Religia · 3 min czytania
Góra Horeb
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wstąpiwszy na górę, na szczyt plaski, spojrzał przed siebie tak jak ścieżka prowadziła jego wzrok. Drobne kamienie były tu przed nim, wiatr często tu przybywał. Lubił w samotności przechadzać się pośród szczytów gór; gdzie spokój i harmonie potrafił odzyskać nim stępował do ludzi w smutku spoglądać. Na ziemie która w beton się przemieniała, wodzie która śmiercią była nie życiem. Stal tam człowiek. Pokonał górę, zdobył ja, jest na szczycie; nie wielu tu było, on jest tym lepszym. Zdjął plecak. Rozprostował swe ramiona. Wiatr spłoszył się natrętnym gościem, i powiał tam gdzie chciał. Oddychał spokojnie. Na ustach zagościł uśmiech. Mały, nikły, satysfakcji. Rozejrzał się, spragniony gwarantowanych widoków. Uwagę przykul krzyż. Drewniany, stary, dłońmi wielu tu stale przynoszony. Tak długo, tak uporczywie... rósł owy krzyż; kto mógł, kto chciał zostawiał tu swój znak. Świadectwo małe. Stopy, wyklepanej trawy, kropel potu, rozmowy i puszki cocacoli. Wiele znaków, wiele świadectw. By poczuć się bliżej Boga. Wyżej i wyżej do samotni. Chwili wspomnień i ucieczki od udręk. Góra Horeb jak ja zwali... znajdziesz na każdej mapie, na każdej długości, wysokości. Tam gdzie sumienie mówi,