Kryminał · 7 min czytania
Głupich nie sieją cz. I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Papieros oparzył mnie w palec. Syknęłam, rzuciłam niecenzuralny tekst i kontynuowałam poszukiwania notesu. - Choroba, gdzie on jest – jęczałam. – Jestem pewna, ze położyłam go gdzieś w tym pokoju. Przeklęłam w żywy ogień liczne przedmioty zagracające moją niewielką powierzchnię mieszkalną. Jak to możliwe, że niespełna trzydziestometrowe mieszkanie zamienia się w labirynt zawsze, gdy usiłuję coś znaleźć. Ręce mi się trzęsły, chciało mi się płakać z wściekłości. Przypaliłam kolejnego papierosa. Ten dzień niestety nie należał do udanych. Potworny bieg wypadków zapoczątkowało moje dziecko, jęczące już od tygodnia, żebym zamieniła się z nim na komórki. Nie bardzo miałam chęć, bo przecież telefon to ważne narzędzie mojej pracy – kontakty do klientów, a co za tym idzie środki do życia. No, ale w końcu uległam. Jak zawsze…. Już po godzinie zaczęłam tego żałować. - Bartek – wrzasnęłam – nie mam numeru do klienta, który miał mi zapłacić dwieście złotych. Może łaskawie powiesz mi, co się z nim stało? - O rany – fuknęło kochane dziecko. – Wszystkie numery ci zgrałem, mamo. Poszukaj dobrze, jeżeli numer był, to z pewnością nadal jest. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać kontakty. Jak kamień w wodę. - Nie ma – warknęłam. – Sam zobacz. Potrącę ci te dwieście złotych od klienta. Nie ma co rozpisywać się dalej. Oczywiście bachor nie zgrał kontaktów. Tylko rwać włosy z głowy, ewentualnie udusić go i mieć spokój na przyszłość. Przez cały dzień zadzwoniło do mnie pięć znajomych osób.. To dało mi szanse na odzyskanie kilku numerów. Ale gdzie pozostałych pięćdziesiąt, a może sto? Na szczęście przypomniałam sobie, że gdzieś powinnam mieć notes z kontaktami. Kiedyś coś mi się rzuciło na mózg i poświęciłam cztery godziny na uporządkowanie numerów telefonów rodziny, znajomych i klientów. Głupich nie sieją…. Teraz ten spis byłby dla mnie czystym błogosławieństwem. Gdyby tylko się znalazł. Wpadałam w coraz większy amok. Mieszkanie wyglądało, jakby przeszedł po nim tajfun. - Chrzanić to – zrezygnowana usiadłam na stołku w kuchni i pstryknęłam włącznikiem czajnika. – W końcu wkurzeni ludzie sami do mnie zadzwonią z pretensjami, dlaczego się nie odzywam. Ta moja praca zaczynała mi już powoli wychodzić bokiem. Prawnik, to brzmi dumnie, ale niestety tylko dla ludzi z zewnątrz. Wszystkim wydaje się, że zarabiam kokosy za kantowanie innych. Żeby tylko wiedzieli ile ta praca wymaga nerwów. Z chęcią zamieniłabym się z panią, która handluje w sklepie spożywczym na rogu. Stałabym spokojnie za ladą, wydawała towar, a moim jedynym zmartwieniem byłby upierdliwy pijak, który przyszedł po cienkie wino na krechę. Rozmarzyłam się. Nalałam sobie piwko i przypaliłam kolejnego papierosa. W tym momencie zadzwoniła komórka. - Jesteś w domu, mogę teraz do ciebie wpaść? – zaszeptała w słuchawce Iza. - Jasne, Izuniu - odpowiedziałam. – Wiesz, że zawsze działasz na mnie, jak balsam. Wpadaj. - No, nie wiem, czy będziesz taka zadowolona. - A coś się stało? Mów szybko, bo już zdążyłaś mnie zestresować. - To nie jest rozmowa na telefon. Będę za pół godziny. Rozłączyła się. Jak…