Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 17 min czytania

GNIEW

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Czy byłem wściekły? Oj, tak. Wszedłem do domu, rzucając wokół siebie nienawistne spojrzenia, krew w moich arteriach zmieniała się we wrzącą lawę. Z trudem utrzymywałem się w całości; skóra pokrywająca moje mięso rozciągała się, grożąc pęknięciem i wyrzuceniem na zewnątrz kilogramów szczerzących kły tkanek. Dłonie zaciskałem w pięści, jakby w obawie, że jeśli tego nie uczynię, dłonie zaczną dusić, bić, szarpać cały świat. A oczy… moje oczy lśniły, ich blask odbijał się w wiszących na ścianach lustrach. - Gdzie jesteście?! – krzyknąłem w głąb domu. Mój głos poniósł się korytarzami, powodując prawie wyczuwalne drżenie ścian. Nie usłyszałem odpowiedzi. Dom milczał. Widziałem, że chciał ukryć swych mieszkańców – milczał dom, milczały i one. Ale ja byłem pewien, że słuchacze kryli się w ciemnych kątach, z nadzieją na ocalenie. Ocalenie miało nie przyjść, bo ja je zniszczyłem. - No, wołam was!!! – wydzierałem się. Byłem opętany, szalony. Chciałem wrzeszczeć tak głośno, aby wyrzucić z siebie cały mój gniew. - Wyłaźcie! Korytarz ciągnął się do kuchni, w której ziała świecąca rana pustej, otwartej lodówki. Po prawej miałem schody prowadzące na piętro, spowite w mroku. Położyłem dłoń na balustradzie i spojrzałem w górę schodów. Ciemność piętra pulsowała w mych oczach milionami kolorów i gwiezdnych kształtów. Balustrada drżała, bo drżała moja dłoń. Dom nadal milczał. Gdzieś spoza ścian dobiegały odgłosy dalekiego miasta, przepoczwarzającego się z powszedniego robala w weekendowego imprezowicza. A blisko mnie mruczała sobie cisza, przerywana zaledwie kapaniem wody z kranu w kuchni. Kap, kap, kap… to chyba ja nie dokręciłem tego kranu. Kapanie. I pewnie w którymś z pokojów grzmiały oddechy tych wszystkich, które modliły się, abym ich nie znalazł. Módlcie się, jeśli możecie. Jeśli umiecie. Spróbowałem rozluźnić lewą dłoń. Protestowała, lecz w końcu odpuściła. Spoglądałem w ciemność i opuszczałem dłoń na rękojeść wystającą z kabury przyczepionej do mojego paska. Odpiąłem zabezpieczenie i wydobyłem rękojeść, a za nią bębenek, lufę, muszkę. Rewolwer był ciężki. Stał się przedłużeniem mojej ręki. Ruszyłem w górę schodami. Nawet nie starałem się stąpać cicho. Stopnie trzeszczały upiornie, a ja co jakiś czas rzucałem w mrok zawołanie. Chciałem, aby ukryte na górze oczekiwały przybycia ich przeznaczenia, aby wiedziały, że jestem tuż-tuż. Krok po kroku zbliżałem się do nich. Jeszcze nie wiedziałem, gdzie dokładnie były, ale nie mogły uciec. Odcinałem im ewentualną drogę ucieczki. Gotowałem się. Mózg zdawał się pęcznieć i naciskać na czaszkę w chęci wydostania się. Czułem żyłę pulsującą na czole. Łup, łup, zdawała się opowiadać swą krwistą historię. Krwistą historię! Dobre, nie? Pragnąłem zakończyć sprawę, która ciągnęła się już zbyt długo. Zbyt długo zakręcałem kurek mojej złości, zezwalając na niszczenie mojego życia. W końcu pozwoliłem jej wypłynąć i mój świat stał się karykaturą. To było wczoraj. Wczoraj wszystko stało się jasne, wszystko zrozumiałem. A dzisiaj wspinałem się po schodach resztką sił utrzymując mój oszalały umysł na wodzy. Dłoń zaciśnięta na rewolwerze nie drżała, musiała być sprawna, by wycelować. Dotarłem na piętro i ponownie zawołałem: - Wyłaźcie! Chyba po części oczekiwałem, że one stchórzą i po prostu, przygniecione lękiem, wylezą ze swych kryjówek. Jednakże nic takiego się nie stało. Na moje zawołanie odpowiedziała cisza (choć z pewnością gdzieś tam waliły młoty struchlałych serc.). Nadepnąłem na mokrą część chodniczka. Wzdrygnąłem się i rozejrzałem się. Nikt nie zauważył mojego zawahania. Dobrze. Bardzo dobrze. Chodnik był w tym miejscu mokry. Nie zdążył wyschnąć od wczoraj. Zalała go zbyt duża ilość krwi. Krew wylewała się niemal strumieniami, czerwony prysznic. Jej metaliczny zapach unosił się, wciskając się do nozdrzy, bijąc się z wszechobecnym odorem śmierci. Postąpiłem kilka kroków w kierunku prostokątnej dziury czarniejszej od otoczenia, znajdującej się na końcu korytarza. Prowadziła do mniejszego korytarzyka, czegoś na wzór przedpokoju, rozwidlającego się na wejścia do dwu sypialni. Tam znajdował się mój cel. Wystarczyło wzmocnić zmysły, być ostrożnym i celnym. I nic poza tym. Kroczyłem po krwi. W niektórych miejscach już zatchnęła, ale tylko w niektórych. Boże! Chciałem wyć! Gęsia skórka pokrywała całe moje ciało, palec naciskał na cyngiel, jakby chciał powiedzieć: „Jeden szmer i cię rozwalę!” Lecz jedynie ja szemrałem, dyszałem, stawiałem ciężkie, słoniowate kroki. Byłem jak rozwścieczony Tyranozaur pragnący zabijać i chłeptać ciepłą krew. Zbliżałem się do czarnego wejścia, obok którego znajdowało się źródło krwi. Czułem je, nie tylko zmysłami. Czułem je wewnątrz mnie, w sercu. Pod ścianą leżało ciało. Ręce wciśnięte w tułów, głowa z rozwartymi ustami, rozrzucone nogi, kiedyś podniecające, teraz napełniające jedynie obrzydzeniem. Nie widziałem wiele. Ciało było blade, odbijało się w mroku niczym duch białej damy. Jaśniało śmiertelnym blaskiem. Oglądałem je wczoraj, przez cały dzień tu leżało. Dzień wcześniej było moją żoną gotującą obiad. Odwróciłem wzrok od trupa. Nie musiałem widzieć dokładnie wszystkich szczegółów. Pamiętałem wszystko. Wkroczyłem w mrok. Ciemność oblepiła mnie jak macki okropnego potwora, wyssała z moich płuc powietrze. Odetchnąłem kilkakrotnie. W oczach szalały rozwścieczone gwiazdy. Dopiero teraz na moich skroniach pojawił się pot, potem na szyi, plecach. Obejrzałem się. Z tego miejsca ciało wyglądało tak, jakby ukrywało się w kącie, próbując uniknąć mojego wzroku, wniknąć w ścianę. Powróciłem oczami do ciemności przede mną. Doskonale znałem mój dom. Wiedziałem, że trzy kroki na skos w lewo i sięgnięcie ręką w lewo na wysokości klatki piersiowej – tam był włącznik światła. Dwa kroki w prawo, na wysokości piersi, po lewej – tam też był włącznik światła. Zastanowiłem się. Mogłem najzwyczajniej włączyć światło i zacząć strzelać. Zapalenie światło by je zaskoczyło. Zapewne wiedziały, że stałem przed drzwiami (zamkniętymi! Właśnie, musiałem jeszcze otworzyć drzwi), słyszały moje człapanie i oddech. - Jestem! – krzyknąłem. He, słyszały teraz i moje wołanie. Pociłem się. Pociłem się tylko wtedy, gdy buzowały we mnie zmysły, gdy byłem podniecony lub przerażony, gdy dostawałem pierdolca. Tylko wtedy moje gruczoły wytwarzały pot. Musiałem podjąć decyzję – który pokój wybrać. One mogły być może ukrywać się w tym po lewej, ale mogły też w tym po prawej. Cholera, mogły się nawet rozproszyć i teraz czyhać na mój pierwszy nieuważny krok, aby rozwalić mi głowę. Były na tyle inteligentne; ich malutkie móżdżki były zdolne do obmyślenia prostackiej taktyki. Jednakże nie obawiałem się ataku z obu stron. Powiedzmy, że zalążki męskiej intuicji podpowiadały mi, że one nie zaplanowały niczego, lecz tylko ukryły się a kąciku i zaciskały zęby, aby nie wrzasnąć ze strachu. To ja tu byłem na łowach, nikt inny. To ja dzierżyłem w spoconej dłoni metalowego lwa, nie one. Wystarczyło jedynie się pośpieszyć i wybrać pokój, który sprawdzę jako pierwszy. Nie mogłem myśleć; musiałem działać, zdać się na instynkt. Dlatego też wyciągnąłem lewą rękę i nacisnąłem klamkę drzwi po lewej stronie. Pchnąłem. Drzwi uchyliły się. Jeśli one znajdowały się wewnątrz, to już wiedziały, że czeka je rychła śmierć. Otwarłem drzwi szerzej i wymacałem włącznik światła. Nacisnąłem go. Sypialnia moja i mojej żony. Łóżko, szafy, biurko, telewizor. Żyrandol zalewał pokój mdławym światłem. Czy zawsze takie było? Raczej tak, chyba nie pobladło od wczoraj. Chociaż, kto wie. Wczoraj jeszcze ten dom tętnił życiem, a dziś śmierdział kostuchą. Pokój był na pierwszy rzut oka pusty. Szybko oceniłem możliwe kryjówki: szafy z ubraniami lub za łóżkiem. Inne alternatywy nie istniały. Już nie wołałem. Moje słoniowe człapanie i szybki oddech raczej wystarczały – w cichym budynku działały zapewne jak syrena alarmowa. Wszedłem do pokoju i obejrzałem się na drzwi drugiego pokoju, których kontury zostały wyłuskane z mroku przez światło żyrandola. Nie, jeżeli były w drugim pokoju i czekały pod drzwiami, nie salwowały się ucieczką za moimi plecami. W każdym bądź razie teraz tego nie uczyniły. Należało się pośpieszyć, powtarzam, i przestać tyle myśleć. Podszedłem do szafy, prawą rękę miałem wyciągniętą przed siebie, celowałem w…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%