Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 36 min czytania

Góry

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Góry

Po feralnym skoku na restauratora i ucieczce przed policją trafiłem w góry. Mimo, że był dopiero początek listopada, to w górach było sporo śniegu i niektóre ośrodki narciarskie już przyjmowały turystów. Nie zamierzałem bawić się w alpinistę bo nigdy nie miałem z tym nic wspólnego ale za to przebrawszy się w strój narciarski, bo umiałem dość dobrze jeździć na nartach, codziennie udawałem się stok aby w ten sposób przeczekać najgorszy okres poszukiwań. Zaszyłem się w wynajętym od wiejskich gospodarzy pokoiku, i wśród natłoku innych turystów, nie wzbudzałem większych podejrzeń, a tak przynajmniej myślałem. Oczywiście musiałem zainwestować w cały sprzęt ale pieniądze jeszcze miałem i to całkiem nie mało. Jednak nie byłem rozrzutny, bo brak pieniędzy w moim przypadku oznaczał konieczność kolejnego skoku czy napadu a to zawsze było ryzykowne a przynajmniej jego echo, po którym znów musiałbym zmieniać miejsce zamieszkania. Starałem się być ostrożny. Przyszła mi jednak myśl, że przecież nie muszę robić skoków w celu zdobycia pieniędzy. – A może by tak zacząć pracować? Oczywiście na czarno będzie najlepiej. Można by podjąć się na przykład pracy murarza czy choćby pomocnika murarza. Doświadczenie w tej kwestii miałem z wojska a później przecież sam pomagałem w budowie mojego domu. Mojego domu, dobre sobie, a kiedy to w ogóle było? Chyba jakieś dwa wcielenia wstecz! – zakładałem, że pieniądze zdobyte uczciwą pracą na przykład na budowie pewnie będą niewielkie ale można by tak pociągnąć do lata a potem może znów wyruszyć na górskie ścieżki. Zawsze to było lepsze niż śmierć w wiezieniu z całą tą ohydną oprawą nie wspominając śledztwa i konfrontacji z tymi wszystkimi ludźmi przy okazji. Pokoje zmieniałem mniej więcej co dwa tygodnie, żeby nie wzbudzać podejrzeń gospodarzy co do dziwnie długiego urlopu jaki sobie zafundowałem. Wyjeździłem się na nartach za wszystkie czasy i chyba za wszystkie grzechy bo miałem tego tak serdecznie dość, że już nawet symulowałem kontuzje przed ludźmi aby pozostać kilka dni w domu i odpocząć. Starałem się cały czas chodzić w czapce i nie rzucać w oczy bo wielu z moich dawnych znajomych wyjeżdżało co roku na narty, więc zawsze była szansa wpadki i to większa niż na górskich szlakach podczas lata. W ten sposób przebrnąłem aż do początku marca, czyli można powiedzieć, że jedną trzecią roku spędziłem na nartach. W międzyczasie zrobiłem rozeznanie, co i gdzie się buduje w okolicy i miałem już kilka dość pewnych namiarów, gdzie wręcz poszukiwano pracowników bo nawet tych miejscowych brakowało. Dzięki ćwiczeniom na siłowni, którym oddawałem się zapamiętale przez okres, jaki spędziłem w stolicy, nabrałem siły i wytrzymałości, która na pewno tutaj byłaby potrzebna. Również mój wygląd stał się bardziej ludzki bo przez te zimowe ferie, jakie sobie urządziłem, odrosły mi włosy i zapuściłem znów bródkę. Kupiłem nieco inny zestaw ubrań i obuwia, świadczący raczej o człowieku, który trudni się pracą fizyczną. Chodząc na rozmowy o pracę, przebierałem się odpowiednio i rozmawiałem z kilkoma majstrami. Jednak najbardziej byłem zadowolony tylko z pierwszej rozmowy, która przebiegała wówczas mniej więcej tak: - Witam – powiedziałem wchodząc na teren budowy, gdzie właśnie zobaczyłem dwóch facetów w podobnych do mojego strojach tylko bardziej uwalanych zaprawą. Stali i debatowali spoglądając na fundamenty, które wystawały z ziemi. Nieopodal leżały zapakowane w wielkie paczki stosy cegieł, z których miał powstać dom. Na razie czekały owinięte folią, na której leżało trochę śniegu, który spadł tej nocy. - A dzień dobry! Co sprowadza? - odparł mniejszy z papierosem w grubych palcach. - Nie potrzebujecie kogoś do pomocy przy tym domku? Tak we dwójkę tylko robicie? – zapytałem. - A idź pan, przychodzą tu tacy popracują tydzień, wypłatę dostaną i następny tydzień już ich nie ma. I to taka robota. Takich to my tu nie chcemy. - Ale ja nie piją, przynajmniej jak trzeba robić. – mój rozmówca pociągnął papierosa i zmierzył mnie wzrokiem. Wyglądał na jakieś czterdzieści parę lat i sprawiał wrażenie stanowczego i pewnego siebie. Był bardzo mocnej budowy ciała o potężnych dłoniach wystających spod waciaka, jaki ledwo opinał jego mocny korpus. Twarz z trzydniowym zarostem była kanciasta z wydatnymi kośćmi policzkowymi. Widać było, że życie pędził na ciężkiej pracy fizycznej i bynajmniej go nie rozpieszczało. - Każdy tak mówi. Ale tak w ogóle, to coś pan chyba pijesz, nie? - No piję, oczywiście, że piję ale nie w pracy tylko po pracy. - No i tak trzeba. Bo już myślałem, że pan tu coś kręcisz, no bo jak ktoś mi mówi, że w ogóle nic nie pije, nie pali, to ja już wiem, że do roboty się nie nadaje. A robota, jak robota, widzisz pan fundamenty właśnie wylane, teraz weźmiemy się za mury ale zostało jeszcze tyle, że jak tak dalej we dwójkę będziemy sami ciągnąć, to i do września nie zdążymy a w lipcu mamy już następny dom do zrobienia. - No tak, to może być kłopot. - Tak. A skąd w ogóle pan jesteś? - A to długa historia, zasadniczo tam gdzie robota. – wołałem nie kręcić na wstępie, choć i tak prędzej czy później musiałem przecież skłamać. - Domy budował? - Budowało się sporo w wojsku. Potem pomagałem rodzicom przy ich domu. A ostatnio to robiłem w stolicy przy budowie hotelu. - No to coś pan tam musisz umieć. – mój rozmówca spojrzał na swojego kolegę i dodał – idź no Władek zacznij już cement robić i cegieł trochę nanoś, ja zaraz przyjdę tylko się tu z panem rozmowę, bo może się dogadamy, skoro pan już żeś na budowie robił. - Robi się Mieciu! – posłusznie odparł tamten i poszedł w stronę betoniarki. - Hehe hotel. – zaśmiał się majster – Tu hotelu nie budujemy i dużo rzeczy trzeba ręcznie robić, jak choćby cement a potem to zanosić na górę. A tam to pewnie dźwigi i betoniarki za was to robiły. Tu wszystko samemu się robi panie. - Z noszeniem nie będzie problemu bo przywykłem do tego. Przez zimę pracowałem w takim składzie budowlanym pod stolicą i się tam nanosiłem za wszystkie czasy. – znałem ten skład i wiedziałem, że to kłamstwo spokojnie przejdzie i majster na pewno nie sprawdzi tego bo to było za daleko z tej dziury. - A dachówki umiesz pan układać? - No z tym będzie gorzej. - No panie i co będzie? Sami we dwójkę dachu nie ułożymy. No a potem trzeba drzwi powstawiać i okna, tego pewnie też żeś pan nie robił? - Nie robiłem szefie. Przyznaję się bez bicia. - To trzeba umieć. A pan widzę tak tylko liznąłeś tego fachu. No żebyś tak pan powiedział, że pięć domów pod klucz już żeś pan wybudował, to bym pana wziął od razu ale tak to trzeba będzie cały czas sprawdzać, co pan robisz. Bo narobisz pan głupot, to potem wszyscy będziemy mieć problemy. Trzeba będzie poprawiać a to są koszty, no i szkoda czasu zwłaszcza, że go nie mamy. - Szybko się uczę, zobaczycie. A siłę też mam w rękach. – próbowałem przekonać majstra. - To co tak do murarki ciągnie. W tym składzie już pracować się nie chce? Źle płacili? Co pan myślisz, że tu dużo dostaniesz? - Murarka zawsze ciekawsza niż skład budowlany. Tu przynajmniej widzieć jak ten dom rośnie, jak się zmienia, no i na powietrzu praca a nie tam, w tym pyle i smrodzie. - To i racja. Ale bliżej stolicy roboty pan nie mogłeś sobie jakiejś znaleźć? - Powiem wprost, z baba się rozstałem, wyrzuciła mnie ze swojego mieszkania i wróciłem w swoje rodzinne strony. Znajomy mi powiedział, że tu w okolicy buduje się dużo a ludzi brakuje to sobie pomyślałem, przyjadę, zapytać nie zaszkodzi. – tu majster zaczął mnie wypytywać skąd pochodzę i tym podobne ale ja dobrze rozeznałem się w tych sprawach i już miałem wszystko przygotowane w głowie. Na koniec powiedział: - A to z ciebie niezłe ziółko jak widzę. Ale tu na budowie zapomnij o fikaniu, robota jest święta. To gdzie teraz mieszkasz? – tu majster przeszedł już ze mną na ty. - No nie mieszkam jeszcze tutaj bo przyjechałem się na razie rozejrzeć. - Aaaa to gorzej. Dojeżdżać będzie? My tu już o szóstej zaczynamy a latem to i wcześniej jak robota pali. Tu i po 16 godzin się robi. U mnie nikt się nie obija. A jak się ociąga to leje po pysku i nikt nie podskoczy. Robota jest święta. - A znajdę sobie tu jakiś pokoiczek. - Pokoiczek hehehe, może i tak ale co zarobi, to na pokoiczek straci. Tu kokosów nie będzie. Nie masz dużego doświadczenia, na dachach się nie znasz. Ale dobra, ludzi nam trzeba, to i co robić. Na razie na tydzień cię weźmiemy za 4 złote na godzinę, zobaczę, że coś z ciebie będzie, to i 6 dam. Nie wiem, jak ty wcześniej pracowałeś ale tu praca jest ciężka, od świtu do zmroku. Tylko w niedziele nie robimy bo wiadomo do kościoła się chodzi. - I ja chodzę – dodałem. - Do kościoła chodzi ale babą ma na pieńku hehehe? Coś tam narozrabiał, co? - Ano tak wyszło. - Dobra nie wnikam, nie moja sprawa. Zresztą nie interesują mnie zbytnio twoje sprawy prywatne, tak tylko pytałem z ciekawości. Mnie interesuje raczej tylko ten dom, który tu budujemy. – tu wskazał ręką na pustą przestrzeń nad fundamentami. – Na razie niewiele tu widać ale ciężko pracujemy nad tym, żeby to zmienić. Ale pamiętaj na budowie to ja jestem Panem Bogiem i spróbuj cokolwiek kręcić. Mówię to żebyś miał jasność. Nie straszę ale uprzedzam, że budowanie ze mną to trudna sprawa ale przynajmniej miło później na swoją robotę popatrzeć. My tu z Władkiem już szósty dom razem budujemy w okolicy i zawsze jak przechodzę koło któregoś z nich, to wiem, że to jest jakby jakąś część mnie. - Nie zawiedzie się pan. - Zobaczymy. - To kiedy mogę zacząć? - A choćby zaraz. A co do pokoiku, to coś może i się znajdzie ale w przyszłym tygodniu, jak się nam tu sprawdzisz, inaczej się pożegnamy. Pomieszkaj ten tydzień lub dwa gdzieś w okolicy, pokój znajdziesz bez problemów bo jeszcze narciarze tu wynajmują, a potem coś ci może znajdę, po znajomości, za niewielką opłatą. No to widzimy się tutaj jutro przed szóstą rano. - Przyjdę na pewno. - No to z Bogiem – rzekł mój nowy szef i od razu zajął się swoją robotą. I tak zaczął się dla mnie okres pracy na budowie. Praca istotnie była ciężka, ale mając zajęcie nie myślałem o sobie i swoich problemach a wieczorami byłem tak zmęczony, że posiliwszy się trochę padałem na łóżko i zaraz znów wstawałem następnego dnia rano, jakby noc przeleciała mi w jedną sekundę. Te poranki były naprawdę ciężkie. Podczas dnia, moim kompanom opowiadałem mało, bojąc się, że przyłapią mnie w końcu na jakimś kłamstwie i wydadzą, nie daj Boże, policji. Robotę wykonywałem bardzo solidnie, tak żeby majster był zadowolony. Nie raz mnie zbeształ jak dzieciaka, za coś, co źle zrobiłem ale ja się nie obrażałem na niego, tylko jeszcze bardziej skupiałem się na pracy. Dawałem z siebie wszystko. Zresztą, kiedy się tak patrzyło na Mietka i Walka, to nie miało się złudzeń, że oni też. I kiedy tak pracowałem z nimi całymi dniami, czułem się naprawdę szczęśliwy i cieszyło mnie to, że budujemy komuś dom, w którym ten ktoś będzie mieszkał, może nawet do końca swoich długich dni. I myśląc o tym przyszłym lokatorze, starałem się układać cegły i trzymać piony tak równo, jak on sam by sobie tego życzył, a kiedy coś mi nie wyszło, to od razu mówiłem o tym Mietkowi, który wówczas przychodził, wściekał się na mnie i kazał poprawiać. Oczywiście potrącał mi wtedy z wypłaty ale mimo to nigdy nie ukrywałem przed nim żadnej usterki. Tym też zresztą zaskarbiłem sobie jego szacunek. Podziwiałem Mietka za jego zmysł inżynierski i wyobraźnię oraz jego siłę fizyczną, wyrobiona od małego dziecka, kiedy to, jak sam opowiadał, już musiał pracować w polu i pomagać rodzicom. Zresztą to było normalne na wsi. Natomiast moja siła, w porównaniu z jego była sztuczną, w takim sensie, że wyrobiona na siłowni, odpowiednimi przyrządami a nie przez prawdziwą pracę, która komuś służyła. Zresztą i tak był ode mnie silniejszy. Czasem po robocie siadaliśmy we trójkę, tak na jednego czy dwa papierosy i rozmawialiśmy sobie na różne tematy ale mimo sympatycznej atmosfery ja wolałem być małomówny. Nie chciałem wpaść z jakimś kłamstwem więc w moim przypadku sprawdzało się powiedzenie, że milczenie jest złotem. Wypijaliśmy przy okazji butelkę wódki, a wszystko to nie trwało dłużej jak piętnaście minut, a potem, jakby nigdy nic, szliśmy każdy w swoją stronę. A dom pomału rósł. Mietek, znalazł mi u jakiegoś swojego krewniaka skromny pokoik za dobrą dla mnie cenę. Był to drewniany góralski dom, oddalony jakieś 10 minut drogi rowerem od miejsca budowy. Rower również wynalazł mi Mietek. Był stary i mało wygodny ale kiedy raz czy dwa złapałem gumę i musiałem iść ten kawał na pieszo, to doceniałem, że go mam. Im się to opłacało i mnie także bo płaciłem kilka razy mniej niż tym, co wynajmowali turystom. Kupowałem też od nich jedzenie, więc w ten sposób część moich pieniędzy i tak zostawała w rodzinie Mietka. To było sprytne. Wiosna mijała mi w zupełnie innym świecie w porównaniu do gangsterskiego życia w stolicy, do którego czasem jednak tęskniłem. Tu życie biegło inaczej, spokojniej, bez tych wszystkich samochodów, wieżowców z betonu i szkła, tłumów ludzi no i nocnych klubów z nagimi tancerkami przy barze i prostytutkami na górze. Teraz starałem się nie wychylać, nie rzucać w oczy. Do rotory chodziłem skoro świt, pracowałem do zachodu słońca a potem szedłem się najeść bo słaniałem się na nogach i wypić trochę bimbru, który kupowałem od moich gospodarzy. Przemierzając drogę do pracy i z powrotem wdychałem zapach zdrowego górskiego powietrza i podziwiałem otaczające mnie ośnieżone szczyty, które lśniły wysoko ponad wioską. W takich chwilach czułem coś dziwnego, że i płakać i śmiać się chciało zarazem i to miało coś z tego leżenia na dachu mojej kamienicy z lat dzieciństwa, kiedy wpatrywałem się nocami w rozgwieżdżone niebo. Nie czułem się sam w takich chwilach. Miałem wrażenie, że obcuję z Nim, że tu jest. I podobnie jak wtedy, wymykałem się czasem na dłuższy spacer ale niestety nie mogłem się na razie zapuszczać dalej. To musiało poczekać do lata, jak dom biedzie skończony i będę znów mógł chodzić swobodnie po górach. I tak udało mi się przeżyć te kilka miesięcy, można by rzec w harmonii ze światem. Praca, nocleg u gospodarzy, od czasu do czasu nocne spacery pod rozgwieżdżonym niebem, jazda na rowerze dwa razy dziennie wszystko to stanowiło mój chleb powszedni. Życie stało się bardzo proste. Nigdzie się nie spieszyłem, nie miałem żadnych wielkich planów, nie zjadała mnie ambicja ani różne pokusy zepsutego bogactwem świata. Odpocząłem. W niedziele długo spałem a potem z reguły wynosiłem się gdzieś dalej, tak dla niepoznaki, że niby do rodziny jadę. Ze trzy razy pokazałem się Mietkowi w kościele, żeby zobaczył, jaki byłem wierzący. Kiedy tak tam siedziałem, czułem się jak wilk w stadzie owiec, który przybrał jedynie odpowiedni kamuflaż. Kazania bardzo mi się podobały, tak że nawet czasem się rozczulałem i zacząłem zastanawiać nad sobą, czy nie powinienem się jednak przyznać. W związku z tym raczej tego miejsca unikałem. – Lepiej nie filozofować za bardzo bo jeszcze się zniszczy to, co się ma. Wprawdzie nie jest to wiele, właściwie nic ale zawsze to coś w porównaniu z egzekucją. I jak będę tu za często zaglądał, to jeszcze się będę chciał ujawnić a wtedy koniec i jak znam życie właśnie wtedy, kiedy już będą mieć mnie w garści, zatęsknię to tego góralskiego życia. O nie! Muszę się tego trzymać i nic nie zmieniać, przynajmniej na razie. Pewnie niebawem i tak ruszę na szlaki a na zimę znów się coś wymyśli. Może narty... może jednak niekoniecznie. Tak, trzeba będzie coś wymyślić. - niestety pieniądze, które miałem zaszyte w roboczej kapocie z pewnością musiały się kiedyś skończyć a ja już nie chciałem wracać do zabijania i okradania. Może żyjąc tu w otoczeniu gór po bratersku wśród tych prostych robotników, zasmakowałem w tej prostocie? To co mnie teraz wypełniało, to była ciężka praca. Wkładałem w nią całego siebie, a co za tym idzie wiele się nauczyłem ku zadowoleniu Mietka. Zresztą starałem się nie myśleć zbyt wiele o innych sprawach bo to ,jak wspomniałem, osłabiało mnie choć czułem, że i tak już się tu zmieniałem. Oczywiście nie stawałem się łagodnym barankiem bo czułem, że gdyby ktoś chciał mnie wydać, to niechybnie zadźgałbym go choćby nożem, który nosiłem zawsze przy sobie. Pistolet ukryłem wysoko w skałach bo byłem pewien, że nie raz właściciele przetrząsnęli mój pokój. Pieniędzy dostawałem niewiele w porównaniu z tym, co zarabiałem jako członek grupy przestępczej lub choćby doradca finansowy. Żyłem skromnie i cicho, jak mysz pod miotłą bo chciałem w ogóle żyć a to było najsilniejsze pragnienie. Bałem się śmierci, która wciąż wisiała nade mną a tutaj wciąż byłem jednak żywy i wolny. Czułem się trochę jak student, który mieszkał gdzieś na stancji u obcych ludzi, wynajmując skromny pokoik i tylko przemyka się gdzieś między ich rzeczami. Jednak w moim przypadku, czas wybił już swoje piętno i nie mogłem uchodzić za studenta i tym samym cofnąć czasu. Byłem dorosłym mężczyzną przed czterdziestka, notabene żonatym i mającym na sumieniu już kilka poważnych zbrodni. - Gdyby tak można było cofnąć czas!? Robota z domem skończyła się w połowie czerwca ku wielkiemu zadowoleniu majstra. Do następnej roboty, jaką zaczynali nie byłem im już potrzebny bo im się tak nie śpieszyło, więc umówiliśmy się wstępnie na marzec przyszłego roku. Co dokładnie będę robił do tego czasu, nie planowałem, ale jedyne o czym marzyłem, to wyrwać się z plecakiem stąd w góry na jakiś miesiąc. Uścisnęliśmy więc sobie dłonie i każdy jak zwykle poszedł w swoją stronę. On do domu a ja do pokoiku w drewnianej chacie, gdzie miałem przygotować się do wyjścia na szlaki. Prawdę mówiąc byłem zmęczony tą robotą na budowie, i dopiero teraz po jej zakończeniu czułem to wyraźnie. Cieszyłem się jak dziecko, że znów będę mógł spać co najmniej do ósmej, i że będę chodził od schroniska do schroniska, a kiedy będę miał ochotę, to rozbije sobie swój namiot. Musiałem go jeszcze tylko kupić, jak i parę innych potrzebnych rzeczy. W…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%