Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 19 min czytania

Głupich nie sieją - cz. IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Izka, gdzie jesteś? – wrzasnęłam, gdy tylko połączenie zostało odebrane. Coś niewyraźnie zaszemrało. Biorąc pod uwagę, że w tym samym momencie przejechała obok mnie karetka na sygnale było zrozumiałe, ze nie usłyszałam nawet słowa. - Iza, mów głośniej! Nic nie słyszę! – wydarłam się do telefonu. - Nie mogę tak głośno – Iza odparła z wyrzutem. – Siedzę w lokalu, dookoła pełno ludzi, więc nie zamierzam robić sensacji. - Co ty nie powiesz – lekko zadrwiłam. – Nie lubisz robić sensacji. To w takim razie jestem ciekawa co robię w tej chwili na Białołęce, gdy powinnam siedzieć w domu i nadrabiać zaległości w pracy. - Byłaś u mnie? Przecież nie mówiłam, żebyś do mnie przyjechała. To ja miałam przyjechać do ciebie. - Jakoś nie mogłam się doczekać. - I co? - Co i co? – wkurzyłam się. - Byłaś u mnie w domu? Udało ci się wejść? – zainteresowała się Iza. – Wiesz, mam wrażenie, że nie zamknęłam drzwi. - Też mam takie wrażenie – powiedziałam z przekąsem. – Zastałam u ciebie cały tłum. Panowie policjanci byli bardzo zainteresowani tym, gdzie się podziewasz. - Nie denerwuj się, wszystko ci opowiem. - To może powiedz mi teraz, bo zaczynam się zastanawiać czy będę miała czas, żeby wysyłam ci paczki do więzienia. Nie wiem, czy przetrwasz na więziennym wikcie i bez papierosów. - Co… - zachłysnęła się Iza. – Co ty mówisz. To nie tak. Zupełnie nie tak. Wszystko ci wytłumaczę, tylko musimy szybko się spotkać. To nie jest rozmowa na telefon. Przyjedź do mnie, albo ja pojadę do ciebie. - Gdzie jesteś? - W kafejce przy sądzie na Marszałkowskiej. - W takim razie posiedź jeszcze z pół godzinki, a potem wsiądź w siódemkę i jedź do mnie. Powinnam zdążyć dojechać. A gdyby nawet nie, to dzieciaki cię wpuszczą, powinny już wrócić do domu. - Dobrze – potulnie odparła Iza. - Tylko znowu mi gdzieś nie zniknij, bo stracę cierpliwość – uprzedziłam. - Będę, będę. – powiedziała Iza i rozłączyła się. Odetchnęłam głęboko. Po co mi te stresy? Mam za mało problemów? Nie ma jednak co ukrywać, byłam wściekle ciekawa, co tak naprawdę się wydarzyło. Czułam podniecenie i zaciekawienie. Dzięki Bogu nie ja znalazłam martwego admiratora w swoim mieszkaniu i nie ja musiałam borykać się z inspektorem… Zaraz, zaraz. Przecież nawet mi się nie przedstawił. A może jednak? Nie, zdecydowanie nie. Jak więc wyobraża sobie, że powiadomię go o tym, że Iza skontaktowała się ze mną? Widocznie nie tylko ja jestem roztrzepana i zakręcona, policjanci też są ludźmi. Wzruszyłam ramionami. Przecież i tak nie zamierzałam póki co do niego dzwonić. Najpierw muszę dowiedzieć się od Izy, co zaszło. Ku mojemu zaskoczeniu podróż do domu przebiegła bez większych komplikacji. Wyliczyłam sobie, kiedy Iza do mnie dotrze i, zakładając, że mam jeszcze trochę czasu, wybrałam się do księgarni na rekonesans. Chciałam sprawdzić, czy mają jakieś nowe pozycje o kotach (dla mojego dziecka) i o buddyzmie (to dla mnie). Moje starsze dziecko od pewnego czasu przeżywało fazę na kota. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że miał to być koniecznie kot syberyjski, czyli zwierzak – jak opisywano go w literaturze fachowej – energiczny, lubiący się wspinać i rozrabiać. O Chryste Panie, gdzie on miałby się u nas wspinać?! Chyba po firankach, bo innej możliwości nie widzę. Próbowałam przekonać ukochane dziecko, że w naszych warunkach lokalowych lepszym rozwiązaniem byłby kot brytyjski (według poradników kot leniwy, spokojny i nieruchliwy), ale napotkałam zdecydowany opór. Usłyszałam argument, że to ma być jego kot, a nie mamusi. Tylko, do cholery, kto będzie płacić?! Trochę się zdenerwowałam, ale uspokoiłam się natychmiast po wejściu do księgarni. To mnie zawsze wycisza. Zaczęłam plątać się między półkami. Najpierw załatwiłam to, po co przyjechałam. Kupiłam jakąś nową książkę z instrukcją obsługi kota. Potem zajrzałam do działu z religiami. Nic nowego. Jakieś pozycje o zen, ale to akurat mniej mnie interesuje – wolę buddyzm tybetański. Cóż, muszę w niedługim czasie wybrać się do zaprzyjaźnionego ośrodka buddyjskiego, może u nich znajdę coś interesującego. W tym momencie poczułam lekkie wyrzuty sumienia. Dawno u nich nie byłam. Głupio. A poza tym przydało by się trochę pomedytować i wyciszyć. Moje życie ostatnio za bardzo nabrało tempa i chyba w nieodpowiednim kierunku. Zapłaciłam w kasie, w ostatniej chwili sięgając jeszcze po jakiś kryminał w promocji. Tego nigdy za wiele. A poza tym, może dowiem się czegoś nowego o metodach śledczych. Nie do końca usatysfakcjonowana wyszłam na zewnątrz i zadzwoniła komórka. - Gdzie jesteś? – to Iza. – Nie ma cię w domu. - Wiem, że nie ma mnie w domu – odparłam zniecierpliwiona. – Właśnie wyszłam z Carrefoura. Będę za dziesięć minut. - To się pośpiesz – burknęła Iza i rozłączyła się. Ciekawa jestem gdzie podziewają się moje dzieci. Powinny już dawno być w domu. Bartek pewnie okupuje komputer u jakiegoś kolegi, a Maciek wybrał się na kolejną randkę. Na wszelki wypadek zadzwoniłam do Bartka, ponieważ istniało większe prawdopodobieństwo, że odbierze. - Cześć, gdzie jesteś? – zapytałam, gdy odebrał. - U kolegi, robimy projekt na lekcję historii – odpowiedział bez zająknięcia. - Przecież robiliście ten projekt miesiąc temu. Jeszcze nie skończyliście? – wydawało mi się, że to było podchwytliwe pytanie, ale dziecko jak zwykle mnie zgasiło. - Mama, chcesz, żebym miał piątkę z historii i WOS-u, czy nie? - Oczywiście, że chcę – odpowiedziałam potulnie. - To nie narzekaj. Jak skończę, to wrócę. - A nie wiesz przypadkiem, gdzie jest twój brat? – stwierdziłam, że należy odpuścić. - Wyszedł ze szkoły z Magdą. Pewnie plączą się gdzieś w Parku Skaryszewskim. A zresztą, co mnie to obchodzi. Mam robotę. Cześć. - Pa – mruknęłam i wykręciłam numer Maćka. - Co tam mamuś? – dziecko odebrało zaskakująco szybko. - Maciuś, gdzie jesteś? – zapytałam ostrożnie. - Z koleżanką – odparł nie zrażony. - Jakoś tak cicho. Nie jesteś przypadkiem u niej w domu? Co robicie? – znajdowałam się na cienkim lodzie. - No co ty, mamuś – odparło urażone dziecko. – Spacerujemy sobie po Parku Skaryszewskim. Wrócę do domu za trzy godzinki. - Ok. Pa – nie pozostawało mi nic innego, tylko uwierzyć mu na słowo. O święta naiwności. Ruszyłam szybko Radzymińską. Jak na złość nie jechał żaden autobus, więc musiałam przelecieć kawał drogi na piechotę. Korciło mnie, żeby wejść do DADY i pooglądać sobie nowe naszyjniki z filcu, ale przemogłam chęci. Teraz najważniejsze było rozwiązanie zagadki Izy. Znowu zadzwoniła komórka. Kto, do cholery? Wyciągnęłam telefon z torby. Małżonek. - Cześć – wysapał. – Nie wiesz, gdzie można kupić kabiny prysznicowe? - Jakie znowu kabiny prysznicowe? – zbaraniałam. – Przecież mamy wannę. - No przecież nie dla nas – zniecierpliwił się. – Lucio wysłał mnie, bo potrzebuje do swojego mieszkania. Powinnam się przyzwyczaić. Szef męża notorycznie wysyłał go po swoje prywatne zakupy. A ja stanowiłam centrum informacji jak coś załatwić, gdzie kupić, jaką cenę zapłacić itp. Alfa i omega po prostu. - Słuchaj, nie wiem – wydyszałam do telefonu. – Pewnie w jakimś dużym sklepie. W OBI, Praktikerze, czy gdzieś. Nie zawracaj głowy, nie mam teraz czasu. - Pracujesz i pracujesz, tylko gdzie te pieniądze? - Nie wkurzaj mnie. Niech sam sobie szuka. Cześć – rozłączyłam się, bo to już było ponad moje siły. Muszę skupić się na jednej sprawie, bo w końcu oszaleję. Dobrze, że jest piątek, więc mam przed sobą – czysto teoretycznie – wolny weekend. Znowu komórka. Zmęłłam w ustach przekleństwo. Teść. - Słuchaj – usłyszałam ojca mojego męża. – Czy ty może jesteś teraz przed komputerem. - Nie – odparłam sucho. Tylko spokojnie, bo nie wytrzymam i powiem coś bardzo niemiłego. – Bo mogłabyś mi sprawdzić regulamin biegu. Boguś powiedział, że jest na stronie. - Nie mam dostępu do internetu – wycedziłam przez zęby. – I nie będę przez najbliższe kilka godzin. Biegam po mieście. - No to nic – powiedział z urazą. – w inny sposób sobie sprawdzę. Ten to nie ma co robić. Tylko pozazdrościć. Czy wszyscy przysięgli się, żeby teraz szukać ze mną kontaktu? No, oczywiście że tak. Znowu dzwoni komórka. Klient. - Dzień dobry, pani mecenas, Korzybski – odezwał się znajomy głos. - Dzień dobry panu. Co się stało? - Czy moglibyśmy się dzisiaj umówić? - Dzisiaj to niestety niemożliwe. Proponuję poniedziałek lub wtorek po południu, tak koło siedemnastej. Pasuje panu? - Oczywiście. Najchętniej we wtorek. - To jesteśmy umówieni. Zapraszam do kancelarii. Jakoś dotarłam w pobliże swojej kamienicy. Nigdzie jednak nie widziałam Izy. Wypukałam w komórce jej numer. - Izuniu, gdzie jesteś, bo ja już stoję pod drzwiami. - Już, już – wesołym głosem powiedziała Iza. – Jestem w spożywczym i rozmawiam sobie z panią sklepową. Zaraz do ciebie idę. Iza wyłoniła się zza rogu. Wcale nie wyglądała na zgnębioną i przytłoczoną niedawnymi wydarzeniami. Zdziwiło mnie tylko to, że idzie jakimś niepewnym krokiem, a jej twarz jest dziwnie zaczerwieniona. - Co ci tak wesoło? – zapytałam z pretensją. – Od rana latam przez ciebie, jak kot z pęcherzem, narażam się na jakieś niespodziewane stresy, a ty

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Głupich nie sieją - cz. IV — czytnik · opowiadania