Kryminał · 6 min czytania
Głupich nie sieją - cz. II
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Oczywiście autobus mignął mi tylko w oczach. Nie pomogło machanie obiema rękoma i susy przez ulicę między trąbiącymi samochodami. Kocham warszawskich kierowców… Po raz kolejny pomyślałam, że dobrze byłoby w końcu przystąpić do egzaminu na prawo jazdy i kupić sobie jakieś małe używane autko. N, dobrze, ale póki co muszę szybko dojechać do mieszkania Izy. Jadę więc, a właściwie czekam na kolejny środek komunikacji. Pięć minut, dziesięć, piętnaście…. O, jest autobus. Dzięki Bogu. Teraz powinno być z górki. Szlag mnie o mało nie trafił po pół godzinie stania w korku. Nie przewidziałam problemów naszej kochanej, cały czas rozbudowującej się stolicy. Jak nie budowa metra, to wymiana torowiska. Jak nie wymiana torowiska, to przemarsz demonstracji. W związku z tym czekały mnie dwie przesiadki. Najpierw – co za szczęście – dotarłam w okolice Dworca Wileńskiego. Biegiem na przystanek tramwajowy. Nie zdziwiło mnie w cale, że zobaczyłam odjeżdżającą dwudziestkę. - Są godziny szczytu – wycharczałam. – Zaraz coś przyjedzie. Owszem, przyjechała dwudziestka trójka, która wywiozła mnie w okolice Stalowej. W tym momencie moje nerwy trzymały się już resztką sił. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłam, że na Plac Starzyńskiego szybciej dojdę na piechotę. Tym razem spotkało mnie szczęście – niemalże w biegu wskoczyłam na Placu do szesnastki i zdyszana galopkiem padłam na jedyne wolne miejsce. Po raz kolejny udało mi się, ponieważ tramwaj był względnie pusty i żadna staruszka nie zawisła nade mną ze zbolałą miną. Dojechałam do miejsca ostatniej przesiadki, do Żerania. Tu oczywiście też budowa. Pogoda była słoneczna, więc na pętlę autobusową doszłam w miarę niezabłocona i mało schetana, pomijając atrakcje zapachowe, które towarzyszyły mi w przejściu podziemnym. Jak zwykle deficyt Toy-Toyek. Ostatni etap podróży przez Warszawę – stolicę europejskiego państwa. Sławna ulica Modlińska, czyli codzienna droga krzyżowa mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy. Korek. Stoimy. Jedziemy około pięćdziesięciu metrów. Stoimy. Jedziemy kolejne trzydzieści metrów. I tak z dziesięć razy. Minęło pół godziny. Ruszamy trochę szybciej, więc oddycham z ulgą. Nie cieszyłam się długo, bo autobus zatrzymał się na przystanku. Potem przez kwadrans nie był w stanie włączyć się do ruchu. Cholera! Po co nam w tym kraju kodeks drogowy i inne przepisy, gdy kierowcy w ogóle ich nie przestrzegają! Tylko spokojnie, w końcu dojadę. Muszę tylko pilnować drogi, bo oczywiście mam wysiąść na przystanku na żądanie, a jak go przegapię, to zatrzymam się dopiero w Jabłonnie. Henryków, coś tam dalej, Dąbrówka Szlachecka i już! Rzuciłam się do guzika STOP i stanęłam w pobliżu drzwi. Dojechałam. Wysiadłam z autobusu przepełniona ulgą. Ten stan nie trwał jednak długo, bo uświadomiłam sobie, w jakim celu tu jadę. Cała droga, którą odbyłam do mieszkania Izy miała jeden (słownie „jeden”) niezaprzeczalny plus – nie miałam czasu zastanawiać się, co czeka mnie na Aluzyjnej. Teraz te myśli wróciły, co…