Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Komedia · 16 min czytania

Gnojówka wieków

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gnojówka wieków

Lubicie zabawę? Ja też. Każde dziecko wie, że czasem najweselszych zabaw jest Karnawał. Znacie uczucie gnojówki? Nie? Oj, znacie. Uczucie gnojówki pojawia się, gdy znika wesołość. I nie jest ważna przyczyna takiego stanu rzeczy. Zawsze w tym przełomowym momencie, kiedy wesołość ustępuje miejsca szarości, odczuwamy gnojówkę. I nie liczy się, czy jesteś zamożny, czy biedny, czy jesteś rasta, czy służysz Babilonowi, czy wyznajesz epikureizm, czy może stoicyzm. Gnojówka dopada każdego z nas: wielokrotnie i zawsze tak samo bezlitośnie. Ten Karnawał okazał się wyjątkowo udany i jakoś – w przeciwieństwie do lat poprzednich – Środa Popielcowa zaskoczyła nas całkowicie, zastając pijanych z kieliszkami uniesionymi w toaście i z kolorowymi czapeczkami na głowach. Rozejrzała się po naszych purpurowych gębach. Najkonkretniejszą rzeczą, na którą się zdobyliśmy, było zaniemówienie. -No i co? – spytała z wyrzutem Środa, a myśmy stali z tak rozdziawionymi paszczami, że teraz, kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że musiało być to imponujące zjawisko. Pokiwała głową i odeszła. Mi osobiście zrobiło się strasznie głupio. Nie byliśmy wcale gotowi na wielkopostną gnojówkę, nie chcieliśmy nadejścia wielkopostnej gnojówki, ale trzeba było ten fakt przeboleć i uszanować. Spuściłem głowę zawstydzony. Oto jednak na stół wkroczył Laskowik. Dalej w czapeczce i z flaszką szampana w ręku. Ludzie dobrej woli pomogli mu utrzymać pozycję względnie pionową, choć sztucznie stymulowaną. Zaczął przemawiać. -To jest, kurwa... emmm... gwałt. To jest, kurwa, emm, gwałt i... czekaj, czekaj... – starał się zebrać w sobie, pomamrotał chwilę pod nosem i kontynuował – my się nie musimy dać. Bo, kurwa, emm, gwałtowi się nie musimy dać. Bo nas nie zarżnie postna nawałnica... bo gnojówka w tym roku... bo gnojówka w tym roku nadeszła w szkarłacie! – zaczęliśmy wszyscy – każdy w miarę swoich możliwości – koncentrować się na jego słowach. – Bo gnojówka w tym roku... może być ostatnią gnojówką... Nie dajmy... jakby... nie dajmy się... – tutaj popadł w zadumę, a oblicze jego było chmurne i marsowe. – hm... czekaj, czekaj... nie dajmy się... nie dajmy się... nie dajmy się.... nie dajmy się im! O, to, to! Nie dajmy się im! Skujmy... czekaj, czekaj... skujmy talerze na talary, a karabiny kupmy! Oto dziś dzień krwi i chwały... Pójdźmy na nich! Jest kolejne uczucie, które musicie znać. Kiedy w tłumie wzbiera rewolta i naraz góry przenosić, i naraz narody rzucać na kolana! „Gnojówka w tym roku nadeszła w szkarłacie! Gnojówka w tym roku może być ostatnią gnojówką!” Odnalazłem pośród tych słów coś niezwykle wzniosłego, metafizycznego i głębokiego. To nie było krasomóstwo, to rodziło się z bólu prawdziwego, nie podszyte niczym, prócz najszlachetniejszych pragnień. Ach, jak to było piękne i czyste w swojej istocie! Wszystkie myśli, które przedkładam, przemknęły w mojej chlupiącej alkoholem głowie w ciągu ułamka sekundy. Nie mogłem już, ani nie chciałem, trzymać w ryzach moich emocji. Zakrzyknąłem, wtórując, jak mi się zdawało, w sposób najwłaściwszy i najpiękniejszy, Laskowikowi: -Tragedio wieków, rośnij śmielej! Stopimy miecze w ośle dzwonki! Słowa te zadźwięczały jednak w niepokojącej ciszy. Wszyscy odwrócili się teraz na mnie i spojrzeli z wielkim wyrzutem, jakbym dopuścił się najbezczelniejszego faux pas. Potem skupili się wokół stołu z Laskowikiem i poczęli wiwatować. Ja zaś zostałem sam, niechciany i niezrozumiany. Tak było tego wieczoru. Szczęśliwym trafem mało kto zdawał się pamiętać już na następny dzień moją wpadkę. Bez względu na wszystko, powziąłem postanowienie, że jeszcze pokażę, na co mnie stać i to szybciej, niż im się wydaje. Gnojówka tego roku nie nadeszła, bo wesołość skryła się w cień na rzecz sił potężniejszych i straszliwszych: trwogi i zgrozy. Coś wołało w dali. Niestety nie mogłem dosłyszeć treści, bo wokół na przemian strzelały korki od szampanów i wypróbowywana broń maszynowa. Tak, skuliśmy talerze na talary. To była wojna. To była walka Karnawału z Wielkim Postem. U Laskowika urządziliśmy prowizoryczną Komendę Główną. W garażu mieliśmy skład broni. Trzeba było zacząć od spraw prostych, acz fundamentalnych. Skrzynie były pełne karabinów, ale okazało się, że tylko Brumschlitz zna się na rzeczy. Jemu też Laskowik wydał rozkaz rozdzielenia broni i przeprowadzenia wśród nas błyskawicznego szkolenia. Czasu nie było wiele, wróg nie spał. Już zakazał zabaw i uroczystości, już stroił wszystko w barwy żałobne, już nakazał post i – dla co gorliwszych – umęczenie. Ustawiliśmy się w kolejce po przydział. Oczywistym było, że dyscyplina jest nam teraz niezbędna. Każdy podchodził do stanowiska zaimprowizowanego na masce Forda, a Brum obrzucał go przelotnym spojrzeniem i wydawał odpowiedni – wedle jego uznania – karabin. Gdy przyszła moja kolej, w oczy jego wstąpiła nagła wesołość. Zakrzyknął rubasznie: -Nasz dzwoneczek! Ha! – poszperał w skrzyni i wręczył mi broń. Nie był to pierwszej młodości pistolet maszynowy, lecz sprzęt nieco zabytkowy. Nic to, pomyślałem. Brum zna się na rzeczy, to pewno trafnie mi wybrał. Tymczasem okazało się, że jednak trochę więcej osób zapamiętało moje chwalebne wystąpienie w Środę Popielcową i szybko podłapali nutę: „Dzwoneczek! Dzwoneczek! Widzisz, stary masz już pseudonim – Dzwoneczek! A to ci dopiero!”. Zostałem więc Dzwoneczkiem. Dzwoneczek i jego pukawka – no pięknie. Ale w dalszym ciągu – nic to! Tak wtedy myślałem. Przecież jeszcze nic na dobre się nie rozpoczęło. Jeszcze im wszystkim pokażę – właśnie tak! Cały wieczór potem radziliśmy nad naszymi planami. Szykowała się naprawdę wielka wojna. Chciałoby się napisać, że byliśmy gotowi na wszystko, ale prawdę mówiąc, to nieprawda, a najwyżej – półprawda. Nie mieliśmy wcale, a już na pewno ja nie miałem, tak silnego przeświadczenia o naszej pewnej wygranej, jak miał Laskowik. Ale mówił tak przekonująco, że nikt z nas nie miał wątpliwości, iż na front tak czy inaczej, potrzeba nam iść. I ciągle jeszcze wybrzmiewała w powietrzu pamiętna sentencja. ,,Gnojówka tego roku nadeszła w szkarłacie!”. Pierwszą zuchwałą akcję pod kryptonimem „Dżizus” zaplanowano na dzień następny. Obejmowała oblężenie Najświętszego Sakramentu i zerwanie fioletowej płachty z krzyża. Zadziałaliśmy z zaskoczenia. Wtargnęliśmy do kościoła przez zakrystię. Obezwładniliśmy księdza. Kościelnego nie musieliśmy, bo już i tak był odpowiednio skrępowany – nie pytajcie... Drużyna Dorato zajęła się płachtą. Niebawem starszy kapral Lisek ps. Kita odebrał sygnał, że poszło im gładko. Teraz przyszła kolej na naszą drużynę, Igristoje. Zajęliśmy dogodne pozycje wokół ołtarza. Wtedy jakiś młody wikariusz – idiota przefrunął nad nami, budząc bezsprzeczne skojarzenia z Batmanem. Wyobraźcie sobie, że palant dostał się niepostrzeżenie na ambonę, a potem wyskoczył z niej wprost w miejsce, gdzie mógł w każdej chwili dosięgnąć go nasz krzyżowy ogień. Ujawniając tym samym niebogobojne skłonności samobójcze. Dopadł do tabernakulum i otworzył, by wyjąć hostię. Usłyszałem, jak Kita krzyczy: -Dzwoneczek, ściągasz go! Wymierzyłem prosto w czarny, wychudły grzbiet. Pociągnąłem za spust. Nic. Pociągnąłem znowu. To samo – karabin nawet nie raczył się zakrztusić. Opuściłem lufę i drżącymi rękoma skontrolowałem, czy wszystko jest jak być powinno. Wyglądał normalnie. Tymczasem z prawej dobiegł mnie dramatyczny ryk Liska: -Dzwoneczek! Spróbowałem jeszcze raz wypalić. Ani myśli! Wtedy usłyszałem wystrzał. Czarny kształt osunął się na posadzkę. Wszystko działo się bardzo wartko, a ja poczułem, że jestem obok. Ktoś krzyczał: „Szybko! Po hostię!”, kto inny: „Osłaniamy cię, dawaj, dawaj!”, ktoś tam po chwili: „Mam! Wycofujemy się!”. Usłyszałem jak po mojej lewej szumi radio, a Żbik podekscytowany cedzi: „Obiekt przechwycony, odwrót, powtarzam: odwrót!”. Zachowałem na tyle przytomności, żeby zorientować

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gnojówka wieków — czytnik · opowiadania