Thriller · 39 min czytania
Gołębie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Düsseldorf to dosyć duże miasto. Piękne, kolorowe budynki, ludność kilkanaście tysięcy. Pogoda przez cały rok bardzo dobra. Turyści przyjeżdżają tu obejrzeć piękne, bogate zabytki Niemiec. Wszystkie są tak cholernie idealne, że ludzie mieszkający w Düsseldorf wpadają powoli w rutynę i zaczynają po prostu nimi rzygać. Tak jak Sven. Najchętniej wychrzaniły tych namolnych turystów, niech spadają gdziekolwiek, byle dalej od niego. Tylko śmiecą i brudzą. Chociaż Sven i tak ma to w głębokim poważaniu. Ale w Düsseldorf przynajmniej nikt nie obgaduje ludzi jak w małych miasteczkach. Starsze babinki, których jedynym zajęciem przez cały rok jest plotkowanie dostały ostatnio nowe komunalne mieszkania, gdzieś na obrzeżach. Wyniosły się z tej okolicy. I nie ma już głupich plotek i komentarzy. Wszystko jest dobrze. „Bardzo dobrze”- myśli sobie Sven. Siedzi przy stole, w swojej małej kuchni i obserwuje życie za oknem. Kuchnia jest nieduża, ale dobrze oświetlona. Teraz, w południe, słońce odbija się od sterty nie umytych naczyń, zalegających w zlewie od kilku dni. Wskazówki zegara, wiszącego nad starą, brązową kuchenką gazową przesuwają się leniwie ku godzinie drugiej. Ściany były kiedyś białe, ale warstwy kurzu zbierane latami spowodowały zmianę koloru na brudnoszary. Po podłodze walają się jakieś szmatki, a może ubrania, trudno właściwie je rozróżnić. Sven stuka palcami o blat stołu. Jak zawsze o tej porze dopada go to dziwne uczucie. Patrzy na obraz za oknem i marszczy co chwila brwi. Mieszka na pierwszym piętrze i ma stąd widok na całe podwórko. Właściwie nigdy nie nazywał tego podwórkiem. To tylko taka prowizorka. Łysy kawałek ziemi, obsiany gdzieniegdzie trawą. I jakaś piaskownica. Od kiedy pamiętał sikały tam psy, czasami nawet koty. Teraz po podwórku drepta parę gołębi. Dziobią coś z ziemi, ale Sven nie ma pojęcia, co to może być, bo nikt nie wyrzuca tam żadnych okruszków, ani starych bułek. „To pewnie jakieś syfy” - myśli sobie. Ale to tylko pozory. Sven wie, o co tak naprawdę chodzi gołębiom. Krążą po podwórku, dziobią, ale wcale nie skupiają się na tym dziobaniu. Mają takie dziwne oczy. Nie widać, w którą stronę patrzą. Sven wie. Obserwują go. Odkrył to parę tygodni temu. Wrócił właśnie z pracy i wszedł szybko do mieszkania, jak zawsze szybko, bo ktoś mógł go przecież śledzić. Zatrzasnął za sobą pospiesznie drzwi. Potem wszedł do kuchni i one już tam były. Tam, za oknem. Nagle uderzyło go, że gdziekolwiek by się nie ruszył, one tam są. Wszędzie. Kiedy idzie do łazienki, nagle znikają z podwórka, co sprawdzał wiele razy. A kiedy wraca pojawiają się z powrotem. I potem drepczą za nim wszędzie, obserwują każdy jego ruch. Każdy. [to inwigilacja!] Ale Sven już się do tego przyzwyczaił. Teraz siedzi przy stole i rzuca gołębiom nienawistne spojrzenia. Nie spotkał nigdy bardziej krnąbrnych stworzeń. Oprócz kilku ludzi. Sven patrzy na portret dziewczyny, stojący na jednej z komód. Zdjęcie jest czarno-białe, oprawione w brzydką, turkusową ramkę. Jest na nim kilka plam, może po kawie. Dziewczyna ma długie, kasztanowe włosy, spływające jej aż za ramiona i obcisły czarny top. Patrzy się dziwnie przed siebie. To Sven uznał, że to dziwne spojrzenie, ona zawsze się tak patrzyła. Jakby z pretensją. A może z lękiem. To Ana, była dziewczyna Svena. On nie lubi jej się przyglądać, właściwie nie wie, czemu umieścił w tym miejscu zdjęcie. Mieszkali ze sobą kilka miesięcy, a potem Ana nagle uznała, że Sven jest wariatem i wyjechała, gdzieś do Danii, a może nawet dalej. Co za różnica. I kogo to w ogóle obchodzi, gdzie ona się podziewa. „Porąbana schizofreniczka”- myśli sobie Sven, ruszając w kierunku zlewu po szklankę wody. Odkręca kran. Paru ludzi próbowało mu już wmówić, że jest wariatem. Debile, chcieli skierować go na leczenie. Psychiatryk, to dobre. Białe kaftany bezpieczeństwa. Nigdy nie założy białych kaftanów bezpieczeństwa! Nie jest wariatem, to Ana jest wariatką, cholerną wariatką. Sven siada przy stole ze szklanką wody. Chce mu się pić, zawsze dużo pije w lato. Jest mu strasznie gorąco. Odwraca się i widzi, że gołębie siedzą na zewnętrznym parapecie jego okna. Ich małe, czarne oczka wwiercają się w jego oczy. [obserwują Cię] -Spierdalać!- wstaje i wali pięścią w brudną szybę. Potem siada z powrotem i łapie się za głowę. Ma dosyć tej ciągłej obserwacji. Tajnego nadzoru. Ptasiej inwigilacji. Wzdycha głęboko i kładzie głowę na stole. Nienawidzi siedzieć tak w domu i gnić. Czuje się wtedy jak ostatni śmieć. I to dziwne uczucie. Gnębi go. Sven ma ochotę wyjść na ulicę i rozwalić każdego, kto nie będzie mu się podobał. Wstaje znów, odkłada szklankę z powrotem do zlewu i kieruje się do swojego ‘salonu’. Siada na starej, brzydkiej kanapie w ciemnozielone paski, po czym rozgląda się dookoła. Tu też jest dużo okien, jak w całym domu. Tak dużo, że Sven ma czasem ochotę zamurować je wszystkie. Ale nie będzie kupował jakichś obrzydliwych firanek. Te okna są jak teleekrany, jak jakieś cholerne kamery. Może to przez nie to dziwne uczucie. Może powinien je jednak zamurować. Sven kładzie się i zamyka oczy. Wciąż dręczy go to uczucie. Nie daje mu spokoju. Sven myśli sobie, że nie będzie się teraz ruszać. Bo tam, za oknami wszędzie są gołębie. To jasne, co robią. Obserwują go.
Sven idzie wolno jedną z długich uliczek Düsseldorfu. Wciąż jest ciepło, ale słońce chyli się wolno ku zachodowi. Długie cienie kładą się na wszystkich chodnikach. Czuć w powietrzu lato. Ludzie zaczynają wylegać z domów, spotykają się z przyjaciółmi. Bawią się. Sven nie ma przyjaciół. Od kiedy opuściła go Ana (właściwie, przecież to on ją opuścił), a jego rodzice zmarli nie ma zupełnie żadnych przyjaciół. ‘Koledzy’ z pracy uważają go za czubka. On uważa ich za idiotów. Więc sprawa jest chyba jasna. Przyjaciele są gówno warci, myśli sobie Sven, skręcając w jedną z bocznych uliczek, prowadzących w kierunku starego miasta. Kiedyś miał jakiegoś przyjaciela, właściwie to był pies. Nazywał się Angus. Miał takie miękkie, brązowe futerko. I zawsze rzucał się radośnie na Svena, kiedy ten wracał ze szkoły. Miał bardzo dużo zabawek. Aż pewnego dnia, na codziennym spacerze oberwał mocno od jakiegoś wilczura, który postanowił stoczyć z nim walkę. I umarł. Potem Sven nie miał już przyjaciół. Ludzie dookoła śmieją się. Strasznie ich coś śmieszy, no wprost niesamowicie. Sven patrzy na ich pootwierane usta. To obrzydliwe. Jakaś para przechodzi obok niego, chichocząc. To chudy wysoki chłopak przystrzyżony na jeża i niska dziewczyna o długich kasztanowych włosach. Ale z czego oni się tak śmieją? Co może być takie zabawne? „To pewnie ja”- myśli Sven, przypominając sobie o gołębiach. Pewnie nie tylko one się mu przyglądają. Ludzie też są w to wciągnięci. Wszyscy. Wszyscy się na niego patrzą! [o tak, patrzą się na Ciebie] -Czego się tak gapicie?!- woła nagle Sven. Para przechodząca obok niego przestaje się śmiać i spogląda na niego dziwnie. Z pogardą! Z lękiem! Lekceważąco! Sven zna to spojrzenie. A niska dziewczyna przypomina mu trochę Anę. Uśmiecha się z ten sam sposób, okropny sposób. -Cholerna wariatka!- krzyczy Sven, wymachując rękoma, po czym mija parę i idzie dalej, w kierunku kościoła św. Lamberta. Czuje na sobie wścibskie spojrzenia tłumu. Wszyscy się na niego gapią. Jakby był jakimś czubkiem. Nie jest czubkiem! Nie jest cholernym, walniętym czubkiem! Nikt nie zamknie go w domu wariatów! Nie jest wariatem! Nie jest cholernym, walniętym wariatem! Ludzie dookoła szpecą, ich liczne szepty zmieniają się w bezkształtny bełkot, z którego nie da się rozróżnić słów. Ale Sven słyszy. „Wariat”- mówią. „Czubek”- szepcą. „Psychol”- śmieją się. -Nie jestem psycholem- upiera się Sven. Przyspiesza kroku, chcąc odgrodzić się od wścibskich spojrzeń wszystkich ludzi. Nagle robi mu się strasznie gorąco, choć słońce właściwie jest już na horyzoncie. Znika. „Ja też powinienem już zniknąć”- myśli sobie Sven, stając przed wielkim, gotyckim kościołem żółtego koloru. Rozgląda się dookoła, i oprócz wpatrujących się w niego namolnie ludzi widzi też gołębie, chodzące po placu i dziobiące z chodnika jakieś paprochy. Niby chodzą po tym placu tak zupełnie przypadkowo. Gówno prawda. Sven wie, że to specjalny szyk. Szyk gołębiowej inwigilacji, tor według którego poruszają się, aby go śledzić. Jest im wytyczony przez kogoś góry. I mają tajny kod, jak stukać w chodnik. Sven nie odkrył jeszcze jak działa, ale zamierza zrobić to w najbliższej przyszłości. Odwraca się i ignorując zupełnie wścibskie spojrzenia ludzi dąży w kierunku swojego domu.
Sven znów siedzi przy oknie w swojej małej kuchni. Na całym stole leżą jakieś papiery, kilka ołówków, długopisy i kubek z kawą, zalaną gorącą wodą z kranu. Jedynym dźwiękiem w całym pomieszczeniu jest miarowe tykanie zegara. I ciche stukanie. Sven wpatruje się w biel kartki, leżącej przed nim krzywo. Chce napisać o wiersz. Nie wie jeszcze o czym, ale jakiś pomysł kształtuje się w jego głowie. Patrzy na gołębie, spacerujące spokojnie po podwórku. Przypomina sobie Anę. I wszystkie niesprawiedliwości, których doświadczył w życiu. Przez chwilę siedzi wyprostowany, wdychając opary gorącej kawy. Potem schyla się i kreśli u góry kartki długopisem jedno krótkie słowo: PAKT. Składa ręce i patrzy na ścianę obok. Nie jest wybitnym poetą, ale czasem zdarza mu się napisać coś dobrego. Coś naprawdę dobrego. Tak, raz na jakiś czas. [bo przecież najlepsza poezja powstaje pod wpływem prochów albo jakiejś choroby] -Nie jestem chory!- krzyczy Sven waląc pięścią w stół. Część kawy wylatuje z niskiego kubka, plamiąc nieskazitelnie białą kartkę. Co to za głos? Po raz kolejny Sven słyszy ten głos, ale nie umie zlokalizować jego źródła. [jestem Tobą] -Kim?- pyta, marszcząc brwi. Na podwórku bawią się jakieś dzieci, ich śmiech nie pozwala mu myśleć. Gołębie gruchają cicho. [a kim jesteś?] -Nie jestem wariatem- zapewnia Sven, ugniatając swoje ręce. [nie?] Krzywi się w niesmaku. O co chodzi temu gościowi? Skąd przyszedł i czemu się do niego przyczepił? Zdecydowanie mu się to nie podoba. -Nie pierdol- rzuca i stara się wrócić do pisania wiersza. Głos nie odzywa się. Robi się nagle strasznie cicho. Słychać tylko zegar. Sven unosi głowę do góry i nagle w jego głowie pojawia się pomysł. Schyla się i pisze: Zawarłem pakt Czerwono-czarny, podobny do cyrografu Patrzy na kartkę i czyta parę razy napisane przez siebie linijki. „Całkiem nieźle”- myśli, upijając kilka łyków ze swojego kubka. Potężna dawka kofeiny pobudza go trochę. Schyla się znów: Jest cichy i nieokreślony Karmię się jego potomnością Przepełnia do cna moje wnętrzności Myśli przez chwilę. Po krótszym zastanowieniu skreśla ostatnią linijkę i zamiast tego pisze: Definiuję się z jego oddechem Jest wodą Potrzebuję go Aby umrzeć Wyprostowuje się i opiera o krzesło. Stuka palcami o blat stołu. Myśli. Nie łatwo wymyślić dobry wiersz. Sven chce, żeby wyrażał jego uczucia. Przenosi wzrok na okno, za którym gołębie wpatrują się w niego uparcie. Marszczy brwi i pisze: O, ślepa niesprawiedliwości! Wchłoń moje zmęczone zmysły Mojego przyjaciela Zwanego izolacją Urywa. Unosi rękę w kierunku włosów, po czym zaczyna głaskać je mechanicznie. Patrzy w lustro, zawieszone niedbale w kuchni. Jest zbite w paru miejscach, to ślady po napadach złości. Widać parę zadrapań w rogach. Sven wpatruje się w swoje wychudzone odbicie. Jest blady. Zawsze był blady, od kiedy pamiętał. Cera jak u wampira. Ma długie włosy, może trochę za długie, ale nie ma ochoty chodzić do fryzjera, jest przecież parę ulic stąd. A to za daleko. Sven ma też grube brwi. Przypomina trochę takiego nieopalonego, zarośniętego latynosa. Nigdy się sobie nie podobał. Drapie się w głowę i schyla znów do kartki: I moją nieostrożność Której dopuściłem się jutro wieczorem Wzdycha głęboko i rzuca długopis na stół. Nagle zupełnie opuszcza go wena. Trudno jest napisać coś dobrego, naprawdę trudno. A teraz brakuje mu jakichkolwiek bodźców. Wie, że gołębie właśnie go obserwują, ale przecież robią to przez cały czas. Z biegiem czasu ptasia inwigilacja zrobiła się wręcz nudna. O czym ma teraz pisać? O nienawiści do świata? Sven siedzi przez chwilę w ciszy. Marszczy nagle brwi i wytęża słuch. ... Ghr! ... Ghhr! ... ... Ghr Ghr! Oko Svena przesuwa się ostrożnie w oczodole. Patrzy teraz dokładnie na okno, wychodzące na podwórko. Na piaskownicę. Na gołębie. One patrzą się na Svena. ... Ghr! ... Stara się nie poruszać żadną częścią ciała. Wie, że zaraz może odkryć coś niezwykłego. Na jego czole pojawia się mała kropla potu. ... ... Ghr Ghr! ... Przełyka ślinę i oblizuje powoli spierzchłe usta. Jeszcze chwila... ... Ghr Ghr Ghr! ... Ghr Ghr Ghr Ghr! Gołębie podrywają się nagle do góry i wszystkie naraz odlatują z piaskownicy gdzieś tam, daleko. Zupełnie niespodziewanie. Aha! Teraz Sven wie już, jak porozumiewają się te wredne stworzenia! To niesamowite, ale wreszcie rozgryzł tą dziwną zagadkę. Teraz wie! Teraz już rozumie, co one tam cały czas gruchają. I myśli sobie, że zaraz to zapisze i zapamięta. Ale najpierw dokończy wiersz. Schyla się do kartki. Strach jest zabójcą myśli Nie pozwolę zabić swoich myśli Nigdy nie zabiję swoich myśli Gołębie Nie zabijajcie moich myśli Nie pozwólcie, żebym zabił swoje myśli I nie pozwólcie mi zerwać mojego paktu Nie słychać już wcale gruchania gołębi. Sven uspokaja się znacznie. Oddycha teraz głęboko i miarowo. Kiwa głową, wpatrując się w brudną szybę swojego mieszkania. Mysli sobie, ze przypnie ten wiersz do lodówki. Nigdy nie kłamię Uśmiecha się. Nie jestem wariatem
***
Część 22 / 2
Sven siedzi przy komputerze i wpatruje się bezmyślni w ekran. Zupełnie bez sensu, nigdy nie lubił tego piekielnego urządzenia. A musi na co dzień obchodzić się z nim w pracy. Kompletny nonsens. O co właściwie chodzi? Kwadratowe pudełko i mnóstwo klawiszy, nie wiadomo, który do czego służy. Pogoda pogorszyła się trochę przez kilka ostatnich dni. Teraz Sven wygląda za okno i widzi czarne chmury, zbierające się od rana nad miastem. Burza wisi w powietrzu. Chłodny wiatr smaga ludzi, którzy odważyli się wyjść z domu w taki dzień. Jest zimno. To już końcówka lata. Sven przegląda właśnie stronę internetową, poświęcona broni. Właściwie to jest sklep z akcesoriami militarnymi. Szczególnie interesuje go pozycja „MP5 A5. Jest bardzo pociągająca. Sven wpatruje się w zdjęcie, na którym karabin połyskuje w blasku lamp fotograficznych. Jest taki... piękny.. Sven wyobraża sobie, że trzyma go rękach. Czyści i poleruje. Wkłada naboje. Zakłada na plecy. A potem... -Staude! Sven odwraca się i nagle wyrasta przed nim potężna sylwetka jego szefa, Iana Leyffera. -Staude do cholery, znowu się obijasz? Patrzy na wąsatego mężczyznę po czterdziestce i krzywi się w niesmaku. Jak on go nienawidzi. Dobry Boże, jak on go nienawidzi. Te jego dziwne miny. Szyderstwa. Jego władza. Czasami ma ochotę rozwalić mu łeb z karabinu, albo innego cacka. Na pewno kiedyś to zrobi. Szef zakłada ręce, w ten swój lekceważący sposób. -No co się tak gapisz? Za co ja ci płacę?- pyta. Obchodzi komputer dookoła- Ogłuchłeś? Sven zaciska zęby i wbija wzrok w monitor. -Niezbyt- mruczy pod nosem. -Co ty tam szepcesz?- Ian marszczy brwi, pochylając się w kierunku Svena. Ten odsuwa się lekko. -Nic, proszę pana- odpowiada krótko. -Jak to nic?- Leyffer zakłada ręce. Nagle, zupełnie niespodziewanie zaczyna kaszleć. Jego świńskie oczka obracają się w oczodołach we wszystkie strony, jak zawsze kiedy nie może oddychać. Ma chyba jakieś problemy z płucami. -Nic, proszę pana- powtarza Sven. -Pracuj do cholery!- wykrztusza Leyffer pochyla się jeszcze bardziej do przodu. Sven czuje jego nieświeży oddech- Bez pracy nie ma kołaczy, Staude, a pracy nie ma bez odrobiny rozumu. Masz tam jeszcze trochę rozumu?- wskazuje na głowę Svena i śmieje się przez dłuższy czas, aż jego pulchna twarz robi się czerwona. [chcesz, żeby ten debil nagle zniknął?] Sven odwraca się. Znów słyszy ten głos. Skąd on się bierze? Co właściwie do niego mówi? O co mu chodzi? [chodzi mi o to, żeby ten debil zniknął] Leyffer? [chcesz tego, prawda?] Sven myśli przez chwilę. Tak, chce tego. To by było piękne. Bez tego ględzenia, z całkowitą wolnością. [możesz to zrobić] Zrobić to? [tak, zrób to] Co?- dziwi się Sven. [wiesz co] Leyffer wciąż śmieje się, aż z czerwieni przechodzi w purpurowy. Śmieje się, śmieje, wytrzeszczając swoje małe oczka. A potem śmiech przeradza się w kolejny atak kaszlu. Suchy, mocny, jak u gruźlika. Sven patrzy z satysfakcją, jak jego szef łapie się za szyję, po czym znowu unosi ręce do góry i macha nimi, w dzikim, panicznym tańcu. Patrzy, jak żyły pojawiają się na jego czole. Uśmiecha się. -Sta..aaa- zaczyna Leyffer, trzęsąc się, jak w malignie. Kolory na jego twarzy zmieniają się jak w kalejdoskopie- auu..dee... stau...de! Sven obserwuje go przez chwilę z niesamowitym spokojem. „Jakie to żałosne”- myśli sobie, kręcąc głową. Potem podnosi się i staje z nim oko w oko. Przez chwilę wpatruje się w jego brązowe tęczówki. Oczy Svena są szare, zawsze takie miał, zupełnie bez wyrazu. Ian wyciąga ręce przed siebie, w ślepej panice. -Ciota- rzuca Sven, zamachuje się i z całej siły uderza pięścią swojego szefa. [świetnie!] Uśmiecha się. [dalej!] Uderza znowu. I znowu. I jeszcze raz. Leyyfer zwija się w bólu, nadal nie przestaje kaszleć. Jego twarz jest teraz niesamowicie czerwona. Cierpi. [niech cierpi] Wydaje z siebie zachrypnięty, przeciągły dźwięk i pada na ziemię. Sven waha się. I co teraz zrobi? Zabije go? A może zostawi tu, przy swoim biurku? Nagle robi mu się dziwnie przykro. Dlaczego to zrobił? Dlaczego go pobił? Czy jest z nim aż tak źle? Przecież nie jest wariatem! [nie daj zrobić z siebie wariata] -Więc co mam teraz zrobić?- pyta, siadając przy swoim biurku. Nie wie już nic. Przecież... przecież nie jest czubkiem! [pomyśl] Nagle Sven strasznie się denerwuje. -Cholera! Łatwo tak teraz powiedzieć!- wrzeszczy waląc pięścią w biurko-Cholera- powtarza, zrzucając z niego rzeczy jednym ruchem ręki. Jego szef wciąż zwija się przed nim z bólu. Miejsce Svena jest zupełnie puste, odizolowane od innych stanowisk pracy. Gdzieś, na szarym końcu budynku. Pewnie nikt nie słyszał jeszcze jęków Leyffera. Sven siedzi przez chwilę przy biurku, z rękami założonymi na głowę. Wpatruje się tępo w bladoniebieskie drewno. Czuje pustkę w swoim umyśle. Zupełnie nie wie co ma teraz zrobić. -Niech to szlag!- krzyczy, po czym ucisza się od razu, przypominając sobie, że zaraz ktoś może tu wpaść. Zupełnie niespodziewanie. [co teraz?] -Nie mam pojęcia. [co zrobisz?] -Nie mam cholernego pojęcia co zrobić! [a musisz?] Sven wstaje nagle. Nie. Nie musi. Przecież może go tu zostawić. Zakryć czymś, albo ukryć. I wymknąć się chyłkiem z biura. Zupełnie niespostrzeżenie. A potem już nigdy nie wróci. Tak! Tak właśnie zrobi! [zrób to!] Uśmiecha się, patrząc na Leyffera.
***
Sven znów siedzi w swojej małej kuchni. Obserwuje spokojnie swoje podwórko. Pogoda poprawiła się trochę, ale wiatr wciąż strasznie wieje. Po prostu nie ma już tylu czarnych chmur. Na podwórku nie dzieje się nic szczególnego. Jakieś dziecko bawi się w piaskownicy, pod opieką matki. Nie ma nawet gołębi. To strasznie dziwne, bo zawsze tu są, non-stop obserwują Svena.