Przyjaźń · 9 min czytania
Gołębiarz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Gołębiarz
„Niech słowo broni się samo!”, ale słowo moje zbyt ubogie, zbyt mizerne, zbytnio milczy. Słowo moje się nie obroni, ja wiem. Usłuchajcie zatem historii. Innej, niż chciałem opowiedzieć: Późnojesienne słońce delikatnie głaskało moją łysinę. Wietrzyk smagał przyjemnie rzeczywistość, a ja wlepiałem wzrok w bruk rynku mojego miasta. Ławek było tak kiedyś z dziesięć, ale teraz zostały już tylko dwie. Wandale. Przysiadałem zawsze na jednej z nich, bo druga znajdowała się zaraz przy bramie – łukowatej, całkiem estetycznej (bo i takiż ryneczek), ale nie mogłem tam nigdy wytrzymać, gdyż czułem się nieswojo – czasem jakby mnie kto naglił do wyjścia, a czasem jakby się uporczywie gapił. Podniosłem wzrok i spojrzałem na ratusz. W tym cholernym ratuszu o mało nie przyszło mi kiedyś pracować, ale pechowym zbiegiem zdarzeń (a teraz już wiem, że na całe szczęście) nic z tego nie wyszło. Poprawiłem brązowe palto, żeby fałdy zbyt wyraźne nie wystąpiły mi na grzbiecie i siedziałem dalej. Sześćdziesiąt siedem lat w tym mieście to wystarczająco, by wszystko poznać, wszystkim się znudzić, a potem zrozumieć, że nie zna się niczego i od nowa się dziwić. Dziwiłem się zatem jak ten straganiarz (a skurwiel, skurwiel z niego był – wiem to) dziennie pomidory rozkładał i dziwiłem się erekcji wieży ratuszowej – mimo zim i lat, i wojny, i komunistów, i poetów, i straganiarzy. Dziwiłem się dalej, że bruk jak sprzed wojny na tym rynku, ale nikt ani myśli czegoś z tym zrobić. Dziwiłem się, że schodki do kramików wokoło wchodzą na chodnik, czyniąc go bardzo wąskim, choć Unia tak nie zezwala. Dziwiłem się, że siada nieraz koło mnie pan Zduński, którego tomiki jeszcze z czasów socjalizmu Urząd Miasta wydaje, a wydaje, bo one, oględnie rzecz biorąc, chwaliły. Zaś tak były mizerne, że niewiadomo, co i kogo, ergo wystarczyło przedmowy zmieniać, aby kontekst pożądany uzyskać. I tak chwaliły wydajność socjalistycznych przodowników pracy, chwaliły nowy porządek i pluralizm, chwalą Europę, a chwalić będą samego diabła, jeśli zajdzie potrzeba. Ale najbardziej dziwiłem się gołębiom. Dni moje wyglądają zazwyczaj podobnie. Od lat czterdziestu dzień w dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok prowadzę tę samą igraszkę. Wiruję w raz ustalonym cyklu jako ta wiedźma w opętańczych piruetach, jako dżuma w swych radosnych harcach. Wstaję ja ranka każdego, a już na mnie ze ściany spoziera obrazek Serca Jezusowego. Wychodzę więc z łóżka i padam na kolana. Modlę się gorliwie, choć jestem ateistą. Modlę się do zimnej brązowej ściany kamienicznej, z której stopniowo schodzi biały wzór, niby to liści. Mój zawód ktoś nazwał „wolnym”, choć nie daje mi poczucia wolności, ale przynajmniej mam czas. Mam czas? Nikt go nie ma. Wychodzę, by ujrzeć mieniący się jak w kalejdoskopie, pełen żywotnej zieloności, szary krajobraz, zaprawiony przemieszaną wonią czasów teraźniejszych, przeszłych i zaprzeszłych. Kupuję zawsze woreczek ziarna w zoologicznym, idę na rynek i siadam na mojej ławce (a nie inaczej było i tego dnia). Otwieram książkę, albo gazetę, lub też spoglądam na ratusz i kamieniczki. Po jakimś czasie wyciągam z wewnętrznej kieszeni marynarki ziarno. Zależy, jaka jest pora roku, jeśli wokół – dajmy na to – wiosna, muszę wysypać je na bruk, aby zleciały się gołębie. Jednak jeżeli mamy przykładowo już schyłek lata, na sam szelest gromadzą się wokół ławeczki. Kiedy miałem babę, mawiała, że mam „pierdolca” na punkcie tych ptaków. Ale to były złe czasy, niedobre czasy. Teraz już nie mam baby i nikt nie wmawia mi nie moich dziwactw. Jestem sam sobie i sam dla siebie wiem, że jej „pierdolec” zwie się miłością. Tak, kocham gołębie. Zawsze je kochałem. Jeszcze gdy w krótkich gatkach ganiałem do szkoły zaraz po wojnie, nieraz na pierwszą lekcję się spóźniałem, przez co niejedna w moim dzienniczku uwaga i na tyłku ojcowska rózga. I nikt nie mógł zrozumieć, że ja musiałem patrzeć na gołębie, które właśnie zleciały całym kluczek na drzewa przy boisku szkolnym. Ale dalej co do pór roku: im bliżej schyłku jesieni, tym znają mnie lepiej. Potem już nawet nie muszę siadać na ławce: wystarczy, że wejdę na rynek, a one już są na miejscu, czekają. Oczywiście nieraz przysiadają na mnie – karmię je z ręki, albo wymyślam ciekawsze zabawy – czasem nasypię sobie ziaren na rondo kapelusza…