Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 44 min czytania

Gondola

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{font:times}„Gondola”

Włochy od zawsze były ciepłym krajem. Tak bardzo ciepłym, że ilekroć tam przybywano, człowiek musiał spośród wszystkich swoich naturalnych przyzwyczajeń wywalić z listy niechęć do śródziemnomorskiego klimatu. No, może nie każdy. Fernandez Bartolini Riviera (chociaż często złośliwie wołali go „Oczko” przez opaskę na lewym oku) chodził dzisiaj po pokładzie zadumany jakby drugą pensję dostał. I nic dziwnego, bo każdy z najemników miewał takie dni, kiedy wpadał w stan zamyślenia, mogąc po raz kolejny zobaczyć rodzinne strony (nie zapominajmy jednak, iż takiemu przeżyciu towarzyszyły różne emocje, a w zależności od tego każdy z chłopaków miał specyficzny humor kompletnie zmieniający nastrój całej załogi). Decyzja o podróży do Watykanu nie nadeszła zbyt prędko. Telegrafy choć krążyły w miarę sprawnie, to jednak ostatni wyładunek zabrał tyle czasu, że kapitan zwlekał z poinformowaniem załogi wiedząc, iż nikt nie będzie zadowolony z tak szybkiego opuszczenia Playmouth. Jedyną, dość marną pociechą była możliwość ponownego ujrzenia niegdyś czerwonych pól uprawnych, rozłożonych szerokim dywanem niemalże zaraz u podnóży mroźnego łańcucha Pirenejów. To nic, że pokrywał je nuklearny pseudo śnieg i z tej czerwieni mało co zostało, ale w czasach gdy ludzkość próbowała po prostu przetrwać, było to po prostu COŚ, nawet pomimo tego, że po drodze załoga ponownie musiała oglądać przygnębiający widok opustoszałej Barcelony i ruiny Mediolanu. Wraz z podróżą chłodny wiatr zaczął ulegać, aż do znacznego zmniejszenia odległości do równoleżnika 40 stopni kiedy powziął sobie za cel na początek wysuszyć gardła wszystkim najemnikom, by potem stopniowo wpychać im do nich mało przyjemną, utrudniającą spanie wilgoć. Ciepły, acz umiarkowany, smagał nieubłaganie, a rumor silnika parowego, zasilającego napęd trząsł całą konstrukcją gondoli wzmacniając ten efekt wywołując od czasu do czasu nieplanowane turbulencje. Złośliwy by stwierdził, że równie dobrze można by wyjąc sobie nogi, a na ich miejsce wstawić dwa wibratory… albo coś innego, co wibruje. Nieważne. W każdym razie było momentami ciężko zasnąć w kabinie, zwłaszcza gdy kolega w kubryku puścił bąka po dzisiejszej kolacji, czyli puszce fasoli. Młody Wilhelm leżał wówczas w swojej koi co chwila przewracając się z jednego boku na drugi. No, w zasadzie nie Wilhelm tylko Willy. Tak zaraz pierwszego dnia ochrzcili go koledzy gdy tylko postawił nogę na drewnianym stopniu trapu bo starszy marynarz Duńczyk stwierdził, że imię „Wilhelm” brzmi zbyt pedalsko. A, odnośnie Duńczyka: tak, to on pierdział, uprzykrzając skutecznie życie pozostałym trzem lokatorom. - Dorn, weź już kurwa skończ bo do wachty została mi tylko godzina i byłbym wielce rad gdybym mógł się wyspać przed manewrami. - Pół.- odpowiedział półprzytomnie starszy marynarz. - Co „pół?” - Zostało Ci pół godziny. Nie stękaj. W tym momencie coś zgrzytnęło, a drewniany kadłub zaskrzypiał donośnie, fałszem tysiąca drewnianych belek. - Znowu mają problem z powerpackiem- burknął spod kołdry Gustlik.- Jak tak dalej pójdzie to nie dalej jak za tydzień, będziemy przy cumowaniu liny z krzyża ciągnąć. - Zamknijcie się w końcu!- Krzyknął już zrezygnowany, młodszy wajchowy Jurij, któremu za schrzanienie kompresora naczelny mechanik wymierzył karę spania w kubryku z szeregowcami. Jak było widać, skuteczną. Przynajmniej na tyle, by praktykant doznał chociaż minimum poczucia winy. Ni stąd, ni zowąd nastąpił nagły przechył. Zagrał cichy klawikord jednorazowych długopisów pochowanych po szufladach, głośnym szurnięciem zamanifestował swoją obecność blaszany śmietnik, a stojący na biurku kubek z niedopitą kawą zsunął się z gładkiej powierzchni blatu i pofrunął z trzaskiem na podłogę pozostawiając po sobie chaotyczne malowidło z kamionki oraz czarnych fusów. Rozwieszone w poprzek izby pranie załopotało, roznosząc chemiczną woń krochmalu i samorobnego płynu do płukania, według założeń mającego pachnieć bratkami. No i… nie pachniał. - Bartolini, to chyba Twój.- Mruknął Dorn. Fernandez odkleił twarz od ściany żeby zerknąć w mroczną przestrzeń kabiny, przetarł oczy i zerknął na podłogę. Syknął pod nosem. - Puttana! I cały myk z buchnięciem go w karczmie psu w dupę! Pozostali milczeli, i jedynie Duńczyk sprawiał wrażenie wyraźnie rozbawionego, bo przez światło wpadające przez bulaj można było zobaczyć jak zwały tłuszczu na jego plecach zaczynają się trząść. Ze śmiechu. Dziesięć minut, kolejne bujnięcie, tym razem na lewą burtę. Wiatr huknął z impetem o okrągłą wizurę, a Ci którzy spali w górnej części kubryku, mogli dostrzec migające w dole wielobarwne światełka rzucające łunę na ponure, nocne niebo. - No to już na pewno nie pośpię- burknął Jurij, rzucając gniewne spojrzenie wszystkim zebranym i powstał ciężko ze swojego legowiska, zarzucając na siebie lnianą, krzywo wyciętą koszulę, podarte jeansy oraz brudny, zaolejony kombinezon rzucony wcześniej w kąt przed pójściem spać. Dokładnie w momencie gdy założył buty, z wielkiej, miedzianej tuby intercomu statkowego zwisającej tuż obok wejścia do środka huknął donośny, matowy głos kapitana. - Uwaga załoga, do portu lotniczego w Rzymie pozostało piętnaście mil. Grupa pokładowa, szykować cumy na rufie i dziobie. Macie dziesięć minut by pojawić się na pokładzie. Jurij, starszy mechanik będzie rad jeśli pojawisz się w maszynowni. Tylko trzeźwy, prosił. - Na trzeźwo to sobie co najwyżej dupę można ogolić. Skurwysyn…- sapnął pod nosem, ale jedyną reakcję otoczenia jaką napotkał to skrzypnięcia kubryku i przeciągłe ziewnięcia towarzyszy. Wyszli na korytarz gdzie na dobry początek przywitała ich powtórka komendy z intercomu oraz głośne nawoływanie mosiężnego dzwonu na pokładzie. - Ja spadam do maszyny. Na razie chłopaki. - Pa- odpowiedział jako jedyny Willy, a następnie podążył za resztą kolegów. - Uwaga, zara da czadu!- Dorn chwycił sękatymi palcami za koło włazu i przekręcił. Powitał ich chłodny, drażniący, wilgotny wiatr niosący ze sobą drobiny soli odparowanej w ciągu dnia z powierzchni morza oraz fioletowy horyzont zmieszany z burymi, porwanymi na strzępy poduszkami chmur, na których linii balansował ogromny statek. Na pokładzie trzymając się relingów, czekał już trzeci oficer okutany w ciemny płaszcz powodujący, że jego sylwetka wyglądała jak poszarpany strzęp smolistego dymu. Dokładnie takiego samego jaki ciemnymi kłębami wylatywał teraz przez ogromny komin na rufie. - Tylna stacja manewrowa, maski przeciwgazowe włóż! Grupa dziobowa, odmaszerować na swoją stację. Bosman i drugi już czekają!- Rozkazał, a choć szalejąca pustka niejednokrotnie pragnęła wepchnąć mu jego własny głos z powrotem do gardła, wszyscy byli już na tyle doświadczeni, że młodszy wachtowy mógłby nawet zaniemówić, a i tak wykonaliby swoje polecenia. Procedura robiła jednak swoje, a trzeci swoje odbębnić musiał. Nawet jeśli trzeba by manewrować w huraganie. Marynarze ruszyli zająć swoje stanowiska od czasu do czasu podtrzymując się relingów żeby silny podmuch nie zwalił któregoś z nich na kolana. Ci co mogli, przypinali się do nich uprzężami. Powiadają, że doświadczenie uczy… i mają rację. Zwłaszcza kiedy Twój kolega z pokładu idzie na zewnątrz zapalić, a wiatr nagle zmienia kierunek zwiewając go z burty prosto w pustkę. Takiej śmierci nikt sobie nie życzył. Takiej śmierci nie życzono nikomu. Willy stanął w masce przeciwgazowej tuż obok wielkiego zwału cumy, którą wyciągali dzisiaj rano, a następnie podał starszemu Bartoliniemu. Smoliste kłęby dymu z komina padały wprost na pokład, przykrywając marynarzy śmierdzącym kocem spalenizny i siarki. Wkrótce dołączył do nich Trzeci. Zagrzmiała ogromna tuba intercomu. - Załoga, dwa szpringi na dziobie i rufie, plus dwie cumy na dziobie i rufy. - Jahwol!- Ryknął wachtowy, a przez maskę przeciwgazową zabrzmiało to jak charkot helikoptera. W oczekiwaniu na rozpoczęcie manewrów, każdy robił co mógł, żeby na chwilę odwrócić swoją uwagę od obowiązków, toteż jedni przysypiali siadają na zwojach cum, inni przygotowywali haki oraz rzutki, a jeszcze inni tak jak Willy spoglądali w dół za krawędź falszburty by podziwiać świetlistą łunę bijącą od Stolicy Apostolskiej. Ich oczom jawiły się liczne rzędy kamienic poprzecinane brukowanymi uliczkami, słupy szarego dymu z kominów, pasma przechadzających się ludzi i turkoczące tam i ówdzie niezdarnie poskładane, prymitywne wozy. - E, młody, chcesz coś zobaczyć?- Zabuczał spod maski któryś z młodszych marynarzy. Willi pokiwał głową. - To masz. Patrz tam. Towarzysz wręczył chłopakowi niewielką, składaną lunetkę z mosiądzu. Młodzik przyłożył ją do oka, wcześniej na moment ściągając maskę, bo wiatr zdawał się nieco osłabnąć. Zapewne dlatego, że zmniejszyli wysokość oraz obroty w maszynie. Mimo to na wszelki wypadek wyjął jeszcze chustkę z kieszeni brudnego kombinezonu i przetarł brudne, zaszklone od potu okulary paskudnej, gumowej maski, a potem rozłożył przedmiot i spojrzał w kierunku wskazanym przez kolegę. Dostrzegł ją mimo zarysowanego szkła. Była piękna. Pomimo swej starości oraz destrukcji jaką sprowadziła na nią II wielka wojna, Bazylika Św. Piotra świeciła swoją bladą kopułą nad resztą miasta, manifestując swoją wyższość oraz dojrzałą dostojność, nadaną przez ząb czasu, jakim została nadgryziona. I nawet poważnie uszkodzona część wcześniej wspomnianej kopuły, nie umniejszała jej w niczym, choć niektórzy mogliby tę skazę przyrównać do czaszki strzaskanej buzdyganem. Wiatr powiał odrobinę mocniej, niemal wyrywając chłopakowi z rąk świetlistą lunetkę. Marynarz poprawił nieco maskę przeciwgazową. - Skąd to masz? - Jak byliśmy w Irlandii w zeszłym roku to wymieniłem się za butelkę wina, parę kapci i kawałek rogu jelenia. - Dobry biznes. A tak na serio? Młodzik spojrzał to w lewo, to w prawo, a upewniwszy się, że nikt ich nie podsłuchuje, kontynuował. - Jak Drugi spał to mu buchnąłem jednego fajka jak przysypiał na mostku. Tylko nic nikomu nie mów bo Cię wywalę za burtę! - Jasne. Tuba intercomu zarżała ponownie. Zawtórował jej ryk potężnych kół napędu bocznego okrętu. - Rufa, przygotować się do przyjęcia pilota na burtę! Trzeci jak rażony gromem powstał z poleru, na którym przed chwilą siedział i porwał za rękaw jednego starszego marynarza wraz z Willim. - Młody, wiesz jak rozstawiać trap? - Nie, proszę pana. - To dobrze. Dzisiaj się nauczysz. A po drugie, jestem Sven. Jak nie jesteśmy na mostku albo przy kapitanie to możesz do mnie mówić po imieniu, jasne? - Tak jest. - Ile masz lat? - 21. - Młodyś. Pierwszy raz na manewrach? - Drugi- odpowiedział za młodzika starszy matros- pomagał nam przy ściąganiu cum jak wylatywaliśmy z tej wioski na północy… nooo! - Skjoldehamn? Nawet mi nie przypominaj. Tam to dopiero piździło… Byli już w połowie długości okrętu, więc ściągnęli maski przeciwgazowe i zajęli miejsce gdzie falszburta była wcięta na około pół metra, a z wnęki wystawała przydługa, blaszana kładka zabezpieczona barierkami, wmontowana w mechanizm trybików oraz śrub. - Młody, tutaj masz uprząż. Przypnij się do relingu. Starszy, bosak w dłoń. - Tak jest!- zagrzmieli niemal równocześnie pośród huku wiatru i warkocie oddalonych o kilkanaście metrów kół napędu bocznego. Willy będąc gotowym, zasygnalizował swój stan wachtowemu. Tuż za nim stał drugi marynarz z długą tyczką zakończoną dospawanym, przerdzewiałym hakiem, który najpewniej był niegdyś częścią harpuna. - Dobra młody. Teraz będzie najlepsze!- Na poparcie swych słów, Sven chwycił za korbę wystającą z falszburty i zakręcił nią zamaszyście. Cała konstrukcja kładki wysunęła się gwałtownie poza burtę, wystawiając młodzika na furię nie do końca spokojnego wichru, którego marzeniem najpewniej było porwać go w swoich objęciach i zabrać ze sobą, mając w głębokim poważaniu czy będzie mu się to podobać. - Jezu… Jezu, Jezu!!! NIEEE!!! Wahahahahaha!!! NIEEE!!!- Młodzieniec w rozpaczy chwycił się kurczowo barierki, za wszelką cenę próbując nie patrzeć na migające pod jego stopami żyły miejskiego organizmu. Sprawa o tyle trudna, że kładka lekko ustępowała pod stopami chłopaka ilekroć bardziej uległa wysunięciu poza burtę. - To nie był dobry pomysł.- mruknął starszy, zajmując swoje miejsce tuż za Willim. - Da radę. Każdy z nas dał.- żachnął się Trzeci- pilnuj żeby czasem nie odwalił czegoś głupiego, a ja założę reflektor. - Ta jest…- mruknął matros, po czym z miną pełną entuzjazmu w takim stopniu, co słoik kiszonej wody z ogórków, krzyknął do młodego. - Pamiętasz co masz robić?! Willy otworzył zamknięte do tej pory oczy i momentalnie zwymiotował na swoje buty. - Nie, nie to!!! - Ja… ja…- młodzik próbował odpowiedzieć, ale potok wilgotnego, napierającego powietrza zdławił chęć mowy oraz motywację do powiedzenia czegokolwiek. Wilhelm odetchnął kilka razy, tym razem wznosząc spojrzenie w nadziei ujrzenia resztek nocnego nieba, ale zamiast tego dostrzegł jedynie szkielet ogromnego balonu nośnego, który utrzymywał ich statek w górze. „Ogarnąć się, ogarnąć się.” Myślał gorączkowo, nie chcąc za nic w świecie puścić kawałka stalowej konstrukcji o trwałości równie wątpliwej co obietnice polityków. - Podaję rękę pilotowi, Ty przyciągasz i przytrzymujesz ich balon za olinowanie. - I wciągasz go do nas na pokład! Brawo! Pięć plus. Tylko następnym razem odpowiedz od razu a nie… Ty, w mordę! Lecą już! Wnet zobaczyli jak zza rufowej części kadłuba podlatuje do nich mały balon z zamontowanym na nim silnikiem próbujący dogonić ogromnego molocha. Z plecionego kosza pomachała do nich postawna sylwetka w czapce uszatce oraz goglach. Jednostka pilotowa podleciała powoli, stopniowo regulując obroty wirnika umieszczonego z tyłu. Balon od kładki dzieliło może półtorej metra, kiedy Willy dostrzegł na horyzoncie ICH. Ostatnio odwiedzili go po raz ostatni ponad rok temu, gdy jeszcze mieszkał w opustoszałej wiosce na południu Niemiec, na długo przed trafieniem do Skandynawii. Zniekształcone cienie sunęły po nocnym niebie na tle szarych, porwanych obłoków i fioletowego krajobrazu niczym plamy czarnego inkaustu opadające na dno szklanki wody. Podpływały coraz bliżej, pędzone obecnością żywych istot, aż w końcu mógł dostrzec ich okrutnie poszarpane twarze, pełne bólu i cierpienia. Jedni odziani w mundury brudne od błota i zakrzepłej krwi, inni z przestrzelonymi hełmami i karabinami przewieszonymi przez ramię. Jedni, wychudzeni niczym nietoperze, w pasiatych piżamach, zapatrzeni przed siebie ślepymi białkami nieistniejących oczu, inni całkiem nadzy, owionięci płomieniami i drutem kolczastym. Wśród nich wszystkich zgromadzonych- jeden, całkiem sporej postury, szczupły osobnik w mundurze i czapce oficerskiej, trupią twarzą pozbawioną wyrazu, zwrócony do młodzieńca. Tak jak wtedy nad rzeką, nim zaczęli do nich walić jak do kaczek. Ponura delegacja stanęła przed nim po raz kolejny, a oficer będący na czele wyciągnął do Wilhelma widmową dłoń złożoną z samych paliczków kości rozpościerając przy tym palce, niczym złodziej sięgający po swą zdobycz. Chłopak patrzał na niego oniemiały w przerażeniu, a strach i towarzyszący mu dreszcz zwaliły młodego marynarza na plecy. W uszach zadudnił mu brzęk zardzewiałej blachy, okręt przechylił się niebezpiecznie na lewą burtę, przez co zsunął się po kładce aż pod samą krawędź, gdzie nogi zwisły mu nad przepaścią, a po chwili ta przepaść przybrała formę krystalicznego potoku, w którym łowił ryby. Do jego uszu dotarły strzały z karabinów, niebo nabrało karmazynowych rumieńców, a oficer dalej patrzał w głąb niego, obnażając dłoń, na której dopiero teraz Willy dostrzegł zaśniedziały, złoty zegarek wskazujący północ obleczoną ryciną trupiej czaszki… Nagły powrót, jak gdyby moment wynurzenia się spod powierzchni wody. Ochłonięcie. Wizg. Zjazd do zimnej jak stal rzeczywistości. - KURWA, WCIĄGAJ GO!!!- Ryknął starszy marynarz kurczowo trzymający prowizoryczny bosak zaczepiony o liny balonu pilotowego. Dopiero teraz spostrzegł, że trzyma wyciągniętą rękę pilota, samemu stojąc jak pajac, niemal na samym końcu trapu. Odruchowo zerknął na jego nadgarstek żeby sprawdzić czy ma zegarek, ale nie dostrzegł nic, za wyjątkiem grubego rękawa skórzanej kurtki obszytej na krawędziach grubym futrem. Statek przechylił się w prawo, a chłopak wykorzystując ten moment, silnym pociągnięciem ramienia wciągnął wąsatego Włocha na prowizoryczny trap. Trzeci zakręcił korbą, balon pilotowy odleciał, ponownie zwiększając swoją odległość od kadłuba monstrualnej machiny napędzanej parą. Blaszana kładka… stwierdziła nagle, że ma to wszystko w dupie i pod ciężarem obydwu gagatków gwałtownie zgięła się w pół. Sven wrzasnął przerażony, a towarzyszący mu starszy marynarz w mogłoby się wydawać, ułamek sekundy, wyciągnął bosak do Wilhelma. W ostatniej chwili młodzik chwycił za tyczkę i wspólnymi siłami wraz z Trzecim, żeglarze wciągnęli ich na pokład. - Co to miało być do cholery?!- Pilot ściągnął gogle, i dopiero teraz Willy mógł zobaczyć, że miał śmieszne, zielone, wyłupiaste oczy.- Zaskarżę was do portu! - Z tym do kapitana.- burknął Sven, i jak na złość zagrzmiała wówczas tuba intercomu na przedzie nadbudówki.- Śródokręcie, co się tam dzieje do cholery?! Trzeci podszedł do niewielkiej konsolety usytuowanej tuż obok schodów prowadzących do środka. Zakręcił korbką i wystukał na drewnianej, topornej klawiaturze numer telefonu do mostka. - Panie kapitanie, melduję posłusznie, że monter spieprzył sprawę i zamontował zbyt słaby stop… Nim jednak młodszy wachtowy zdołał opisać problem przełożonym, Willy mógł dostrzec jak mina Trzeciego w miarę słuchania polecenia służbowego stopniowo zaczyna rzednąć do tego stopnia, iż w chwili odłożenia przezeń słuchawki intercomu wyglądała już jak betonowy bunkier. - Co jest?- Spytał Starszy marynarz, który jeszcze dokonywał oględzin uszkodzonej kładki pilotowej. - Nieważne… młody, jazda z pilotem na mostek. Drogę już znasz. - Tak jest!- Odparł Willy, a w jego głosie czuć było strach oraz roztrzęsienie. Nim jednak zdołał odejść, Sven uchwycił adepta za ramię- Nie myśl, że to co się stało jest Twoją winą. Wszystkim się zajmę. Wilhelm w odpowiedzi zdołał jedynie pokiwać głową, a potem ruszył już przed siebie schodami zewnętrznymi w stronę górnej części nadbudówki, aż na poziom nawigacyjny. Tymczasem młodszy oficer porwał za sobą matrosa i poszli z powrotem na rufę. Nim obydwaj założyli na powrót maski przeciwgazowe, Trzeci nie omieszkał wydać polecenia do szeregowca. - Póki jeszcze nie dokujemy, weź zawołaj do nas montera. Tak, tego z maszyny. - Ale… - Wykonać w trybie natychmiastowym! - Tak jest. Willy rzadko chodził na mostek. W zasadzie to był na nim tylko raz, i tylko po to, by uścisnąć rękę przełożonemu przy podpisywaniu kontraktu. Kapitan Alberich był bardzo specyficznym człowiekiem. Milczącym, surowym, ale jednakowoż kochającym swój statek oraz załogę (jak sam zwykł mawiać) równie mocno co dawną rodzinę, której losy po Drugiej Wielkiej Wojnie były równie tajemnicze, co przyczyna wybuchu samego konfliktu, który doprowadził do zagłady cywilizacji, choć nie ludzkości. Zresztą zabraniano mówić o tym głośno, a koniec wcześniej wspomnianej rzezi nazywano po prostu „Chwilą atomu” czy „Erupcją drugiego słońca”. Cokolwiek miało to znaczyć. Młodzieniec nauczony przez starszych kolegów prowadził pilota na sam szczyt jednostki, skąd idealnie mógł zobaczyć paskudną, czarną sadzę okalającą balon nośny. I w zasadzie gdyby nie incydent, który miał miejsce zaledwie parę minut temu, to już zacząłby przeklinać następny dzień, kiedy to kapitan każe się im tam wdrapywać i zeskrobywać brudną masę. Otworzył drzwi do pomieszczenia, a tam wśród długich, drewnianych stołów zapełnionych mapami oraz pustej, wolnej przestrzeni, po której krzątał się Starszy oficer oraz Kapitan. Średniego wzrostu starzec w okularach, o pomarszczonej twarzy i krótko przystrzyżonej, siwej brodzie. Spojrzał to na Wilhelma, to na równie roztrzęsionego pilota. Temu pierwszemu skinął tylko głową w ramach podzięki. Temu drugiemu uścisnął dłoń. - Witam. Oto karta pilotowa. Wszystkie dane zostały zaktualizowane w ostatnim porcie. - Porcie?- Syknął pilot, a jego postawa wobec najwyższego stopniem na okręcie latającym zrobiła takie wrażenie, że nawet stojący u steru matros, do tej pory bardzo skupiony na czynności pilotażu, spojrzał na niego wybałuszając jedyne oko jakie posiadał.- Omal nie spieprzyłem się z waszego trapu pilotowego! Odpowiecie za to przed Port authorities! - Jeśli się nie uspokoicie i nie poprowadzicie nas na dok, to nie odpowiem przed nikim. A już na pewno nie przed pańskim przełożonym.- zamanifestował spokojnym głosem kapitan, wpatrzony w przestrzeń przed dziobem jednostki.- Między te cztery punkty, zgadza się? Tak jak ostatnim razem gdy tutaj byłem z innym pilotem. Alberich wskazał palcem za szybą cztery wysokie wieże w kształcie wymierzonych ku niebu pikulców, z czego każda z nich miała na oko przynajmniej sto pięćdziesiąt metrów wysokości. Były ogromne i obleczone rzędem czerwonych lampek. Jak to każda, wysoka budowla mogąca stwarzać zagrożenie dla jednostek latających. Włoch kiwnął głową. - Twój kolega omal nie wpakował nas wprost na jedną z nich… zapomniał, że wysiadła na niej instalacja elektryczna.- kontynuował kapitan, a na mostku zapanowała kompletna cisza, wśród której można było usłyszeć jedynie szalejący na zewnątrz wiatr oraz turkot zwalniających kół i łopatek napędu bocznego. Zabrzęczał telegraf meteorologiczny. - Skoro wpadasz na mostek zaczynając od tego jak łatwo omal dziś nie straciłeś życia, to pragnę Cię pouczyć, że aby dowieźć tutaj wino dla waszej zasranej, jego ekscelencji Biskupa, straciłem trzech załogantów. To byli dobrzy ludzie. Pilot milczał, ale widać było po wyrazie jego twarzy, że poważnie zaczyna rozmyślać nad głupotą tego co powiedział przed minutą i nad tym, jakiego tonu ośmielił się użyć. - Możecie więc z łaski swojej się zamknąć i na dobrą sprawę nic nie robić, bo poradzimy sobie bez was. Byłem w tym porcie już wystarczająco wiele razy. Podobno lubicie sępić papierosy.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gondola — czytnik · opowiadania