Fantastyka · 6 min czytania
Gieroj
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Więc jak, wchodzimy tam, czy będziemy stać i przyglądać się pięknej architekturze? – zapytał Lucjan. - Musisz być tak cyniczny? – odparł Gustaw. - No już dobrze, nie gniewaj się przyjacielu, ale nie mogę się doczekać niespodzianki, jaką sprawimy tej rzeczywistości. - Dobrze Lucjanie! Nie czekajmy dłużej, wchodzimy. - Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – uśmiechnął się błogo demon i zakreślił krąg ręką na wielkim lustrze, w które się wpatrywali. Było to piękne zwierciadło, w srebrnej ramie, zdobionej motywami roślin. Z tym, że nie było to zwykłe, secesyjne lustro, lecz przejście do innych wymiarów. Zaś Lucjan z Gustawem nie przyglądali się swoim odbiciom, tylko miejscu, w którym mieli zamiar się pojawić. Po szklanej powierzchni rozeszły się fale, niczym po tafli wody. Piekielni przyjaciele powoli przeszli przez płynną materię.
Roman, siedząc na drewnianej ławce, pokrytej ohydną zieloną farbą, spojrzał uważnie na stojące przed nim drzewo. Nie był miłośnikiem przyrody, właściwie to przyroda nie obchodziła go wcale. Może z wyjątkiem chwil, kiedy chciał załatwić potrzebę fizjologiczną, a krzaki lub drzewa służyły mu za parawan. Tym razem nie chciało mu się sikać, kilkudziesięcioletni dąb zwrócił czym innym jego uwagę. Kora jakby płynęła, falowała niczym folia w otworach okiennych, tymczasowego mieszkania Romana. Podniósł butelkę „Gieroja”, która podobna wiernemu psu spoczywała u jego stóp i pociągnął duży łyk truskawkowej nalewki. „Co za cholera” – pomyślał i splunął.
Z drzewa wyłoniły się dwie sylwetki. Przetarł oczy. Mężczyźni szli w jego stronę. Ubrani byli w dziewiętnastowieczne kostiumy angielskich posiadaczy ziemskich. „Film kręcą chyba. A aktorzy mają forsę” – Roman uśmiechnął się na tę myśl. Wyższy schylił się przed nim i wciągnął powietrze. - Co robisz Gustawie? Na kilometr widać, że to bydle śmierdzi. - Lucjanie, dostrzegam w nim coś interesującego. Bije od niego potężna aura. - Od tego pijaczyny? - Tylko nie pijaczyny – wycharczał Roman. - Panowie obrażają biednego obywatela państwa polskiego. To skandal! - Milcz chamie! – wrzasnął Gustaw. Lucjan się wyprostował, oczy przyjaciół zapłonęły błękitnym światłem. - Panowie nie gniewajcie się. Poniosło mnie. Może skosztują panowie „Gieroja”? – demony pokręciły głowami. – A szkoda, bo to wyborna nalewka. Jak w głowę jebnie, to człowiek nie wie co się dzieje. Mhm… Przepraszam za wyrażenie. Jak już się pogodziliśmy, to może panowie poratują papierosem, lub dwa złote znajdą w kieszeni? Głodny jestem, a państwo nie pomaga. Całe życie człowiek pracował, a tu co? Nawet zasiłka nie mam. - Żebrzesz! W nas nie ma litości! – przerwał mu Gustaw. - Wypraszam sobie. Mam swoją godność. Łaski bez. Amerykanie, kurwa jego mać. Forsy się dorobili, kradnąc, to człowiekowi nie pomogą. I mnie…