając okiem na łóżko, na którym siedziała i nóż leżący obok jej uda, w dwóch krokach znalazł się przy niej i zabrał jej broń, wtykając sztylet do pochwy przyczepionej do paska. - Masz jeszcze jakieś inne genialne pomysły? – warknął, a kiedy nie odpowiedziała, rzucił na podłogę skórzany plecak, który ze sobą przyniósł. – Pakuj się. Jej oczy rozszerzyły się i kilka wielkich, słonych łez spłynęło jej po policzkach. - Gdzie ty chcesz jechać? Przecież… - Do domu – uciął krótko, wyglądając przez okno ostrożnie. Apricot wstała z łóżka, a głowa pękała z bólu. Podeszła do niego na chwiejnych nogach, podtrzymując swój ciężar na wypolerowanych i błyszczących kredensach. Pokój, który zajmowała, znajdował się w lewym skrzydle budynku La Faérie i należał do tych przeznaczonych dla najsławniejszych i najbogatszych. Misternie rzeźbione szafy z ciemnego drewna, nowiutki, lakierowany parkiet i przykrywający go miękki, ręcznie tkany wełniany dywan, a także jedwabna pościel na łóżku z baldachimem, sprawiały, że czuła się tu co najmniej jak królewna. Oczywiście, drogocenne umeblowanie komnaty tylko dodawało romantyzmu temu, co miała ochotę zrobić i w czym przeszkodził jej Gabriel. - Po co jechać do domu, jeśli…Jeśli Ashley nie może jechać z nami? – zapytała cichym głosem, stając obok brata i patrząc na jasno świecące gwiazdy na ciemnym niebie ponad śpiącym w dole Randerwound. - Po to, żeby ratować skórę. I pakujżesz się wreszcie, bo tracimy czas. Jego ton głosu zbił ją z tropu i Apricot spojrzała na niego ze zdziwieniem. Miał niedostępny wyraz twarzy, brwi zmarszczone, usta zaciśnięte w wąską linię. Dopiero teraz dotarło do niej, że mówił całkowicie poważnie. Dech zaparło jej w piersiach i momentalnie zaczęła panikować. - A co z Ashley? Nie pochowamy jej?! - Nie – zabrzmiała odpowiedź i Apricot wiedziała, że była to decyzja ostateczna. Gniew zawrzał w sercu dziewczyny. Niewiele myśląc zamachnęła się i z całej siły uderzyła go w twarz. - Co ty sobie wyobrażasz, co?! To twoja siostra! Nie możesz jej tak zostawić, po prostu nie możesz! Nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje, zaczęła histerycznie szlochać, bijąc na oślep i wzmagając swoją szamotaninę, kiedy poczuła stalowy uścisk Gabriela na swoich ramionach. Zaczęła rzucać się jeszcze mocniej, kiedy zrozumiała, że była niesiona i prawie wypadła z jego objęć. W końcu poczuła pod sobą miękki materac łóżka, ale nie przestała się wierzgać. Nagle i zupełnie znienacka sama stała się ofiarą uderzenia w twarz. Zawyła z bólu i złapała się obiema rękami za policzek, nie kontrolując już łez płynących jej z oczu. - Wysłuchaj mnie teraz dobrze, bo nie będę się powtarzał – Gabriel syknął, a jego głos brzmiał groźnie zaraz obok jej ucha. – Ashley zasłużyła sobie na swój los. Robiła rzeczy, do których nie powinna się była mieszać, wiedząc o konsekwencjach. Apricot nie miała zielonego pojęcia, o czym on mówił, ale przestała się szamotać i leżała sztywno, słuchając w napięciu. Gabriel kontynuował. - A teraz wszystkie jej uczynki ją dopadły. Musimy się stąd wynosić, żeby nie dopadły nas, z kolei. Rozumiesz? Dziewczyna z trudem potrząsnęła głową. - Jej zabójcy będą myśleć, że jako jej rodzina, wiemy o wszystkim, co robiła – wytłumaczył z niecierpliwością – A wtedy to już nie pożyjemy sobie długo. Dlatego natychmiast wstawaj i pakuj się, konie już czekają. To mówiąc puścił jej drętwiejące przedramię i wyszedł z pokoju bez pożegnania. Apricot przeczołgała się po łóżku i sięgnęła po jedną z haftowanych poduszek i schowała w niej twarz. Oddychała ciężko, zaciskając ręce w pięści i tłumiła odgłosy płaczu w materiale poduszki. Podciągnęła kolana aż pod brodę i objęła je ramionami, kiwając się w przód i w tył przez jakiś czas, usiłując uciszyć tysiące głosów, krzyczących w jej głowie w tym samym czasie. Zanim Gabriel przyszedł do jej komnaty, miała całkowity zamiar podciąć sobie żyły i odejść w zaświaty zaraz za swoją ukochaną siostrą. Popełniła jednak błąd kradnąc sztylet Gabriela. Mogła przecież wziąć do ręki pierwszy lepszy nóż, z kuchni chociażby, ale w zamian za to postanowiła posłużyć się bronią swojego brata, chociaż dobrze wiedziała, że jak tylko zauważy zniknięcie sztyletu, będzie znał jej plany. Teraz musiała znosić konsekwencje swojej bezmyślności i do końca życia żyć w hańbie, jako ktoś, kto nie pochował najbliższej sobie osoby. Uspokajając oddech, podniosła się do pozycji siedzącej, przetarła twarz z łez i chwiejąc się lekko zaczęła wrzucać swoje rzeczy do plecaka bez ładu i składu. Zarzucając na plecy kurtkę zdmuchnięciem zgasiła stojącą na stoliczku obok łóżka świecę i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Korytarz był opuszczony i mroczny, a jej kroki odbijały się echem od wykutych w skale ścian. Szła szybko, nie ociągając się, a zdeterminowany wyraz wypłynął jej na twarz. Szczęściem, nie spotkała po drodze nikogo z obsługi teatru i wydostała się z budynku bez żadnych przeszkód. Kiedy tylko wystawiła nogę za drzwi wejściowe, zimny wiatr spowodował, że poczuła dreszcze spływające jej po linii kręgosłupa. Nie rozglądając się dookoła, zbiegła w dół po schodach, a potem dalej traktem prowadzącym wprost do Randerwound. Gabriel czekał na nią przy stajni, która znajdowała się jakieś trzysta metrów niżej niż teatr, i do której prowadziła osobna ścieżka. Rzeczywiście, jej kasztanka, Kari i kary ogier Gabriela, Natsu, stały obok niego już w pełni osiodłane. Brat rzucił jej przelotne spojrzenie, oddał jej uprząż Kari i nic nie powiedział, gdy dosiadł swojego konia i poczekał, aż ona zrobi to samo. - Którędy jedziemy? – zapytała zanim jeszcze ruszyli. - Przez Paeonię i Shibai. Nie chcę się zbliżać do bertraamskiej granicy, jeśli to możliwe – Gabriel odpowiedział sucho, ściągając wodze. - Dlaczego? - Bo mam podejrzenia, że to właśnie stamtąd pochodził zabójca. Nie mówiąc nic więcej, uderzył Natsu pod żebra. Koń zarżał gardłowo i ruszył do przodu. Apricot pognała za nim, teraz jeszcze bardziej zdeterminowana niż kiedykolwiek.

V

Kurz unosił się w dusznym, upalnym powietrzu i tańczył w promieniach słońca wpadającego do środka przez szczeliny między kotarami. Mizuki, nucąc pod nosem jakąś prześladującą ją balladę, siedziała za ladą, pogrążona we wszelkiego rodzaju kruczkach i papierkach. Marszcząc brwi i wytężając oczy, dziewczyna zapisała ostatnią cyfrę w rządku i odłożyła pióro, przyglądając się skończonej pracy. Patrząc na zasychający inkaust, zdjęła okulary i przetarła je rękawem sukni. Był koniec miesiąca, a pan Bartłomiej Turner, właściciel księgarni, jak wyjechał na początku, tak nie wrócił aż do teraz. Mizuki nie była tym specjalnie przejęta, ponieważ przy jego nieobecności zgarniała całe pięćdziesiąt procent profitu z całego miesiąca, czyli jednym słowem bardzo dużo. Z pominięciem skromności musiała stwierdzić, że znacznie lepiej szła jej sprzedaż książek niż Turnerowi, a co za tym szło, to ona właśnie była głównym motorem tego całego biznesu. Od kilku tygodni układała sobie w głowie plan, by spróbować go podejść i zmusić do włączenia jej do spółki. Oczywiście, zanim wprowadziła go w życie, sam Turner musiał powrócić ze swojego tajemniczego wyjazdu. Mizuki wstała, delikatnie odkładając bilans do zamykanej na klucz szufladki i otrzepała spódnicę. Zasuwając za sobą krzesło, przeszła się tańczącym krokiem między regałami, wyciągając ręce nad głową. Westchnęła głośno wyrażając swoje ogólne zadowolenie. Balansując pomiędzy nie skatalogowanymi jeszcze księgami leżącymi w kilkutomowych słupkach, dotarła do najdalszej części księgarni i bezzwłocznie zajęła miejsce w swoim ulubionym, wytartym fotelu. Raz jeszcze poprawiła okulary i zagłębiła się w lekturze najnowszej, najlepiej się sprzedającej powieści historycznej T.K. Korvina, osadzonej w czasach, kiedy skrzydlaci mieszkańcy Shibai nie byli jeszcze mitami. Jej autor pisał w oparciu o podania i legendy zebrane w tomiku Kornelii Strauss, historyczki, która koncentrowała całe swe poszukiwania na właśnie tym zagadnieniu. Minęło co najmniej pół godziny od zamknięcia sklepu, kiedy Mizuki usłyszała szczęk otwieranego zamka i dzwonienie mosiężnych kluczy. Zerwała się na nogi i pozostawiając „Na Skrzydłach Świata” na fotelu pobiegła co sił w nogach w stronę, z której dochodziły owe dźwięki. Nie myliła się. Wysoki mężczyzna w grubych oprawkach i z elegancko przyciętą brodą stał obok lady, rozpinając guziki marynarki. - Dzień dobry, panie Turner – odezwała się grzecznie i zrobiła ruch, by pomóc mu z jego walizką. Mężczyzna zatrzymał ją skinieniem dłoni. - Dzień dobry, Mizuki. Jak tam nasz interes? Prosperuje bardzo dobrze, proszę pana – odparła, pozwalając sobie na mały uśmiech satysfakcji, kiedy zobaczyła zadowolenie jasno wypisane na jego twarzy. - Świetnie. Turner przechylił się przez ladę i zawiesił swoją szarą marynarkę na oparciu krzesła. Był opalony i zmęczony, jego włosy matowe i brudne. Dziewczyna przyjrzała mu się bliżej, dopiero teraz zauważając to, co przegapiła na pierwszy rzut oka. Bartłomiej Turner był bardzo, bardzo smutny. - Coś się stało w podróży, proszę pana? Turner zawahał się, westchnął, chrząknął, aż w końcu odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. - Powiedzmy, że to można tak ująć... Zanim jednak ci wszystko wytłumaczę, chciałbym, żebyś wiedziała, że jestem bardzo zadowolony z twojej pracy tutaj… Bo nie tylko moje przeszłe stosunki z twoim ojcem sprawiają, że cię zatrudniam... I że, gdyby to zależało ode mnie, cała sprawa skończyłaby się zupełnie inaczej. Patrzyła na niego zza swoich okularów, zupełnie nie wiedząc, o co mu chodzi, ale jakieś dziwne przeczucie mówiło jej, że to nic dobrego. - Zechciałabyś napić się ze mną herbaty? Niestety nie było mi dane skosztować jej smaku prawie przez dwa tygodnie. Przytaknęła, a on wskazał jej drogę do swojego mieszkania, którą znała bardzo dobrze. Kiedy szli, poczuła jego dłoń

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gemn Incarnate cz I — czytnik · opowiadania