Akcja · 28 min czytania
Godvil - Hell'aven
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Rozdział pierwszy: "Wstęp do bajki o tysiącu zagubionych dusz."
Między pełnymi nicości zakątkami kosmosu znajduje się grupka planet otaczająca niewielką gwiazdę. Na trzeciej z kolei istnieją pewne istoty, które śmią nazywać się inteligentnymi. A wszystko dlatego, że mają dusze...
- Hahaha, no i co teraz powiesz gówniarzu? - Wysoki, łysy chłopak potrząsnął plecakiem, z którego wyleciały jakieś książki i zeszyty. - A gdzie kurde drugie śniadanie? - zaśmiał się. - To było dobre - jego kolega, który siedział na ławce, choć dokładniej to siedział na leżącym na ławce chłopaku, również zaśmiał się z tego żartu. - Drugie śniadanie. Nie no Żyła, ty tylko o jedzeniu myślisz. - Weź już zejdź z niego, bo się udusi i kogo będziemy gnębić? - Trzeci z szykanujących położył pusty portfel chłopaka na plecaku.
Kilkanaście minut później Maciek - gdyż tak miał na imię chłopak - siedział na ławce pod wieżowcem, w którym mieszkał i próbował wymyślić jakiś sensowny powód, dla którego znowu miał połamane okulary. Trzymając w dłoniach resztki oprawek wpatrywał się w płytki chodnikowe. Od czasu do czasu przecierał rękawem wilgotne oczy. To już zaczynało go przerastać...
Było mu zimno. Jedyne co teraz czuł to zimny płyn, który otaczał jego ciało. Otworzył oczy i szybko stwierdził, iż leży w wannie pełnej wody. Był tak zmęczony tym wszystkim, że nie chciało mu się nawet wstać mimo, iż woda była już lodowata. W jego głowie tkwiły straszne myśli o tym, jak by zakończyć ten proceder... Wyjście było tylko jedno. Jego rodzina nie należała do najbogatszych. Jego ojciec pożyczał pieniądze gdzie się dało, matka nie pracowała, a on był w drugiej klasie liceum. Nie chodził w modnych ciuchach, nie miał komputera, nie miał też przyjaciół. Jedyne, co mógł robić to uczyć się... A i to niezbyt dobrze mu wychodziło. Mimo wszystko był uważany za kujona. Stąd właśnie ci z trzeciej klasy się nad nim znęcali. Pisał w podartych zeszytach, gdyż nie chciał mówić rodzicom, że trzeba mu kupić nowe. Chodził w posklejanych okularach z tego samego powodu. To nie było tak, że oni by mu nie kupili. Jeśli zaszłaby taka potrzeba, oddaliby ostatnie pieniądze, byle tylko ich synowi niczego nie brakowało. Ale on nie chciał, by jego rodzice tak się dla niego poświęcali. Przetarł oczy i spojrzał na dłonie. Nagle coś go tknęło. Cała wanna była pełna czerwonego płyny. Jego ręce również. Nie wiedząc, co się dzieje zaczął panicznie rozglądać się po łazience. Zaskoczyło go to, iż drzwi były otwarte. Przecież na pewno zamykał. Szybko wyskoczył z wanny i zaczął ścierać z siebie ten ohydny czerwony płyn. Ale z jakiegoś powodu to nie działało. Wtedy to zrozumiał. Spojrzał raz jeszcze na dłonie i z niedowierzania aż usiadł na ziemi. W jego oczach pojawiły się łzy. Na obu jego nadgarstkach były rany. Proste, krótkie, niezwykle głębokie. On... on sobie podciął żyły. Próbował zatamować wypływającą krew. Ale nie mógł... było jej coraz więcej. Przeciskała się między palcami. Zaczynał coraz bardziej płakać... wreszcie bezradnie oparł się o ścianę i rozłoży ręce na boki. Chciał umrzeć...
- To nic nie da. - Ktoś nagle przemówił lekko zachrypniętym głosem. Chłopak spojrzał w bok. W drzwiach stał tajemniczy mężczyzna. Wyglądał na góra dwadzieścia pięć lat, ubrany był normalnie, czyli w dżinsy i koszulę z krótkim rękawem. Włosy sięgały mu do ramion a on sam drapał się po bródce. - Ty nie możesz umrzeć... bo ty już nie żyjesz. - CO! - wykrzyczał Maciek słysząc słowa nieznajomego. - Jesteś martwy od przeszło godziny. Poderżnąłeś sobie żyły i wykrwawiłeś się. Proste, nie? - Nie! To niemożliwe. - Chłopak wstał i rzucił się na mężczyznę. Zatrzymało go jednak jakieś niewidzialne pole. - Ja nie mogę być martwy - powiedział gdy tylko doszedł do siebie. Przecież ja, ja, ja... żyję. - Maciek upadł na kolana i spojrzał na wciąż krwawiące rany. - Pozwoliłem sobie cofnąć twoją duszę - przemówił mężczyzna, po czym obrócił się i udał w głąb mieszkania. - Uznałem, że przydałbyś się do mojego zadania. - Nie. Ja nic nie rozumiem. To sen, nie... koszmar. Muszę się obudzić. Chłopak z płaczem wybiegł do dużego pokoju gdzie na jednym z foteli siedział mężczyzna. Następnie uklęknął i schował głowę w dłoniach. Nastała bardzo długa cisza. Nieznajomy przez cały ten czas wpatrywał się w padający na dworze deszcz. Dopiero gdy ten zamilkł, a zza ciemnych chmur wychyliło się słońce Marcin przemówił. - Ja nie żyję? Ja naprawdę nie żyję? - zapytał z głową wciąż schowaną w dłoniach. - Tak - mężczyzna odpowiedział charakterystycznym zachrypniętym głosem. - Więc teraz pójdę do piekła? - Nie. - Maciek natychmiast zareagował na to słowo unosząc głowę do góry. - Nie pójdziesz ani do piekła ani do nieba. Jak już wspominałem cofnąłem twoją duszę, gdyż jest mi ona potrzebna. Mam dla ciebie zadanie. Nie myśl sobie, że robię to z dobrego serca, ale dam ci drugą szansę. Jeśli spełnisz moje oczekiwania, pozwolę ci żyć. Póki co uzdrowiłem twoje rany - mężczyzna dopiero teraz spojrzał na chłopaka. - Dam ci jeden cały dzień na zastanowienie się. Ponownie nastała cisza. Tym razem jednak obaj patrzyli sobie w oczy. W pewnym momencie mężczyzna uśmiechnął się, a następnie pstryknął palcami. Jego ciało nagle rozprysło się na tysiące małych, kolorowych kawałków, z których każdy po kolei zaczął znikać. Po chwili Maciek został sam. Spojrzał na nadgarstki i zaczął ścierać z nich krew. Z początku nie udawało mu się to, ale gdy poślinił palce, zakrzepły płyn powoli zaczął schodzić.
Część 22 / 2
Nic się nie zmieniło. Matka wróciła kilka chwil później od lekarza. Ojciec przyjechał tuż przed kolacją. Absolutnie nic się nie zmieniło.
Nastał kolejny ranek a on dalej miał w głowie mętlik. Nie wiedział czy to był sen, czy wczorajszy dzień faktycznie się wydarzył. Usiadł na krańcu łóżka i spojrzał na nadgarstki. Nie było na nich nawet najmniejszego śladu ran. Nic nie świadczyło o tym, że wczoraj popełnił samobójstwo... ale czy coś się zmieniło? Nic. Mama jak zawsze zrobiła mu śniadanie, a teraz siedziała w kuchni czytając gazetę. Idąc powoli do łazienki zauważył, iż dzisiaj, zresztą jak prawie zawsze, będzie dane mu jeść ser. Już nim rzygał, ale nie chciał tego mówić... Po prostu nie chciał. Umył twarz, wyczyścił zęby i spojrzał w lustro. Chęć do życia uchodziła z niego z minuty na minutę. Wiedział iż za pół godziny dostanie znowu "łomot na dzień dobry" potem "łomot na długiej przerwie" i żeby było nie do pary "łomot na koniec zajęć". Zeszytów już chyba bardziej sponiewierać się nie da. Okulary też już posklejane... nic się nie zmieniło. - Zaraz. Maciek z niedowierzaniem spojrzał w lustro. Z początku nie reagował, bo to, że nie założył okularów uznał po prostu za przypadek. Ale teraz sobie zdał sprawę, że on świetnie widzi, co w wypadku jego krótkowzroczności było absolutnie niemożliwe. Czyli jednak coś się zmieniło. Wrócił do pokoju i przymierzył posklejane okulary. Lecz to nie przynosiło żadnego efektu. Wszystko widział tak samo, zarówno w nich jak i bez nich. - Maciek, jedz bo się spóźnisz - pogoniła matka. - Już! - odkrzyknął. Ostatecznie wyszedł do szkoły bez okularów... Sam nie wierzył, ale naprawdę polepszył mu się wzrok. Dlaczego? W jego głowie rodziły się teraz jedynie pytania. A odpowiedzi wydawały się być daleko. Maciek tego dnia był pewien, iż niesamowite wydarzenia chodzą parami. Z jakiegoś powodu dzisiaj został oszczędzony i nie spóźnił się na pierwszą godzinę. Czyli jednak coś się zmieniło? Ale czy na lepsze? Również na długiej przerwie nie miał styczności z szykanującymi go chłopakami. Czyżby los się do niego uśmiechnął. Czyżby... druga szansa. Siedząc pod klasa przypomniał sobie wczorajszy dzień. Spojrzał na nadgarstek lewej ręki i przejechał po nim palcem. Czy to, co wydarzyło się mogło być prawdą? Jeśli tak to kim był ten mężczyzna, który go uratował. Dlaczego w ogóle o nim myślał? Dlaczego w to wierzył?
Dzień byłby perfekcyjny, gdyby nie spotkał ich również przy wyjściu. Tych trzech którzy nim gardzili, choć nie bez wzajemności. Gdyby mógł im odpłacić za te wszystkie krzywdy. Czekali na niego jak zawsze przy wyjściu ze szkoły. Siedzieli bezczynnie na ławce. Widać było, iż jedynym ich celem był on. Maciek. Nawet nie uciekał, już dawno przestał. Wiedział, że to mu nic nie da, nawet jeśli go nie dogonią to jutro będzie to samo, aż wreszcie któregoś dnia go dogonią i wtedy dostanie za te dni, w które nie dostał. Spojrzał w ich kierunku, po czym z niechęcią udał się tam. Oni, gdy tylko go zobaczyli, uśmiechnęli się. Jeden natychmiast ściągnął mu plecak, drugi splunął mu na ubranie i przycisnął jak zawsze do ławki. Trzeci po prostu stał z boku i z szyderczym uśmiechem przypatrywał się temu. Zeszyty jak zawsze wylądowały na ziemi, a Maciek na trawie, skopany i potargany. Dzisiaj jednak nie zniszczyli mu okularów. Leżąc na ziemi i patrząc w niebo uśmiechnął się lekko. Tym razem nie musiał okłamywać rodziców. Chwila małego triumfu w tej paskudnej chwili. Pozbierał zeszyty i odszedł bez słowa... - Hej, a podziękować to kurwa nie łaska, co kurduplu? - Dziękuję - odpowiedział cicho, zapinając plecak. Nic się nie zmieniło.
- Nieładnie tak szykanować mniejszych - przemówił ktoś. Maciek poznał ten głos natychmiast. To był ten sam zachrypnięty głos, który usłyszał poprzedniego dnia. Nawet ta sama intonacja... był absolutnie pewien. Gdy odwrócił się zobaczył, że na ławce siedział mężczyzna z poprzedniego dnia. Ten, który wytłumaczył mu, że nie żyje. Ten, który dał mu drugą szansę. - Spadaj gnoju, bo wpierdol dostaniesz. Mężczyzna zeskoczył z ławki i uderzył pięścią tego, który to powiedział, następnie kopnął stojącego obok chłopaka w brzuch, a trzeciego, który podbiegł uderzył kolanem w krocze. - Ostatni - odwinął włosy, które zasłoniły jego oczy - który mnie nazwał gnojem, smaży się w piekle. Jeden z chłopaków jednak nie posłuchał tego ostrzeżenia i rzucił się na mężczyznę. To był poważny błąd. Maćkowi wydawało się jakby nieznajomy płynął w powietrzu, jakby jego ruchy obserwował na ekranie telewizora, a nie w rzeczywistości. Nawet nie drgnął gdy ręka atakującego zgięła się w łokciu z ohydnym chrupnięciem wbrew prawom anatomii. Jakby pozbawiony uczuć - wpatrywał się w skórę, która została rozerwana przez wystającą kość. Chwile potem głowa delikwenta została wgnieciona w chodnik i przyciśnięta butem mężczyzny. Nim Maciek przełknął ślinę pierwszy z chłopaków leżał martwy. Pozostali w tym monecie zrozumieli, że to nie zabawa. Jeden nawet wstał by uciekać, ale nieznajomy był szybszy. Złapał go za rękę i siłą zmusił do kucnięcia. Dziwną bronią - nożem z ostrzem po obu stronach rękojeści - przeciął krtań ofierze. Gdy ta padła martwa na ziemię trzeci był już gotów do ucieczki... on już uciekał, ale... spojrzał ostatni raz na mordercę. Na kata. Jego oczy wirowały nienawiścią, absolutnym złem. Za przesłoną czerwonych niczym krew źrenic widział ogień piekielny, tak gorący, że parzył go w twarz. A jego uśmiech... wyglądał jakby bawił go widok krwi. Uśmiech, który świadczył, że jeszcze wiele się jej przeleje, a on będzie z tego czerpać samą przyjemność. To była istota nie do powstrzymania, pełna żądzy krwi... Uciekł ile miał sił w nogach. Jak najdalej od tego miejsca, od tego potwora.
- Kim jesteś? - Maciek zapytał widząc straszliwy wyraz twarzy nieznajomego. - Ja mówię Ping... Mężczyzna zbliżył się do chłopaka. Ten o dziwo jednak się nie bał. Mimo przerażającego obrazu jaki zobaczył, wiedział, że nie stanie mu się krzywda. - ...ty mówisz Pong, hahaha - nieznajomy zaśmiał się. - Urocze istotki. Godne zarżnięcia jak psy. Po tych słowach twarz mężczyzny powróciła do normalnego stanu a jego głos ponownie stał się lekko zachrypnięty. - Pytasz kim jestem? A więc udzielę ci odpowiedzi. Demon, z imienia Tofoe, czwartej kategorii drugiej krwi. Ale aktualnie... twój pan i władca.
Nic się nie zmieniło? A może coś się jednak zmieniło? Maciek nawet nie wiedział kiedy, ale odszedł razem z demonem w jakieś bardziej ustronne miejsce, w każdym razie daleko od trupów. Jego świadomość była w całkiem innym miejscu. W głębi zastanawiał się nad tym, co mu się przytrafiło. Dlaczego to mu się przytrafiło... co z tego może być prawdą, a co snem. Jego zbłąkane oczy rozglądały się po budynkach, sklepach, ludziach. Kim oni byli, tylko zjawami, czy prawdziwymi istotami. Mieli dusze czy byli zmyśleni. Zastanawiał się, czy jak ich dotknie to się rozpłyną czy napotka opór. Dlaczego o tym myślał? Wreszcie jego wzrok spoczął na demonie, który mu towarzyszył a po chwili zdał sobie sprawę, że jest na dachu jakiegoś nieznanego mu budynku. - Ping? - zapytał z uśmiechem Tofoe. - Yyy... pong? - Maciek odpowiedział niepewnie. - Widzisz, szybko się uczysz. A teraz do sedna - demon włożył dłonie do kieszeni i oparł się o komin - wybrałem cię do pewnego zadania. To zadanie to zebranie pewnych dusz. Paru takich, które nam są potrzebne. - Demonom... Ta wypowiedź była niezwykle chłodna, pozbawiona uczuć. Maciek najwyraźniej dalej myślał, iż jest we śnie. Tofoe podszedł do niego i uderzył go w czoło, gdy chłopak otworzył oczy nie znajdował się na dachu tylko na środku starego mostu kolejowego. - Nie igraj ze mną, młody. Owszem, demonom, ale nic ci do tego. Twoje zadanie to po prostu dostarczyć nam je. Jeśli wykonasz je, dostaniesz drugą szansę. Ale jeśli w jakimkolwiek momencie zwątpimy w ciebie, to wracasz tam gdzie twoje miejsce... do piekła. - He, dlaczego niby człowiek miałby wypełniać wasze zadania? Demon uśmiechnął się lekko. - Mówiłem, byś nie igrał... Ten, którego ocaliłem. Ten, który uciekł mi. Ten, który cię szykanował. On ma duszę, której chcemy. - No i co z tego? - Maciek zmarszczył brwi. Dlaczego jego umysł igrał z demonem, diabłem, sługą piekła? Dlaczego wciąż myślał, iż to sen? - Wiesz jak się zabiera duszę, prawda? Wiesz... Zabija się! Nagle do ich uszu…