nauka · 42 min czytania
Głębia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Głębia
Obudziły go dzwięki „Arii na strunie G” dobiegające z głośników zainstalowanych w ścianach i suficie. Wiedział, że to sprawka Christiny i jej melomańskiego zacięcia. Spojrzał na monitor przedstawiający widok ze statku w czasie rzeczywistym. Czarny kontur Jowisza właśnie powoli wyłaniał się zza horyzontu Europy i zbliżał do małej tarczy Słońca. Aż trudno było uwierzyć, że ta niepozorna tarczka to ta sama gwiazda, która oślepia w południe mieszkańców Ziemi. Jednak 628 813 759 km od domu wszystko wyglądało trochę inaczej. Adam wstał i przyjął codzienną dawkę suplementów i witamin. Doskonale rozumiał, że nadchodzący dzień będzie ważny. A następny kluczowy. To właśnie wtedy miał zaplanowaną próbę generalną przed lądowaniem na Europie. Jeszcze raz miał przerobić wszystkie sekwencje i ścieżki decyzyjne związane z wyhamowaniem prędkości na orbicie i lądowaniem na biegunie księżyca. Miejsce lądowania nie było wybrane przypadkowo. Na biegunie pokrywa lodu będzie cieńsza i łatwiej będzie dowiercić się do ukrytego pod nim oceanu. A to było głównym celem misji. Trochę nerwowo, rwanymi ruchami mył się dyszą na ultradźwięki. Obserwując jego ruchy przy porannej toalecie można było zauważyć stres. Na pewno nie wynikało to ze strachu. Adam był postawnym, wysokim brunetem z czarującym uśmiechem i wiecznie pewnym siebie wyrazem twarzy. Podobne było jego usposobienie- pewność siebie granicząca z butą i przekonanie o własnej wartości tak wysokie, że z łatwością zrażał do siebie postronnych rozmówców. Ta poranna nerwowość nie była więc związana niepewnością, raczej z ekscytacją. Adam tak chorobliwie pragnął sukcesu i sławy, że nie mógł wręcz doczekać się momentu swojego przejścia do podręczników historii i astronomii. To miała być jego misja. Miał pójść w ślady swojego pradziadka Harrisona Schmitta, który jak na razie był ostatnim Amerykaninem stąpającym po ziemskim Księżycu. Tak jak on był geologiem i tak jak on miał przynieść chlubę krajowi wprowadzając kolejny kamień milowy w dorobek naukowy ludzkości. Tak o sobie myślał- jako o kimś niezmiernie ważnym dla całej ludzkości. Ubrał grantowo szary kombinezon i zszedł ostrożnie do pokoju odpraw na codzienną dawkę informacji z Ziemi, nowych rozkazów i pomiarów z orbity. Musiał uważnie stawiać kroki, gdyż już od kilku dni prędkość obrotu Zeusa spadała, aby jego organizm mógł przystosować się do niskiego ciążenia na Europie. Codziennie budził się trochę lżejszy. Sala była jeszcze pusta, z głośników wciąż „Aria..”. Christiny jeszcze nie było. Usiadł na swoim miejscu, przy prostokątnym stole przedzielonym szybą wyświetlaczy. U góry, zwisający z sufitu sferyczny wyświetlacz pokazywał aktualne dane dotyczące Europy przesyłane przez sztuczną sondę leżącą na powierzchni już od miesiąca oraz obraz tego księżyca w czasie rzeczywistym. Zredukowanie liczby okien i zastąpienie ich wyświetlaczami było podyktowane nie tylko względami bezpieczeństwa. Ludzka psychika średnio radzi sobie z nieskończonością. Codzienny widok nieprzejednanej czerni i poczucie bycia zwieszonym w przestrzeni, która nie ma namacalnych granic, może doprowadzić do poważnych problemów każdego. Nawet do szaleństwa. Zeus miał kilka miejsc obserwacyjnych z których można było oglądać kosmos przez szybę. I co ciekawe były przez Adama i Christinę odwiedzane dużo częściej wtedy, gdy na horyzoncie ciągle można było oglądać jeszcze Ziemię. Jednak w tamtej chwili Ziemia była już tylko jasnym punktem na czarnym niebie. Wyglądem przypominała Jowisza oglądanego z Ziemi. Oceany i atmosfera robią swoje i część odbijanego światła jest duża. Christina w końcu zeszła do Sali odpraw. Wkroczyła wręcz rozpromieniona i niesiona przez kojące nuty „Arii..”. Zgrabnym ruchem ręki wyłączyła głośniki i zaczęła przygotowywać raport.
-Dzisiaj 19.00 masz próbę z komputerem pokładowym na lądowniku Hermes i test batyskafu Posejdon. Przygotuj się dokładnie, powtórz jeszcze raz procedury, bo wszystko pójdzie na żywo na Ziemię, a nie chcemy ich niepokoić jakąś ewentualną wpadką tuż przed lądowaniem- powiedziała spokojnie i rzeczowo Christina. -Spokojnie, umiem wszystko. Dawaj raport z Ziemi i odczyty z Europy- odpowiedział pewny siebie Adam. -Na raport jeszcze czekamy-odparła spokojnie- natomiast odczyty z Europy masz już gotowe- powiedziała podając Adamowi tablet z wyświetlonymi informacjami. Na powierzchni śladowe ilości soli i uwodnionego kwasu siarkowego, atmosfera w stu procentach zbudowana z tlenu, jednak niezwykle rzadka, ciśnienie oscylowało około jednego mikro Pascala. -Pamiętaj, że jeżeli nie przebijesz lodu w ciągu 72 godzin, będziesz musiał niezwłocznie wracać. Właśnie tyle systemy podtrzymujące życie wytrzymają w pasach radiacyjnych Jowisza. Poza tym potem Io zbliży się na tyle, że zaczną rozciągać lód wraz z Jowiszem i batyskaf mógłby ulec uszkodzeniu.- wymieniała kolejne zagrożenia Christina. -Wiem, wiem to wszystko, przez ostatnie dwa lata myślę tylko o tych procedurach i powtarzam wciąż cały zasób naszych informacji o Europie, Jowiszu i całej tej menażerii- wyraźnie zdenerwował się Adam. -Spokojnie!- syknęła przez zęby Paletti- wiesz, że za kilka godzin usłyszą te twoje warknięcia na Ziemi. To była prawda, sala odpraw i kilka innych pomieszczeń na Zeusie były stale monitorowane i nagrywane, a sygnał bez przerwy przesyłany na Ziemię.
Udając się na ostatnie testy przed lądowaniem na Europie, Adam miał głowę zaprzątniętą różnymi myślami. Pierwszy raz od opuszczenia Ziemskiej orbity zaczął jednak myśleć więcej o tym co może spotkać pod europeańskim lodem, niż o tym jakim stanie się bohaterem po powrocie na Ziemię. Co jeśli pod lodem znajdzie organizmy rozwinięte na tyle, że posiadające samoświadomość. Będzie to jego wtargnięcie do świata skrytego pod nieprzenikniętymi okowami lodu od miliardów lat. Jego wejście w ten świat będzie dla tamtejszych stworzeń wydarzeniem nie do pojęcia. Wszystkie ich pokolenia rozmnażały się i rosły w ciemnym, wodnym świecie, bez żadnego poczucia o możliwości istnienia czegokolwiek innego. Adam, kiedy będzie ubrany już w skafander, czeka go również dokładna dezynfekcja, na wypadek katastrofy. W przeciwnym razie, jego szczątki będą niosły zagrożenie zanieczyszczenia obcego ekosystemu ziemskimi bakteriami.
W końcu nadszedł moment ostatecznych testów. Trochę się denerwował. Wiedział, że cały sztab ludzi na Ziemi śledzi z kilkugodzinnym opóźnieniem każdy jego ruch, słowo, grymas twarzy. Sekwencję zejścia z orbity na trajektorię kolizyjną z powierzchnią znał do znudzenia. I tym razem trafił testową konsolą prawie idealnie w biegun północny Europy. Ten księżyc, choć jeden z większych w Układzie Słonecznym miał jedynie szczątkową atmosferę. Właśnie dlatego ziemski sztab, Christina i wszyscy zaangażowani w misje z taką pieczołowitością podchodzili do testowych lądowań Adama. W razie pomyłki, nie będzie oporu atmosfery, która wykona za nas robotę związaną z hamowaniem. Nie pomogą żadne spadochrony. Wszystko musi być obliczone co do sekundy i wykonane precyzyjnie, aby silniki hamujące przeciwstawiły się skutecznie pędowi lądownika Hermes. Ciążenie nie jest na szczęście duże, więc nie będzie dużą przeszkodą. To ważne, gdyż wraz z Adamem na Europie wyląduje wiele ton ekwipunku i urządzeń pomiarowych. W Hermesie przechowywany był batyskaf Posejdon, wiertnia mająca utworzyć wejście do podlodowego oceanu, oraz urządzenia mierzące warunki panujące na powierzchni lodu. Oczywiście Adam był ubezpieczany przez komputery pokładowe, mogące sterować statkiem w razie kłopotów. Jednak zdawanie się tylko na elektronikę, było zbyt ryzykowne. Szczególnie w pobliżu tak potężnego źródła promieniowania elektromagnetycznego, jakim był rządzący tamtejszym nieboskłonem Jowisz. Adam w końcu znalazł się w kokpicie Hermesa. Włączony został tryb testów. Zgrabnie wsunął się w dopasowany fotel. W kabinie nie było wiele miejsca. Adam miał samotnie sfrunąć na powierzchnie Europy. Christina miała zarządzać misją z orbity i odpowiadać za powrót w stronę Ziemi. Pod lodem to Schmitt miał być sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Komunikacja ze statkiem ulokowanym pod tak grubą pokrywą lodu jest bardzo utrudniona. Dlatego Adam podczas swojego zejścia pod lód stawał się najważniejszym człowiekiem tamtej misji. Mimo kilku kropli potu na czole i początkowo lekko niezgrabnym ruchom, geologowi test szedł bardzo pomyślnie. Aparatura w pewnym momencie zasymulowała koronalny wyrzut masy słonecznej, czyli bardzo silną burzę na Słońcu. Takie zjawiska potrafią paraliżować wrażliwsze obwody elektroniczne i to pomimo coraz doskonalszych powłok ochronnych. Szybko przez głowę przebiegło mu tysiąc myśli, co zrobić z tym fantem. Błyskawicznie pochwycił jedną, uznając, że to będzie strzał w dziesiątkę. Zdał się na wiecznie żywe, stare, analogowe metody. Adam na spokojnie zaczął liczyć czas do kolejnych odpaleń silników hamujących za pomocą starego, wskazówkowego stopera. To była idealna reakcja na problem, właśnie takiej od niego oczekiwano. Pokazał, że jest odporny na stres podczas kluczowych momentów. Kiedy tylko wróciło wyłączone zasilanie Adam, uśmiechnął się szelmowsko i spojrzał wprost w obiektyw kamery. Niech na Ziemi wiedzą, że takim czymś go nie zaskoczą. Z głośników zaczęło dobiegać odliczanie do ostatniego hamowania przed kontaktem. -5…4…3…2…1. KONTAKT!- zaskrzeczały głośniki w kokpicie. Adam na ostatnie ułamki sekundy przycisnął jeszcze dyszę spustu silników odrzutowych, aby na koniec upewnić się co do tego, że według testu stoi na twardym gruncie. -Siedzimy!- przycisnął mikrofon do ust i dał do zrozumienia na Ziemi, że właśnie po raz kolejny posadził Hermesa na Europie. W teorii. Puścił panel sterowania i rozprostował zaciśnięte od kilkunastu minut palce. Przez właz z uśmiechniętą miną przecisnął się do sali odpraw na analizę swojego ostatniego testu. Wiedział, że zdał na pięć.
Adam nie spał tym razem spokojnie. Cały czas jeszcze przypominał sobie wszystko, co w jego mniemaniu jeszcze było warte powtórzenia. Już tylko kilkanaście godzin dzieliło go od kroku w nieznane. Miał stanąć na powierzchni, po której nie stąpał jeszcze żaden człowiek i pływać w głębinach, w których nie pływało żadne ziemskie stworzenie. Będzie pierwszym organicznym, ziemskim tworem w tej części Układu Słonecznego od 4,5 mld lat. To musiało brzmieć jak wyzwanie. Wiedział już o wszystkich kruczkach związanych z komunikacja. Wiedział żeby czekać z komunikatami, aż statek Christiny i wiertnia będą po jednej stronie księżyca. Że to wiertnia wysyła komunikaty i to jej położenie względem Christiny jest najważniejsze. Pamiętał o limicie czasu wiercenia. Że może się spodziewać nawet 20km lodu. Głowa zdawała mu się pękać od nadmiaru informacji, ale każdą kolejną powtarzał sobie z radością. Czuł się świetnie. Przygotowany na wszystko i gotowy by ruszyć w otchłań i rozświetlić ją dla ludzkości. Tak o sobie myślał, jak o następnym z tych wielkich, którzy zapełniali białe plamy na mapach. Magellan, Kolumb, według niego, byliby dumni. Po kilku energicznych przerzutach z jednego boku na drugi, w końcu dał za wygraną i wstał z łóżka, które dzięki kontrolowanemu obniżaniu ciążenia przypominało już powoli śpiwór na hamaku. W podkoszulku i piżamie zszedł do kuchni, w której zaparzył sobie kawę z ekspresu. Oczywiście ciśnieniowego, bo w warunkach niskiego ciążenia przelewowy traci rację bytu. Pomieszczenie kuchenne poza piekarnikiem i mikrofalą posiadało ogromne lodówki z liofilizowanym jedzeniem. Wystarczyło kilka kropel wody i już można było czuć zapach steku, jakby dopiero co upieczonego. Poza tym na szufladach cała gama suplementów i witamin. Kuchnia sprawiała wrażenie surowej, ale i tak była celem wielu nocnych wycieczek o bezsennym podłożu. Adam wziął kubek z deklem, nalał kawy i ruszył w kierunku punktu obserwacyjnego. Była to wystająca z owalu statku półkula, cała ze zbrojonego szkła, doskonale wyszlifowana i przezroczysta, by umożliwiać komfortowe obserwacje, w naturalnych kolorach.
Część 22 / 2
Ściskając w ręku kubek kawy myślał o nadchodzącym locie. Przed sobą miał doskonale oświetlony przez Słońce, imponujący glob Europy. Wisiał jakieś 100km nad powierzchnią skutą lodem. Widział doskonale ogromne bruzdy tnące gładki, biały lód jak żyły widoczne na ręku spracowanego człowieka. Bruzdy były ciemniejsze, rdzawoczerwone i kontrastowały ze skrzącym się w świetle odległego Słońca lodem. Generalnie różnice wysokości na Europie nie były duże, Adam wiedział, że nie przekraczają kilkudziesięciu metrów w skali całego globu. Dla kogoś, kto wychował się w Górach Skalistych, to wręcz śmieszna różnica. Jednak ważne było, aby podczas lądowanie nie trafić w żadną z bruzd. Później i tak zostaną wysłane do nich roboty, a nie wiadomo było dokładnie jak są wąskie i niebezpieczne dla lądownika. Widok majestatycznej bryły lodu zawieszonej na czarnym aksamicie budził w Adamie ekscytację. Wiedział, że ten lód to tylko kurtyna. Zasłona zwisająca przed czymś o wiele ważniejszym. Nazajutrz miał rozstrzygnąć przed czym. Miał rozświetlić batyskafem miejsce ciemne i zamknięte od eonów. Georadar skanował już dla niego z orbity podlodowe podwoje Europy od dwóch miesięcy. Wiedział, że ma aktywne jądro, generujące ciepło. Co prawda samo jądro nie jest aż tak ciepłe, żeby utrzymać na stałe ciekły ocean, ale w tym miejscu z pomocą przychodzi Europie jej mityczny kochanek- Jowisz. Jej orbita jest wyraźnie eliptyczna i generuje to różnice w przyciąganiu grawitacyjnym, na przeciwległych jej końcach. A grawitacja Jowisza jest na tyle ogromna, że te różnice powodują ciągłą pracę lodu. Ogromne masy wielokilometrowych zwałów lodu, to kurczą się, to rozciągają, generując ciepło. To ciepło, w połączeniu z ciepłym jądrem utrzymuje ciekły ocean pod powierzchnią lodu. Zagadką pozostaje jego głębokość oraz obecność miejsc w których uchodzi ciepło z jądra. Pytanie, które nie dawało Adamowi spokoju przy kawie, to właśnie zagadka kominów hydrotermalnych. Czy zdoła je znaleźć? Czy znaczą na Europie tyle samo co na Ziemi? Czyli… czy są kolebką życia?
Adam mocował się jeszcze tylko z rękawicami. Były ciasne i rozciągliwe, a dłonie Amerykanina, dosyć spocone. Christina pomogła mu je naciągnąć i jeszcze poprawiła coś przy kołnierzu skafandra, jak żona wiążąca rano mężowi krawat do pracy. Ale Schmitt nie miał na sobie garnituru, a kombinezon astronauty. Będzie go musiał mieć na sobie przynajmniej podczas lądowania, wiercenia i startu, na wypadek rozszczelnienia statku kosmicznego. Kombinezon utrzyma go przy życiu do czasu zrzucenia kapsuły ratunkowej i próby wydostania z powrotem na orbitę. Pod lodem przed ciśnieniem będzie chronił go batyskaf, a tam, może sobie nawet pływać w podkoszulku. Po założeniu hełmu, był już w pełnym rynsztunku. Jeszcze obowiązkowe pozdrowienia mieszkańców Ziemi i ostatni orbitalny meldunek przed zejściem.
-Major Adam Schmitt melduje się na statku Zeus, gotowy do misji Głębia 1. Wszystkie systemy skafandra sprawne, gotowy do zejścia z orbity.- zameldował i już zaczął się odwracać w kierunku luku między przedziałami. -Adam! Pozdrowienia dla Ziemian!!!- syknęła Christina, posyłając mu piorunujące spojrzenie. Amerykanin odwrócił się niezdarnie i szybko zaczął mówić: -To będzie misja, która rozświetli wieczne, nieprzejednane dotąd mroki. Da nam spojrzenie na świat, którego nie mogliśmy do dziś oglądać nawet przez największe ziemskie teleskopy. Nie dlatego, że był niezmiernie daleko, bo to świat z naszego Układu Słonecznego. Ten świat był skryty przez skorupę, której nie przebił nikt i nic, aż do dzisiaj. Jestem niezmiernie szczęśliwy, że mogę przynieść światu tę wiedzę i zanieść nasze dziedzictwo tam, gdzie jeszcze nigdy nie dotarła ludzkość. Dzisiaj z radością służę Ziemi, planecie która jest naszym domem i która nas ukształtowała.
Christina pokiwała głową z uznaniem. „Jak na takiego buca, całkiem niezły tekst wyskrobał”-pomyślała. Adam wolnym krokiem zaczął iść przez kolejne przedziały statku, w kierunku śluzy z jego lądownikiem. Masywny kombinezon nie ułatwiał mu drogi. Ten spacer, który normalnie zajmował kilka minut, teraz dłużył mu się niemiłosiernie. Przez głowę przelatywało tysiące myśli. „Dobrze, że chociaż myśli nie są monitorowane”- pomyślał, widząc katem oka na wyświetlaczu hełmu swój puls, ciśnienie, poziom tlenu i toksyn w organizmie, wagę i ilość wody. Wszystko dla sztabu. W końcu dotarł. Otworzyły się kolejne włazy, usadowił się w fotelu. Zapiął pasy, włączył komputer pokładowy i systemu podtrzymywania życia. Sprawdził zawartość bagażu, komputer wskazywał, że wszystko jest OK. Sprawdził kamerami. Musiał być pewny. W kosmosie nie da się obrócić na pięcie i wrócić po zgubę, wszystko to manewry na orbitach, dostosowywanie prędkości i wektorów. Jeszcze tylko chwila na wyrównanie ciśnień i będzie mógł zaczynać. Syknęło…. Na ułamek sekundy zaparowały wizjery w śluzie, ale w mgnieniu oka para znikła. Wysublimowała, bo w śluzie zapanowała próżnia. Tak, był już praktycznie w kosmosie. Nagle właz otworzył się, a dok delikatnie odepchnął lądownik Adama za pomocą chwilowego przebiegunowania elektromagnesów. Jego statek mozolnie wychylił się ze swojej „matki”. Oświetlenie Zeusa nagle zakuło w oczy, kontrastując z czernią nieskończonego kosmosu. Ogromna maszyna zaczęła powoli oddalać się i maleć. W niej Christina, od dwóch lat jego jedyna towarzyszka w zimnym i wielkim wszechświecie. Choć byli od siebie zupełnie różni, polubił ją. Lubił jej lekką irytację i spojrzenie pełne politowania, gdy raz za razem zagalopowywał się w przechwałkach i opowiastkach o sobie. Była doskonałym barometrem, który pokazywał mu, kiedy przegina. Jej włoski temperament, jakby nie dawał o sobie znać w kosmosie. Była opanowana, rzeczowa i konkretna. Z wizerunku ognistej Włoszki został w sumie tylko wygląd. Zgrabne ciało i burza czarnych, kręconych włosów. Amerykanin zaczął nawet trochę żałować, że wzorem swoich krajanów z czasów drugiej wojny światowej w samolotach myśliwskich, nie miał w kokpicie przypiętego jej zdjęcia. Po kilku minutach obserwacji malejącego punktu, jakim powoli stawał się Zeus na horyzoncie, zaczął sekwencję hamowania. Najpierw za pomocą pomocniczych, niewielkich dysz ustawił statek pod kątem 90 stopni. Odpalił silniki. Na monitorze wyrysowana orbita zaczęła się od razu przestawiać z równikowej, na okołobiegunową. Wyłączył silniki. Teraz znowu obrócił dyszami statek do wyjściowej pozycji. Odpalił silniki. Wyrysowana orbita zaczęła się zmieniać. Zamiast idealnie kołowej, po drugiej stronie Europy zaczęła się przybliżać do powierzchni, aż dotknęła jej. Dokładnie nad biegunem. Wyłączył silniki. Teraz wystarczyło w odpowiednich ostępach czasu włączać je na kilka sekund, aby coraz bardziej pionowo ustawiać trajektorię statku. Wszak chodziło o to, aby dotknąć powierzchni, upadając z góry, a nie bokiem.
-4…3…2…1 KONTAKT!- zaskrzeczał komputer pokładowy. Adam niezwłocznie zaczął programować komputer na przejście w tryb wiertni. Potrzebne narzędzia i elementy zaczęły wysuwać się z korpusu Hermesa, który przypominał z zewnątrz bardzo obłą, stalową literę T. Jednak po modyfikacjach wprowadzonych po lądowaniu, całkiem zatracił swój pierwotny kształt. Ze statku zaczęły wydobywać się dodatkowe odnóża, przytwierdzające go do powierzchni, a na górze zamontowany został system komunikacji z Zeusem i duża, okrągła antena. U dołu pojawiły się części wiertni. Korzystając z czasu, kiedy Hermes się przeobrażał, Amerykanin chłonął obraz nowego świata. Bezkresny, krystalicznie czysty, biały lód. W oddali, na horyzoncie zdają się majaczyć rdzawe akcenty. Ale to tylko kropelki w morzu skrzącego się, oślepiającego wręcz śniegu. Linia horyzontu, jak odrysowana od najdoskonalszej linijki, przez zręcznego architekta. U góry nieprzejednana czerń, na dole czysta biel. Niesamowity widok, zakłócany jedynie przez krótkotrwałe wyrzuty pary, w momentach wysuwania kolejnych części statku. Para w ułamku sekundy zamarzała i opadała na powierzchnię, dostarczając nowy szron. Ziemski wkład w rozwój Europy- jeszcze więcej lodu. Czujniki zebrały już dane z powierzchni, Adam wysłał je do Christiny, ona była odpowiedzialna za kontakt z Ziemia. Amerykanin nie miał się tym rozpraszać. Zameldował jeszcze bezpieczne lądowanie i gotowość, a statek ukończył modyfikację. Należało przystąpić do wiercenia. Wiertło było podgrzewane i dzięki temu z łatwością wchodziło w lód. Jednak i pomimo tego, istniało ryzyko natrafienia na jakieś cało uwięzione w lodzie. Było minimalne, bo teren został już sprawdzony georadarem. Ale istniało i nie dawało spokoju Adamowi. Stresował się i nerwowo przygryzał wargi. Były już od tego sine. Jednak wiercenie szło sprawnie. Po bokach wciąż buchały obłoki pary, tym razem z wody wytopionej